Ich działania wzbudzają różne opinie. Nie zawsze pozytywne. Co prawda cele wydają się prawie każdemu ważne, ale metody już znacznie mniej… Ekoaktywiści to bohaterowie jednej z najnowszych inscenizacji w Teatrze Współczesnym w Szczecinie. Spektakl zatytułowany „Sztuka protestu” wyreżyserował Michał Buszewicz.

Jak zatem skutecznie walczyć o przyrodę i klimat?

Pamiętamy zapewne, jak toczyła się dyskusja na temat utworzenia Parku Narodowego Doliny Dolnej Odry i które argumenty zaważyły na tym, by projekt odłożono ad acta… Jak zatem walczyć o przyrodę i klimat skutecznie? Co sprawia, że aktywiści zostają wysłuchani, że ich działania zyskują znaczenie i wpływ społeczny, i dlaczego tak często wzbudzają obojętność czy niechęć?

Humorystyczna tonacja

Takie pytania stawiają twórcy spektaklu i ukazują różne aspekty aktywizmu, przeważnie w humorystycznej tonacji. Jednym z najlepszych fragmentów inscenizacji jest scena, w której lokalny włodarz (Robert Gondek) proklamuje otwarcie nowej drogi, prowadzącej przez teren, który wcześniej był niemalże dziewiczy. Teraz będzie rajem dla kierowców, bo będzie można bezpiecznie i co najważniejsze, szybko się nią przemieszczać, a to wszystko dzięki politykom, którzy postawili tamę zakusom ekooszołomów, pragnących zachować w nienaruszonym stanie siedliska jakichś ptaków brodzących…

Dylematy strategiczne

Zwraca także uwagę Maria Wójtowicz jako aktywistka, która testuje różne strategie protestacyjne. Próbuje sprawdzić, czy lepszy jest podniesiony głos, czy wyważona perswazja. Czy zastosować argumenty naukowe, czy jednak lepiej zaskoczyć performansem? Czy same transparenty („To jest alarm!”) mają jakąkolwiek siłę oddziaływania, czy jednak trzeba je „podbić” jakimś zaskakującym działaniem?

Gdzie podziały się miliony?

Jest w tym spektaklu także umundurowana policjantka Ela (Barbara Biel), która finezyjnie i wdzięcznie „pacyfikuje protestujących, a także sekwencja chóralnego odśpiewania zabawnie zniekształconymi głosami słynnej piosenki „We are the world, promującej 40 lat temu akcję „USA for Africa”. To komentarz do faktu, że miliony dolarów, które zebrano z przeznaczaniem na pomoc dla głodujących Etiopczyków w latach 80., zostały tak naprawdę wydane na zakup broni (jak wykazało śledztwo przeprowadzone przez BBC)…

Filharmonia i rowery

Na pewno dobra jest scenografia (dzieło Michała Dobruckiego), bo sprawdza się na różnych poziomach i w wymiarach. Choćby wówczas, gdy widzimy sceny protestu w sali filharmonii i dyrygenta zafascynowanego Beethovenem. Wyróżnia się też na pewno rzeźba Damiana Jabłonowskiego (ponad 3 metry wysokości i 80 kilogramów!), która jest umieszczona w środku sceny, a warstwę wizualną urozmaicają także stacjonarne rowery, na których mogą pojeździć zarówno aktorzy, jak i… widzowie.

Kostiumowa wielość postaw

Kostiumy zaprojektowane przez Lilę Dziedzic dają nam obraz poważnych urzędników w garniturach i… krótkich spodenkach i podkolanówkach. Aktywiści są natomiast ubrani w różnokolorowe stroje, zapewne mające symbolizować wielość postaw i perspektyw, eklektyzm idei i zachowań. Przecież ich motywacje są czasem biegunowo odmienne – to nie tylko stan świata, ale też chęć zwrócenia na siebie uwagi czy przeżycia jakichś emocji.

Ważne kwestie, ale ulotne

Generalnie „Sztuka protestu” może zaintrygować, ale spektakl ma też pewne mankamenty. Według mnie cała narracja jest nadmiernie dygresyjna i ulotna. Są sceny godne uwagi (wspomniane wyżej), ale też i mniej udane, mało czytelne. Aktorzy nie mogą niestety w takiej konwencji stworzyć bardziej wyrazistych postaci i to, co się dzieje na scenie, nie pozostawia chyba w widzu bardziej trwałych refleksji. Ciekawe, co powiedzą o tej inscenizacji sami aktywiści?

Premiera spektaklu odbyła się 28 lutego. Najbliższe prezentacje w kwietniu.