Gdy nie zarządza gastronomicznym biznesem, to chętnie występuje na muzycznej scenie. No chyba, że nie ma czasu, bo akurat promuje futbol amerykański, działa na rzecz piłkarskiego Świtu Skolwin, próbuje swoich sił w polityce albo reprezentuje Polskę na mistrzostwach świata w pétanque ekstremalnym. – W Szczecinie jest dużo osób z otwartymi głowami, które chcą robić ciekawe rzeczy. A to wcale nie jest typowe dla innych miast w Polsce – uważa Przemysław Kazaniecki, współtwórca Ogrodów Śródmieście przy ul. Wielkopolskiej i kolejny bohater naszego cyklu „Ci, którzy zostali w Szczecinie”.

Spotykamy się przed południem, więc przy stolikach jest jeszcze pusto. Ale wiadomo, że za kilka godzin „Ogrody Śródmieście” znów będą tętnić życiem. Pomysł, żeby znaleźć w centrum Szczecina miejsce, w którym można usiąść ze znajomymi w cieniu drzew, zjeść kolację czy pobawić na koncercie, okazał się strzałem w dziesiątkę.

– Wspólnie z Michałem Łozińskim weszliśmy tutaj w 2022 roku, czyli tuż po pandemii. Realizacja planów okazała się trudniejsza niż myśleliśmy. Szybko nasze budżety zostały zweryfikowane przez wojnę, która wybuchła za wschodnią granicą, zmieniając ceny surowców i sprawiając, że było trudniej o pracownika. Mało kto w Szczecinie wróżył nam sukces. Słyszeliśmy raczej, że to nie ma prawa się udać. A jednak. Udało się – mówi Przemysław Kazaniecki.

„Skolwin płynie w moich żyłach i jestem dumny ze swojej tożsamości”

Nasz rozmówca to Szczecinian z urodzenia i wyboru. Choć teraz mieszka w centrum, to cały czas czuje się Skolwinianinem. – Jestem fanem linii autobusowej 63 [kursuje na Skolwin – red.]. Gdybym miał zrobić tatuaż, to na pewno byłby z nią związany – śmieje się.

Na północy Szczecina się wychował i wciąż często tam bywa. Odwiedza rodzinę i przyjaciół, angażuje się w sprawy piłkarskiego Świtu, a także dogląda jednej ze swoich firm. Ze stereotypowymi opowieściami o niebezpiecznym osiedlu musiał mierzyć się od dziecka.

– Przez to, że ta zła reputacja wszędzie za człowiekiem szła, to wymuszało, żeby się do niej dostosować – mówi z przekąsem. – Uważam, że Skolwin płynie w moich żyłach i jestem dumny ze swojej tożsamości. To specyficzne osiedle. Na mapie Szczecina całkiem z boku, bliżej stamtąd do Polic. Mieliśmy jedną podstawówkę, jeden klub sportowy. Dzięki temu ludzie bardziej integrowali się ze sobą. Wszyscy się znali.

Jak z wieżowców w Nowym Jorku trafił do piwnicy Klubu 13 Muz

Po studiach prawniczych wyjechał z 2,5-tysięcznego Skolwina do ponad 8-milionowego Nowego Jorku. W Stanach Zjednoczonych pracował fizycznie i chłonął atmosferę centrum światowego biznesu. Mógł tam zostać dłużej. Pojawiła się oferta lepszej, już bardziej rozwijającej pracy. Zdecydował się jednak wracać do Szczecina.

– Uważałem, że jestem prawnikiem, a tam bym nim nie był. Bardzo tęskniłem też za rodziną. Poza tym drabinka kariery w Polsce wydawała się łatwiejsza do pokonania niż w Nowym Jorku. Wróciłem i już nigdy nie poleciałem do Stanów – wspomina.

Po powrocie przegapił termin składania papierów na aplikację adwokacją, więc ostatecznie zatrudnił się w wydziale ochrony środowiska urzędu marszałkowskiego. Ale na posadzie urzędnika nie wytrzymał zbyt długo.

Szukał biznesowych wyzwań. Pierwszym, o którym w 2012 roku usłyszał cały Szczecin, był klub Elefunk w podziemiach Klubu 13 Muz.

– To było moje pierwsze dziecko muzyczne, ale i artystyczne. Miałem tam prace Maurycego Gomulickiego, który pomalował jedną ze ścian, a Tomek Wlaźlak zbudował diabła animowanego od dołu. Było dużo ciekawej sztuki, udało się też zrobić sporo fajnych koncertów – opowiada Przemysław Kazaniecki.

Nie tylko organizuje koncerty, ale też występuje na scenie

Później była Rotunda Północna na Wałach Chrobrego, gdzie na koncert udało się ściągnąć m.in. Grubsona, PRO8L3M i KRS-One. – Świetnie wspominam współpracę z małżeństwem Tyszkiewiczów i Karolem Zającem – mówi nasz rozmówca.

Kolejne lata to przerwa od gastronomicznych interesów, którą przedłużyła jeszcze pandemia.

Ale przedsiębiorca to tylko jedno z wielu wcieleń naszego rozmówcy. Szczecinianie znają go też jako wokalistę. Z muzyką związany był od zawsze, więc nie wystarczało mu organizowanie koncertów. Zaczął występować na scenie z zespołem Tragarze, a teraz również solo.

– Mam już płyty z zespołem, ale muszę jeszcze wydać solowy album. Jest już prawie gotowy i pewnie pojawi się jesienią. Chciałbym jeszcze pojeździć po Polsce i pokoncertować – mówi.

„Ten defekt pcha mnie w różne sytuacje, nie zawsze przyjemne”

Oryginalnych pomysłów mu nie brakuje. Gdy zaczął pomagać Husarii Szczecin, to po kilku latach skończył jako prezes Polskiej Ligi Futbolu Amerykańskiego. Gdy zabrał się za rzucanie niepozornymi kulami (bulami), to zanim się obejrzał był już w Belgii na mistrzostwach świata w pétanque ekstremalnym, gdzie w barwach reprezentacji Polski zajął 7. miejsce. A przecież próbował jeszcze swoich sił w polityce.

– Kiedyś usłyszałem od promotora mojego brata, że matematycy mają wadę mózgu, która pozwala im nagradzać siebie za rzeczy, które dla nikogo innego nie są interesujące. Ja też biegnę za taką nagrodą i nie potrafię się zatrzymać. Ten defekt pcha mnie w różne sytuacje, nie zawsze przyjemne – mówi Przemysław Kazaniecki. – Myślę, że zrealizowałem tylko jakieś 10 procent swoich pomysłów. Częściej niż sukces ponosiłem klęskę. Ale każda z nich dużo mnie uczyła, uodporniała i budowała charakter.

Jak będzie z kolejnymi inicjatywami, które już realizuje? Wspólnie z Michałem Łozińskim otworzył śniadaniownię w sąsiadującej z Ogrodami Śródmieście Willi Tiede. A wkrótce na terenie po dawnym minigolfie w Parku Kasprowicza uruchomi z Dawidem Golemą: Trzy Orły – kolejną gastronomię pod gołym niebem z atrakcjami rekreacyjno-sportowymi (m.in. korty do padla).

– Uważam, że ludzie w Szczecinie są fantastyczni. Jest tutaj dużo osób z otwartymi głowami, które chcą robić ciekawe rzeczy. A to wcale nie jest typowe dla innych miast w Polsce. To nasza szczecińska przewaga – podkreśla Przemysław Kazaniecki.

„Miasto czasami za bardzo się rozpycha”

Są jednak również problemy głównie instytucjonalne, które dostrzega, organizując wydarzenia kulturalne.

– Z miastem jest taki problem, że w kulturze chciałoby robić wszystko same i czasami za bardzo się rozpycha. To tak, jakby stworzyć miejskie przedsiębiorstwo taksówkarskie, które zabiłoby prywatne taksówki. Mam wrażenie, że trochę brakuje w tym wszystkim wyobraźni i odwagi. Doceniam jednak zachodzące zmiany. Kultura staje się powoli coraz bardziej otwarta. Myślę, że trybiki w machinie zmian już ruszyły – komentuje.

Czasami narzeka też na podejście urzędników do przedsiębiorców i ich inicjatyw. Ale ze Szczecina nie zamierza się wyprowadzać.

– Zawsze chciałem być obywatelem świata. Teraz wiem, że mogę być nim również ze Szczecina – podkreśla Przemysław Kazaniecki.