Rodzice zabierali ją na łódkę od najmłodszych lat. Na początku było to turystyczne pływanie po Jeziorze Dąbie.
– Pamiętam, że pewnego dnia zobaczyłam obok takie malutkie łódki i usłyszałam, jak ktoś głośno krzyczy przez megafon. To był mój pierwszy kontakt ze sportowym żeglarstwem – opowiada najnowsza bohaterka cyklu naszych rozmów – „Ci, którzy zostali w Szczecinie”.
Zanim przyszły medale, najważniejszym celem były bojki
Wkrótce mogła sama spróbować swoich sił. Gdy przeprowadzili się z Centrum na Bukowe, rodzice postanowili zapisać ośmioletnią córkę na zajęcia do Harcerskiego Ośrodka Morskiego. Podstaw żeglarstwa uczyła się w urokliwie położonym basenie portowym obok plaży w Dąbiu.
– Moim ulubionym zajęciem było rozpędzanie się i uderzanie w każdą z bojek – wspomina z uśmiechem. – Później wypływaliśmy na Jezioro Dąbie, stopniowo coraz dalej od brzegu. Pamiętam pierwszy trudniejszy trening, gdy przy silnym wietrze fale zalewały mi łódkę, a ja nie byłam w stanie nadążyć z wybieraniem wody. Żeglarstwo to piękny sport, ale od najmłodszych lat kształtuje charakter i wolę przetrwania, a także uczy odpowiedzialności.
„Liczę, że ktoś będzie miał siłę przebicia, żeby wykorzystać istniejący w Szczecinie potencjał”
Rozmawiamy w siedzibie Yacht Klubu Polskiego przy ul. Przestrzennej, zdaniem naszej rozmówczyni „najładniejszego klubu w Polsce”. W marinie już duży ruch, łódki przygotowywane są na startujący właśnie sezon żeglarski.
– Marzy mi się długi deptak, który połączyłby wszystkie mariny zlokalizowane przy ul. Przestrzennej i poprowadził wzdłuż nabrzeża aż do miejskiej plaży w Dąbiu. To przepiękne tereny spacerowe. Tyle tylko, że w tym momencie przejdziemy kawałek i zaraz natykamy się na płot. Liczę, że ktoś będzie miał siłę przebicia, żeby wykorzystać istniejący w Szczecinie potencjał – zwraca uwagę.
Niedawno wróciła z zawodów u wybrzeży Majorki, a wkrótce wybiera się na treningi do Santander. Wyczynowe żeglarstwo to nieustanna podróż po różnych zakątkach świata. Jakie miejsce wśród nich wszystkich zajmuje rodzinny Szczecin?
– Uwielbiam to, że mamy blisko do dwóch dużych jezior – Dąbia i Miedwie. Wokół jest dużo zieleni. Mieszkam przy Puszczy Bukowej, więc w każdej chwili mogę wyjść na spacer czy pobiegać w otoczeniu drzew. Bardzo cenię sobie w Szczecinie spokój. Nie ma tak dużych korków, jak na przykład w Trójmieście czy Warszawie. Wszędzie można sprawnie dojechać. Jest tutaj trochę małomiasteczkowy klimat, który bardzo lubię – opowiada Agnieszka Skrzypulec-Szota.
„Bycie mamą daje mi mentalną siłę, której w żaden sposób nie byłabym w stanie osiągnąć bez dziecka”
Teraz szykuje się do swoich czwartych igrzysk (Los Angeles 2028), ale z zupełnie innym nastawieniem niż wcześniej. Została szczęśliwą mamą, więc sport, choć bardzo ważny, nie jest już w jej życiu najważniejszy. Na każde zgrupowanie wybiera się z synem.
– Na pewno jest dużo trudniej logistycznie i to na wielu frontach. Ale z drugiej strony mam wrażenie, że bycie mamą daje mi mentalną siłę, której w żaden sposób nie byłabym w stanie osiągnąć bez dziecka – podkreśla Agnieszka Skrzypulec-Szota.
Jeszcze wspólnie nie żeglowali, ale synek każdą łódkę w książeczkach kojarzy już z mamą, a ją samą często wita po treningach i zawodach machając z brzegu.
– To absolutnie niesamowite, że dla tego małego człowieka nie ma najmniejszego znaczenia, czy mama dzisiaj wygrała, czy przypłynęła ostatnia. To pozwala mi złapać odpowiednią perspektywę. Kiedy wracam do niego po ciężkim dniu na wodzie, to momentalnie czuję, że odpoczywam – opowiada młoda mama.
Zamiast załogantki, jest teraz załogant
Zaszła jeszcze jedna olbrzymia zmiana. W rywalizacji olimpijskiej nie ma już żeńskich obsad w klasie 470. Teraz załogi są damsko-męskie, więc Agnieszka Skrzypulec-Szota musiała znaleźć odpowiedniego żeglarskiego partnera. Ten proces cały czas trwa, niedawno zmieniła załoganta. Do igrzysk chce szykować się z 21-letnim Mikołajem Bazylim z Koszalina.
– Czy się słucha? Na pewno chce się uczyć, ma w sobie dużo entuzjazmu i młodzieńczej energii. Może to będzie dobre połączenie z moją dojrzałością? – zastanawia się nasza rozmówczyni. – Żeglowanie z mężczyzną na pokładzie jest zupełnie inne. No i mamy za mało czasu, żeby zbudować takie przyjacielskie relacje, jakie łączą mnie z Jolą Ogar-Hill [razem zdobyły srebro igrzysk w Tokio 2020 – red.]. Rozumiałyśmy się na wodzie bez słów.
„Na horyzoncie widzieliśmy tylko wielką figurę Chrystusa z rozpartymi w naszym kierunku ramionami”
Zrozumienie w załodze jest szczególnie ważne podczas trudniejszych chwil, a takich w żeglarstwie nie brakuje. Najniebezpieczniejsza dla Szczecinianki była sytuacja z olimpijskich regat w Rio de Janeiro 2016. W załogi startujące w klasie 470 uderzył wówczas huragan. Wspólnie z załogantką – Irminą Mrózek-Gliszczyńską – musiały walczyć z silnym wiatrem i wysokimi falami, które próbowały przewrócić łódkę.
– Słońce chyliło się ku zachodowi. Na horyzoncie widzieliśmy tylko wielką figurę Chrystusa z rozpartymi w naszym kierunku ramionami. Wiadomo było, że wiatr nie zelżeje przez kolejne godziny. W pewnym momencie pomyślałam sobie: „I co teraz?” – opowiada Agnieszka Skrzypulec-Szota. – „Siedziałyśmy już ponad dwie godziny w wodzie. Zaczynałyśmy przemarzać i opadać z sił. Cały czas trzeba było walczyć z żywiołem. I jeszcze uważać, żeby nie zaplątać się w liny i nie zostać wciągniętą pod wodę. Ale nie mogłyśmy zostawić łódki i pozwolić, żeby podryfowała sobie przez ocean.
Z pomocą trenera udało się uratować łódkę, a nasze żeglarki szczęśliwie wróciły do przystani. Regaty olimpijskie w Brazylii zakończyły na 10. miejscu, ale rok później były już mistrzyniami świata.
– To najbardziej fascynujące w żeglarstwie. Gdy na oceanie zdarza się dzień bardzo silnego wiatru, to w pewnym momencie zapominamy o rywalizacji z innymi załogami. Przede wszystkim walczymy z żywiołem, żeby łódka się nie wywróciła, a dopiero później patrzymy, gdzie są inni – podkreśla nasza rozmówczyni.
Wypadek na rowerze nie przeszkodził w drodze po medal olimpijski
Przed igrzyskami w Tokio w 2021 roku było trudniej niż przed Rio de Janeiro 2016 i Londynem 2012. Wszystko przez wypadek na rowerze, złamaną kość promieniową i poważnie uszkodzony bark. Zaczęła się walka z czasem, by na najważniejszą imprezę czterolecia pojechać w pełni sił i dobrej formie.
Finał świetnie znają wszyscy kibice. Agnieszka Skrzypulec-Szota i Jolanta Ogar-Hill świetnie żeglowały u wybrzeży wyspy Enoshima, a na koniec regat cieszyły się ze srebrnych medali olimpijskich.
– Na tym najwyższym poziomie sportowym decydująca jest odporność psychiczna. Taka rywalizacja o podium igrzysk to niewyobrażalny stres. Oczywiście samą głową regat się nie wygra, ale można je przez nią przegrać. Przecież nieraz w historii sportu mieliśmy sytuację, że absolutni dominatorzy nie radzili sobie z presją w najważniejszym momencie – tłumaczy Szczecinianka.
„Piszę historię, z której – mam nadzieję – mój syn będzie kiedyś dumny”
Jak sama przyznaje, w Szczecinie odpoczywa najlepiej. Ale przynajmniej do 2028 roku czeka ją jeszcze intensywny czas na walizkach. Cel sportowy jest jeden – kwalifikacja na igrzyska olimpijskie w Los Angeles.
– Jako młoda mama piszę historię, z której – mam nadzieję – mój syn będzie kiedyś dumny. Gdyby skończyła się jeszcze jednym medalem, to byłby niewyobrażalny sukces – mówi nieśmiało.
Komentarze