„Warszawa nigdy mnie jakoś nie zauroczyła, nie ekscytowała zbytnio, aczkolwiek dała możliwości rozwoju. To w Szczecinie czuję się najlepiej i bardzo lubię ludzi stąd” - mówi Monika Krupowicz, właścicielka Open Gallery przy ul. Koński Kierat 17/1, a przez lata współtwórczyni jednej ze stołecznych galerii sztuki.

W pierwszym odcinku cyklu, który żartobliwie nazwaliśmy „Ci, którzy zostali w Szczecinie”, rozmawialiśmy z Rafałem Bajeną, animatorem życia społeczno-kulturalnego w mieście.

Teraz pytania o to, czy Szczecin jest dobrym miejscem do życia i rozwoju chcemy postawić Monice Krupowicz. Za oknem należącej do niej Open Gallery widać jednak rozkopany od wielu miesięcy Plac Orła Białego, dlatego zaczynamy od tego, co może irytować.

- Oczywiście, czasami denerwuje mnie przeciągający się remont i ewidencjonowanie pozostałości archeologicznych oraz brak miejsc parkingowych. Ale skoro nie mam na to wszystko wpływu, przestałam się przejmować i przesiadłam na tramwaj. Obecnie często dojeżdżam do pracy w kilka minut. Polecam dobrze działającą komunikację miejską wszystkim Szczecinianom, którzy akurat nie muszą odwozić dzieci do szkół i przedszkoli czy dźwigać ciężkich zakupów - uśmiecha się Monika Krupowicz.

Optymistyczne podejście i pozytywna energia, to coś, co od początku towarzyszy naszej rozmowie. - Konstruktywna krytyka jest ważna. Jednak, gdy zatracimy się w narzekaniu i odrzucimy pozytywne myślenie, to zabijemy w sobie energię i witalność - słyszymy.

Trafiła tu nieco przez przypadek i została na stałe

Monika Krupowicz nie urodziła się w Szczecinie. Pochodzi z Wielkopolski. Związała się ze stolicą Pomorza Zachodniego, gdy przyjechała tutaj na studia.

- Jak to często w życiu bywa, moja przygoda ze Szczecinem zaczęła się nieco przez przypadek. Trafiłam tutaj na początku lat 90., czyli bezpośrednio po przełomie ustrojowym. Nie mam więc wspomnień ze Szczecna z czasów dzieciństwa, za to świetnie pamiętam jak wyglądało miasto zaraz po tzw. komunie - opowiada. A jak wygląda dziś.

Po studiach pracowała w Polskim Radiu Szczecin, a później  założyła agencję public relations Open Mind i zaangażowała się także w promowanie sztuki. Open Gallery działa od 20 lat, ale na pierwsze wystawy nasza rozmówczyni zapraszała już wcześniej.

- Najpierw były plenery malarskie w Międzyzdrojach i Szczecinie. Współpracowałam z różnymi firmami, samorządami wykorzystując sztukę do działań PR. Tworzyłam kolekcje malarstwa dla różnych przedsiębiorstw. W swojej galerii stawiam często rownież na twórców związanych ze Szczecinem - promując ich twórczość w całej Polsce mówi Monika Krupowicz.

„Rozumiem, że niektórzy nie mogą rozwinąć w Szczecinie skrzydeł, nie widzą swojej szansy”

Obecnie w Open Gallery można oglądać wystawę Agnieszki Gewartowskiej („Sensualne odkrycia wyobraźni”), artystki sztuk wizualnych, wykładowczyni Akademii Sztuki, specjalizującej się w litografii. Wcześniej prezentowane były prace od zawsze związanego ze Szczecinem Jarosława Eysmonta, grafiki Ryszarda Szymańskiego, Marty Garbaczewskiej czy obrazy Wojciecha Zielińskiego.

Regularnie pojawiają się prace młodszych twórców - na przykład Wojciecha Koniuszka i Jowity Żychniewicz, którzy wrócili do Szczecina z Gdańska. Są też wystawy malarzy, którzy wyjechali na stałe - Marioli Landowskiej, Tomasza Kopcewicza czy Tomasza Kołodziejczyka.

- Rozumiem, że niektórzy nie mogą rozwinąć w Szczecinie skrzydeł, nie widzą swojej szansy. Muszą wyjechać, zobaczyć coś innego, mieć porównanie. Na tym polega rozwój. Nie jest dobrze, gdy ktoś tylko siedzi na miejscu i krytykuje miasto, zestawiając je z miejscami, których nigdy nie poznał – uważa Monika Krupowicz.

„Miałam propozycję, żeby przenieść się na stałe do stolicy, ale Warszawa nigdy mnie jakoś nie zauroczyła”

Nasza rozmówczyni też nie ograniczała się do działalności w Szczecinie. Przez sześć lat współprowadziła z partnerką biznesową galerię sztuki Stolarska/Krupowicz Gallery na warszawskim Mokotowie.

- To dało mi nowe doświadczenia, możliwość rozwoju działalności galeryjnej, ale poczułam także, że moje miejsce jest w Szczecinie. Miałam możliwość, żeby przenieść się na stałe do stolicy, ale Warszawa nigdy mnie jakoś nie zauroczyła, nie ekscytowała zbytnio, choć oczywiście siła nabywcza tamtego rynku jest większa. Lubię Szczecin i Pomorze Zachodnie. Czuję tutaj oddech oraz świeżość powietrza, dobre wibracje. Coś metafizycznego, czego do końca nie potrafię wytłumaczyć. Siłę Szczecina upatruję w ludziach, którzy spieszą się wolniej i często są otwarci na współpracę oraz sztukę – podkreśla Monika Krupowicz.

Tyle tylko, że wszystkie badania pokazują, że w Szczecinie jest coraz mniej ludzi, zwłaszcza młodych. Liczba studentów cały czas spada, a nasze miasto wyprzedziły już takie ośrodki akademickie jak Lublin i Katowice.

- To jest paradoks, że młodzi Szczecinianie ciągną do miast w jakimś aspekcie podobnych, jak na przykład również poniemiecki Wrocław. Nie możemy się na to obrażać. Szczecin nigdy nie był ośrodkiem akademickim z tradycjami. Najważniejsze, żeby jak najwięcej osób później chciało wracać – przekonuje Monika Krupowicz.

„Boli mnie, że cały czas kultura i sztuka w budżetach samorządów to koszt, a nie wartość dodana”

Magnesem przyciągającym młodych ludzi do miasta jest często oferta rozrywkowa i kulturalna. Czy pod tym względem Szczecin nie odstaje od innych miast w Polsce?

- Zawsze chce mi się śmiać, kiedy ktoś mi mówi, że w mieście nic się nie dzieje. Wydarzeń jest bardzo dużo, wystarczy zajrzeć do Internetu czy otworzyć gazetę – słyszymy. – Boli mnie natomiast myślenie, że kultura i sztuka w budżetach samorządów to tylko koszt, a nie wartość dodana, która tworzy tożsamość miasta i buduje tkankę społeczną. Trzeba także edukować władze samorządowe, żeby odróżniały sztukę od rozrywki. I to się zaczyna zmieniać.

Monika Krupowicz liczy, że więcej publicznych pieniędzy będzie przekazywanych na kulturę wysoką, a nie komercyjne imprezy jak Męskie Granie. I przede wszystkim, że Szczecinianie będą licznie spotykać się ze sobą na spektaklach, wernisażach, koncertach itp.

- Apel także do twórców, stowarzyszeń i dyrektorów instytucji publicznych. Nie bądźmy hermetyczni w tym co robimy i się nie ograniczajmy. Najważniejsze to integracja środowiska kulturalnego oraz rozmowa. Z tego zawsze wychodzi coś fajnego – podsumowuje.

Jedną z okazji do spotkania będzie finisaż wystawy Agnieszki Gewartowskiej, na który nasza rozmówczyni zaprasza do Open Gallery przy ul. Koński Kierat 17/1 w czwartek, 16 kwietnia, o godzinie 18.