Dawny „Meblosprzęt” to dziś m.in. jedna z największych galerii streetartowych w Polsce, pawilon po „Marcinku” pozostaje pusty, a na smukłej wieży ciśnień nie ma już logo Pepsi. „Doszło do mnie, że obraz Pomorzan, który mam w głowie, po prostu nie istnieje. Aktualny krajobraz w który wpisują się od lat trwające remonty, przypomina wielki lej po bombie” – mówi Piotr „Lump” Pauk.

To tutaj się urodził, wychował, spędził nastoletnie życie, a od ponad 13 lat prowadzi pracownię w dawnej siedzibie Spółdzielni Pracy „Meblosprzęt” przy ul. Chmielewskiego 18. Naszym przewodnikiem po Pomorzanach jest artysta wywodzący się ze szczecińskiej sceny graffiti Piotr „Lump” Pauk.

Na spotkanie przychodzi uzbrojony w ściągę, na której wypisał najważniejsze dla niego punkty. Spora część listy to miejsca, których już nie ma.

– U mnie tylko i wyłącznie sentymentalnie – podkreśla.

Jest „Y” z Dyskobolu i logo Stoczniowca

Zaczynamy przy zabytkowej zabudowie dawnego „Meblosprzętu”.

Kiedyś dawna zabudowa „Meblosprzętu”, dziś Freedom Gallery i pracownia Piotra „Lumpa” Pauka

– Na początku zajmowałem przestrzeń na górze. Kiedyś skręcano tam meble, dziś to tereny Szczecińskiego Bazaru Smakoszy. Pracowałem wtedy nad instalacją do muralu „Essence” z Owocowej. Później odkryłem tę przestrzeń – opowiada i zaprasza nas do środka.

Kierujemy się do pracowni Piotra, czyli dawnej lakierni „Meblosprzętu”.

– Tutaj mamy litery z logo niedawno zlikwidowanego Stoczniowca. A tam jest SPOŁEM, które zaraz będę sklejać. Jeszcze nie wiem, co z nich zrobię. Nigdy nie mam planu działania. Zmieniam formę literniczą, bawię się sentencjami – opowiada.

Litery z logo dawnego sklepu Społem „Stoczniowiec”

Pośród reliktów zdobytych przez Lumpa widzimy także „Y” z logo Dyskobolu, litery z logo Tesco Extra (słyszymy, że jest słabe, ale to był ważny punkt na Pomorzanach) i oryginalne drzwi z wagonu EN57, które przyjechały prosto z Warszawy.

Dziś to jedna z trzech największych galerii streetartowych w Polsce

Przechodzimy do dawnej stolarni, a dzisiejszej Freedom Gallery. Są jeszcze ślady po ostatniej ekspozycji Jay-Popa, czyli grafika Jacka Wielebskiego. 

Pozostałości po ekspozycji grafika Jacka Wielebskiego

– Pamiętasz ten budynek z dzieciństwa?

– Gdy brama była otwarta, to czasem tutaj wchodziłem. To były czasy, gdy na maczudze Bosmana (wieża ciśnień – red.) było jeszcze logo Pepsi – pokazuje nam archiwalne zdjęcie. – A wczoraj był tutaj mój syn i rozwalał te wszystkie litery – dodaje.

Na smukłej wieży ciśnień nie ma już logo Pepsi

Dziś Freedom Gallery to jedna z trzech największych galerii streetartowych w kraju. Nie tylko wnętrza, ale i mury starej zabudowy są płótnem dla artystów z Polski i Europy. Widzimy m.in. prace Czarnobyla, Mariusza Warasa, Łukasza „Cekasa” Bergera, Michała „SEPE” Wręgi, Tony’ego. Jest mural Seikona i poznański Pan Peryskop Noriakiego.

– Mamy tutaj dużo poukrywanych dzieł, których autorzy sprzedają obrazy za naprawdę grube pieniądze. Nigdy nikogo nie namawiam, aby nas odwiedził. Wszyscy to moi znajomi – opowiada Piotr Pauk.

Prace Noriakiego i Czarnobyla

W bramie OFF Mariny mijamy grafikę SC Szymana i Andrzeja Bohomaza, prekursora szablonu punkowego z Berlina, który do tworzenia swoich prac używa odzyskanych kartonów od pizzy

– Wychodzimy…

„Kiedyś ta pętla była dla mnie centrum wszechświata”

Kierujemy się w stronę wyremontowanej niedawno pętli Pomorzany. 

– Kiedyś ta pętla była dla mnie centrum wszechświata. Teraz w ogóle mi się nie podoba. Wielkie betonowisko, którego kompletnie nie kumam. Z remontem tego miejsca mam jednak  pozytywne wspomnienie. Tuż przed modernizacją odzyskałem z terenu pętli dwa semafory, z których zrobiłem huśtawkę wagową. Została zaprezentowana podczas Iluminacji szczecińskich – opowiada Piotr.

W okolicy cały czas trwa remont związany z torową rewolucją

– Coś, co przetrwało przez lata, to ta budka z azjatyckim jedzeniem. Prawie wszystko się zmieniło, a ona została. O, a tutaj był spożywczy „Marcinek” – wskazuje na zamknięty pawilon po drugiej stronie ulicy. – Pamiętam, gdy miałem matury i próbowałem się czegoś douczyć, ale już nie miałem mocy. Potrzebowałem adrenaliny. Przyszedłem tutaj po godzinie 20.00 i narysowałam charakter (postać kreskówkowa – red.) „Marcinka”. Dawka adrenaliny została dostarczona, a ja mogłem wrócić do nauki – wspomina.

Pawilon Huong-Sen przy ul. Budziszyńskiej

Eksperyment, który potrzebuje jeszcze trochę czasu

Zatrzymujemy się na chwilę przed kamienicą przy ulicy Budziszyńskiej 23A. To na niej w 2019 roku, dzień po dniu, Piotr Pauk malował okładkę opakowania kalki maszynowej, której używał jako teczki na projekty. Dodał na nią fotografię okolicznego widoku, który oglądał wychodząc z domu – mowa o kominie elektrociepłowni pomiędzy dwoma wieżowcami z wielkiej płyty.

– To eksperyment, który potrzebuje jeszcze trochę czasu i odpowiednich warunków atmosferycznych. Kiedy ten biały papier zejdzie, powinna pokazać się kalka maszynowa – tłumaczy.

Kamienica przy ul. Budziszyńskiej 23A

Skręcamy w głąb osiedla, gdzie zachowała się jedna z pierwszych prac Lumpa. – Matko, to graffiti z 2000 roku. Już zapomniałem o nim – nie kryje zdziwienia.

„To była nasza galeria sztuki”

Ulicą Na Skarpie idziemy do garaży wzdłuż torów kolejowych. Ponad 20 lat temu, wraz ze swoją ekipą, nasz przewodnik rozstawiał tutaj drabiny, organizował grilla i malował.

– Gdy przyjeżdżali do nas grafficiarze z Polski, patrzyli i mówili „wow” – śmieje się. – W 99’ to była nasza galeria sztuki, tak zwana linia. Dlaczego? Bo wszyscy, którzy jadą pociągiem, mogą ją zobaczyć. Wiadomo, teraz ludzie cały czas siedzą w telefonach, ale kiedyś było inaczej. Gdy jeździłem pociągiem do Wrocławia, to sam wybierałem strategiczne miejsca, aby z obu stron mieć widok na linie – wspomina.

Pomorzańska linia

A jak zapatrywali się na to właściciele garaży?

– Niektórym się podobało, od innych mieliśmy zgody, ale byli też tacy, którzy mówili „dzień dobry” i za chwilę dzwonili po policję – dodaje.

„Kiedyś kolejarze mieli płacone za złapanie wandala”

Z czasem pomorzańską linię zamienił na inne ściany. Dostał bowiem zgodę od starszych kolegów na malowanie po jednej z największych „Hall of Fame” w Polsce – dawnej, betonowej siedzibie Teatru Lalek „Pleciuga” przy Parku Andersa. Była kolebką legalnego graffiti w mieście.

– Pierwszy obraz, jeszcze za Pleciugą, zrobiłem w 1999 roku. Na niej zacząłem malować w 2000 lub 2001 roku. I tak do 2008 roku, gdy została wyburzona – wspomina.

Płótnem dla Lumpa były także pociągi. Jego ulubionym modelem są podmiejskie EN57. Miał 14 lat, gdy pomalował jeden z nich.

– Kultowa jednostka dla grafficiarzy, po prostu opus magnum – podkreśla.

Gdy pytam, ile pociągów ma na swoim koncie, na chwilę milknie. – Kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt, kilkaset? – dopytuję.

– Bardziej kilkaset. Kiedyś kolejarze mieli płacone za złapanie wandala. Teraz czasy się zmieniły. Te nowe pociągi mają system antygraffiti. Nawet, gdy ktoś je pomaluje, wystarczy je umyć pod ciśnieniem. Chociaż i tak nie chciałbym ich malować. Są po prostu brzydkie – ocenia.

Nikt nigdy nie złapał go za rękę. Tylko raz miał przez to problemy.

– Pamiętam, gdy na rozprawie sędzia zapytał mnie, czy nie jest mi głupio, skoro mój ojciec pracuje na kolei. Po czym tata wstał i powiedział: „proszę pani, ale mi się to podoba”. Miałem i mam od niego naprawdę duże wsparcie. Pochodzę z rodziny kolejowej i naprawdę uwielbiam pociągi – mówi.

„Idziemy na yard”

Dziś Piotr „Lump” Pauk to jeden z najbardziej znanych i cenionych artystów streetartowych w Polsce. „Zwraca uwagę na to, czego w gąszczu reklam, bilbordów, plakatów i kolorowych witryn sklepów nie dostrzega się – prawdziwych barw ulicy, architektury, która realnie tworzy miejską przestrzeń” – czytamy na stronie DESY Unicum, największego domu aukcyjnego w Polsce, gdzie wystawia swoje prace.

– Tak naprawdę mógłbym zabrać was tylko tutaj i powiedzieć, że to było moje podwórko, na którym spędziłem całe swoje dzieciństwo – śmieje się, gdy docieramy do bazy kolejowej między ul. 9 Maja a Białowieską. Przez lata to był jego „yard”, czyli podwórko.

– Nasze popołudnia wyglądały tak, że szliśmy na yard i sprawdzaliśmy teren. Patrzyliśmy, jakie są kolejki i co można zrobić, jak sytuacja będzie wyglądać w nocy i jak zmieni się system. Była także mała hala, na której „można” było malować  już po godzinie 18.00. Niektórzy mówili, że jest dużo trudniejsza niż yard, ale ja ją najbardziej lubiłem. Czułem się na niej dobrze – opowiada.

„Trzy pomorzańskie ściany” United Clan

Pierwsze graffiti pojawiło się w Szczecinie około 1993 roku. Rok później w mieście powstaje United Clan, który tworzyli Xman, Djmb, Dugi, Halon, Ramon, Sixa/Manson. To dzięki nim stolica Pomorza Zachodniego była jednym z trzech najważniejszych ośrodków ulicznej sztuki malowania (obok Trójmiasta i Warszawy).

– Dugi i MCK byli z Pomorzan. Pamiętam, gdy pierwszy raz zobaczyłem ich podczas malowania. To był chyba 1996 lub 1997 rok. Już wtedy interesowałem się graffiti, ale tamto spotkanie tylko utwierdziło mnie, że to jest to. Dugi robił obrys postaci, nie patrząc w ogóle na ścianę, za to rozmawiając z kolegą. Byłem zachwycony tym widokiem – mówi.

Kiedy zobaczył ich w akcji, wówczas grafficiarze pracowali nad jedną z „trzech pomorzańskich ścian” United Clan. Na drugiej znajduje się graffiti dla Wembleya – bboy’a, który zginął w wypadku samochodowym.

– Trzecia ściana jest solową pracą Dugiego z 1995 roku, na której znajdują się typowe dla artysty zakapturzone „Charaktery” w towarzystwie pociągów wyjeżdzających z yardu. Cieszy mnie fakt, że po 30 latach ta ściana nadal jest w nienaruszonym stanie. Przetrwała próbę czasu – dodaje nasz przewodnik.

Wszystkie trzy ściany znajdziemy na osiedlu w okolicach ul. 9 Maja.

Druga ściana poświęcona Wembley'owi

„To jest sztos”

Kierujemy się w stronę dawnego Domu Kultury Hetman. Dziś znajduje się w nim siedziba Spółdzielni Mieszkaniowej „Kolejarz”, filia Miejskiej Biblioteki Publicznej i restauracja Lawenda.

– To jest sztos – wskazuje na elewację dawnego Hetmana z sgraffito na czele. – Moim zdaniem to jedna z najlepszych prac w mieście.

Sgraffito na elewacji dawnego DK Hetman

Jak podkreśla, Hetman był ważnym ośrodkiem kultury na Pomorzanach, ale dla jego środowiska ważniejsze było to, co działo się przed nim, a konkretniej – na boisku, które dziś jest parkingiem.

– W latach 90. chłopacy tańczyli na nim breakdance’a. W Hetmanie organizowano różne zajęcia, niekoniecznie dla nas, a na zewnątrz był nasz dom kultury. Kawałek dalej zbudowaliśmy mini rampę, po której jeździliśmy na rolkach. To tam poznałem swoją całą ekipę grafficiarską – wspomina.

„Co zrobić, draństwo”

Za nami ponad połowa spaceru. Ulicą Białowieską wychodzimy na Milczańską, gdzie spotykamy rzeźbiarza Stanisława Biżka. Akurat podlewa rośliny w ogródku przed swoją pracownią.

– Oooo, dzień dobry! I jak tam, rosną? Widzę, że gamonie znowu pomazali – zagaduje Piotr. Świeżo pomalowana elewacja została zniszczona.

– Co zrobić, draństwo. Dopiero co z wnukiem malowaliśmy – odpowiada rzeźbiarz.

– Obok pracowni Pana Biżka mam swoje legalne ściany. Na pierwszej jest gierka „Wilk i zając” z 2014 roku. To praca dla mojego kolegi Zająca, który zapadł w śpiączkę. A tutaj jest mój tata. To prezent na jego 77. urodziny – mówi. Z czasem dwie „siódemki” zostały zamienione na „8” i „1”.

Prezent Piotra na urodziny taty

„Cała trójka to topowi artyści”

Ci, co z centrum wjeżdżają Aleją Powstańców Wielkopolskich na Pomorzany, nie mogą nie zauważyć muralu autorstwa Zësara Bahamonte z Sewilli. „Niepewność” pokazuje dwie twarze – kobiety i mężczyzny. Pracę przysłania drzewo, które zostało uratowane przez grafficiarzy.

– Ono już umierało, ale z pomocą wysięgnika poubijaliśmy glebę, zrobiliśmy jej masaż i odżyło. Zesar nie był zadowolony, bo drzewo trochę zasłaniało mural, ale to tak monumentalna praca, że nawet z tym drzewem jest doskonale widoczna – opowiada.

Jak podkreśla, praca Zesara jest dla niego przykładem autorskiego muralu.

– Nie wyobrażam sobie zapraszać artysty z Hiszpanii i zlecać mu malowania… no nie wiem… na przykład Baszty Siedmiu Płaszczy – mówi.

Z drugiej strony kamienicy możemy oglądać pełną detali pracę Dimitrisa Taxisa, Greka z Polskimi korzeniami. W wieku trzech lat wyjechał z Polski do Aten, a obecnie jest jednym z najlepszych muralistów w Europie.

Kawałek dalej widzimy „Blue House” Sainera, czyli Przemysława Blejzyka. Obecnie to jeden z najlepiej sprzedających się artystów streetartowych.

– Cała trójka to topowi artyści – podkreśla Lump. Każda z tych prac powstała w ramach jego autorskiego projektu „OD/Blokowanie”.

– Podczas rozmów z magistratem jestem zdecydowany, wybieram najlepszych artystów, którzy świadomie wnikają w tkankę miejską. Ich projekty współgrają z otoczeniem, a środowiska lokalne zyskują sztukę miejską, z którą mogą się identyfikować. Walczę o artystów, a dotychczasowa jakość realizacji powoduje, że władze miasta nie ingerują w proces twórczy.

„Blue House” Sainera

„Nieważne, czy ta reklama jest opłacana, czy nie”

Nasz spacer po Pomorzanach powoli dobiega końca. Na chwilę zatrzymujemy się przy kamiennej fontannie i przychodni, której drzwi zdobi niewielki, ale widoczny, napis „Graffiti is not a crime”.

„Graffiti is not a crime”

Na razie Lump nie ma w planach realizacji na Pomorzanach – remont i torowa rewolucja skutecznie go do tego zniechęcają. Choć są takie ściany, którymi chciałby się zająć – jak na przykład ta z wypłowiałą reklamą Tesco na kamienicy przy Alei Powstańców Wielkopolskich 46.

– Nieważne, czy ta reklama jest opłacana, czy nie. Dopóki jest, to nie tknę tej ściany – podkreśla.