Z fotografką spotykamy się w Minifocie. Kultowy zakład fotograficzny przy alei Wojska Polskiego 12 założył w 1972 roku jej dziadek, Konrad Salamon. Jako jeden z pierwszych fotografował powojenny Szczecin oraz jego mieszkańców.
– W dzieciństwie spędzałam tutaj sporo czasu. Razem z dziadkiem wypisywałam karteczki dla klientów – wspomina bohaterka cyklu „Ci, którzy zostali w Szczecinie”. W jej przypadku powinien jednak brzmieć „Ci, którzy wrócili do Szczecina”.
„Wtedy nie traktowałam tego jako coś wyjątkowego”
Olga Iwanow urodziła się w Szczecinie, ale jak słyszymy, zawsze ciągnęło ją do większych miejscowości. Wychowywała się na Bukowym, ale gdy szła do liceum, to wybrała szkołę w centrum. A gdy pojawiła się możliwość wyjazdu na studia, wybrała największe miasto w Polsce.
Pod koniec lat 90. zamieszkała w Warszawie, gdzie studiowała psychologię. Już wtedy pracowała jako modelka i wyjeżdżała do Francji oraz Włoch, biorąc udział m.in. w najważniejszych wydarzeniach modowych w Europie – Paryskim oraz Mediolańskim Fashion Weeku. Chodziła w pokazach najważniejszych domów mody.
– Wtedy nie traktowałam tego jako coś wyjątkowego. Kiedy człowiek jest młody i szalony, nie zwraca na to uwagi. Dopiero po latach przychodzi refleksja, że faktycznie to mogło być coś – śmieje się Szczecinianka.
Choć jak sama mówi, na wiele lat „utknęła” w modelingu.
„Nie chciałam, aby Minifot po prostu zniknął”
Z czasem pokazy mody poszły w odstawkę, a Olga zaczęła iść śladami dziadka. Wybieg zamieniła na aparat.
– Na pewno miał na to wpływ. Dziadek zawsze i wszędzie chodził z aparatem. Jego pierwsze zdjęcia Szczecina, to szerokie kadry pokazujące miasto w ruinie. Lubił wspinać się na drzewa, różne budynki – wspomina.
Na początku fotografowała „dla siebie”. – Robiłam zdjęcia z podróży, natury. Gdy pojawiły się dzieci, zaczęłam fotografować ludzi. Z czasem przerodziło się to w konkretną pracę. We Włoszech działałam przy różnych wydarzeniach oraz zajmowałam się fotografią kulinarną – opowiada.
O jej powrocie do rodzinnego miasta zdecydował szereg różnych wydarzeń, a wszystko zaczęło się od… pandemii.
– Przyjechaliśmy do Szczecina jak zwykle, na tydzień. Ale zaczęła się pandemia, we Włoszech wszystko pozamykali, a my zostaliśmy tutaj na kilka miesięcy. W międzyczasie pojawiła się sprawa Minifotu. Moja mama coraz częściej wspominała, że chciałaby już przejść na emeryturę. Pojawiło się pytanie, co zrobić z zakładem. Czy sprzedać? Czy wynająć? Serce mi się krajało – mówi.
Choć wcześniej w ogóle o tym nie myślała, Olga zdecydowała, że przejmie prowadzenie zakładu. – W Szczecinie czuliśmy się naprawdę dobrze, a dodatkowo nie chciałam, aby Minifot po prostu zniknął – tłumaczy.
Wracają starzy klienci, ale cały czas pojawiają się nowi
Na ścianach w zakładzie cały czas wiszą stare fotografie Konrada Salamona. Przez ostatnie kilka lat doszły do nich nowe, wykonane już przez jego wnuczkę. Obok czarno-białych zdjęć klasowych widzimy portrety, które powstały w ramach cyklu „Artyści”. Dzięki niemu Olga poznała całe grono szczecińskich twórców.
– Chciałam i musiałam rozbudować ofertę Minifota. Szukałam różnych organizacji, osób chętnych do wspólnego działania. Pierwszym takim wydarzeniem, w którym wzięłam udział, były Otwarte Pracownie, w ramach których powstali właśnie „Artyści”. Ogromne wrażenie wywarła na mnie Anna Paszkiewicz. Kobieta z wielkim dorobkiem, klasą i niesamowitym charakterem. Zaangażowała się w sesję całym sercem, co możemy zobaczyć na fotografiach – mówi nasza bohaterka.
Wrażenie było tak duże, że Olga zaprosiła rzeźbiarkę do zostania twarzą kolejnej odsłony cyklu – tym razem w Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza. Zgodziła się.
Za czasów Konrada Salamona i jego córki Marzenny, Minifot specjalizował się w zdjęciach do dokumentów – to tutaj mieszkańcy Śródmieścia robili zdjęcia do legitymacji, dowodów, paszportów, prac dyplomowych. Kiedy prowadzenie przejęła Olga, rozszerzyła ofertę do sesji studyjnych, reportaży z różnych uroczystości, zdjęć produktowych, fotografii kulinarnej, reklamowej. Musiała to zrobić, aby zakład nie został zamknięty.
– Jest dużo stałych klientów, którzy wracają do nas na przykład po 10 latach, bo muszą zrobić nowe zdjęcie do dowodu – śmieje się Olga. – Są zawsze zadowoleni, ale przychodzą też nowi, wśród których sporo jest młodszych. Jak mówią, dobrze się tutaj czują.
„Zaszło dużo pozytywnych zmian, ale jednego nie mogę wybaczyć”
Tym sposobem Olga Iwanow wróciła do Szczecina po ponad 20 latach życia poza granicami kraju.
– Gdy wyjeżdżałam jako nastolatka, Szczecin był zaniedbany, niedowartościowany, daleko mu było do europejskiego sznytu. Po latach widzę, ile zaszło pozytywnych zmian. Choćby tutaj, za oknem – mówi, wskazując na śródmiejski odcinek alei Wojska Polskiego. – Jeżeli chcemy nowe, lepsze ulice, to przez jakiś czas muszą być rozkopane. Jeśli chcemy działać, to działajmy. To nie jest zależne od władzy czy sąsiadów z ulicy.
Choć fotografka nie może wybaczyć miastu jednego.
– To, co mnie najbardziej irytuje, to zasłonięty Kosmos. Mam wiele wspomnień związanych z tym miejscem. Teraz jest mi po prostu smutno, gdy przechodzę aleją i widzę go tak z kącika. Nie mogę tego zrozumieć – mówi.
„Nie zmieniłabym swojej decyzji”
Zdaniem fotografki, w Szczecinie dzieje się sporo i trudno jej zrozumieć narzekania na ten temat.
– Widzę, ile jest wydarzeń, czasami to kilka akcji w ciągu jednego dnia. Na wiele z nich chciałabym pójść, ale problemem jest brak czasu. Moje dzieci też czują się tutaj bardzo dobrze. Może sami tego nie doceniamy, ale w porównaniu z Włochami, mamy naprawdę bardzo dużo placów zabaw, zajęć dla najmłodszych, warsztatów. Włosi mają więcej wybiegów dla psów niż placów dla dzieci – dodaje.
Czy po czterech latach prowadzenia Minifota żałuje podjętej decyzji?
– Nie – odpowiada krótko, ale dosadnie.
Komentarze