Kilkadziesiąt tysięcy osób obejrzało już jak krwiożercze dźwigozaury atakują Szczecin, a jeszcze więcej śledziło losy mieszkańców próbujących walczyć z gołoledzią. „Komedia jest naszym wentylem” – mówią Maciej Sikorski i Rafał Hajdukiewicz, twórcy nagrań, które rozniosły się po całej Polsce.

Na co dzień grają w Teatrze Lalek „Pleciuga”, w wolnych chwilach improwizują w Jazzmencie, a niedawno rozpoczęli ekspansję w mediach społecznościowych.

Ich „Gołoledź w Szczecinie (nie w kinach)” ma już ponad 100 tysięcy wyświetleń na samym Instagramie. To historia z życia wzięta – o trudnych powrotach do domu, upadkach na zlodowaciałych chodnikach, paraliżu komunikacyjnym. Z tą różnicą, że nagranie wywołuje uśmiech wśród oglądających, a nie ból i irytację jak w prawdziwym życiu.

„Jak ktoś nie miał znajomych, to koniec”

- To trochę taki śmiech przez łzy. Dotknęło nas to, jak wszystkich mieszkańców. Nawet tego samego dnia, gdy nagrywaliśmy – opowiada Maciej Sikorski. – Gołoledź w Szczecinie wywołała naprawdę silne emocje wśród mieszkańców. I nie ma co się dziwić.

W przygotowaniu treści korzystają ze wsparcia sztucznej inteligencji. W „Dźwigozaury w Szczecinie (nie w kinach)”, widzimy ożywione dźwigi z Łasztowni, które zasmakowały w lokalnym przysmaku. Nabierają po nim siły i atakują miasto. Aktorzy nawiązują także do funkcjonującego od lat stereotypu, że w mieście nic się nie dzieje.

- Teraz to się zmieniło, ale pamiętam, gdy przyjechałem tutaj po studiach. Patrzę, jest impreza. Okazuje się jednak, że była dwa tygodnie temu i są już z niej zdjęcia. Wówczas działała poczta pantoflowa, a jak ktoś nie miał znajomych, to koniec. A działo i dzieje się wiele, tylko wtedy brakowało informacji o tym - mówi Maciej Sikorski.

- Rzeczywiście, nie trafiłbym w wiele miejsc, gdyby ktoś mnie tam po prostu do nich nie przyprowadził. Jak na przykład do K4. W życiu bym nie wiedział, że coś takiego jest. A tak, pewnego razu ktoś mnie tam zabrał i przepadłem. Tylko, że już zamknięte - dodaje Rafał Hajdukiewicz.

„Może i mental jest specyficzny, ale to tutaj poznałem wielu fantastycznych ludzi”

Na co dzień Rafał Hajdukiewicz i Maciej Sikorski są aktorami w Teatrze Lalek „Pleciuga”. Obaj przyjechali do Szczecina z Podlasia. Jak to się stało? Na tym etapie nie można mówić o romantycznej historii, bowiem w stolicy Pomorza Zachodniego znaleźli się za sprawą… wolnych etatów.

- Gdy kończyłem studia razem z 16 innymi osobami, to większość chciała mieć etat. A wtedy naprawdę trudno było o prace w teatrach. W całej Polsce nie było etatów ani żadnych przejść na emeryturę. Jakimś trafem dowiedziałem się, że w Szczecinie jest luka i wskoczyłem w nią – opowiada Rafał Hajdukiewicz.

Aktor pochodzi z małej miejscowości pod Białymstokiem, w którym ukończył Wydział Lalkarski. Do Szczecina przyjechał w 2009 roku, a za debiut i główną rolę w „Kubusiu i jego panie” zdobył Srebrną Ostrogę w Plebiscycie Bursztynowy Pierścień. Dodajmy, że jego pierwsza rola w szczecińskiej Pleciudze była pozbawiona lalek.

- Kiedy przyjechałem do Szczecina, to proszę mi wierzyć, ale naprawdę dziwiłem się, dlaczego ludzie nie sprzątają po swoich psach. Nawet psy, które wałęsają się u mnie na wiosce, nie robią tego na środku ulicy. A chodzą luzem. Nawet, w Białymstoku, w którym spędziłem kilka lat, nie zauważyłem czegoś takiego – zwraca uwagę.

Kłopot sprawiały mu również najpopularniejsze szczecińskie place - Szarych Szeregów, Odrodzenia i Grunwaldzki. Wówczas kamienice okalające ronda były w odcieniach szarości, a każda z odchodzących ulic wydawała się młodemu aktorowi taka sama. To nie oznacza jednak, że niczego nie polubił.

- Cenię Kino Pionier. Cieszę się, że jest takie miejsce, w którym możemy obejrzeć filmy niedostępne w multipleksach. Może i mental jest specyficzny, ale to tutaj poznałem wielu fantastycznych ludzi. A to, że sami nie są ze Szczecina… Ale przecież to miasto składa się właśnie z takiej ludzkiej mozaiki – uśmiecha się.

Tramwajem nad jezioro? „To niesamowite!”

Pięć lat później w Szczecinie pojawił się Maciej Sikorski. Historia podobna – pojawiła się informacja o etacie, przyjechał na rozmowę z ówczesnym dyrektorem Zbigniewem Niecikowskim.

- Pozwolił mi zrobić tutaj spektakle dyplomowe i tak zostałem. Pamiętam jakie wrażenie wywarły na mnie kamienice. Wydawały mi się ogromne, wręcz monumentalne. To, co wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie, to że tramwajem możemy dojechać nad jezioro. To niesamowite, jak dużo wodnych terenów jest dostępnych praktycznie na wyciągnięcie ręki - chwali.

Maciej Sikorski również ma na swoim koncie Srebrną Ostrogę, czyli nagrodę dla debiutanta szczecińskich scen. W wolnych chwilach aktor współpracuje z Teatrem Krypta, Teatrem Kameralnym, pisze teksty piosenek. Ostatnio miał debiut reżyserski i autorski - napisał sztukę na motywach Jasia i Małgosi, ale przerobioną na czasy współczesne. Spektakl familijny „Zajazd Babci Jadzi” można oglądać na Zamku.

„Te odległości to coś, co gryzie człowieka od środka”

W Szczecinie są już od kilkunastu lat. Choć Rafał Hajdukiewicz jest lokalnym patriotą swojej podlaskiej wioski, to chyba zdążył przywiązać się także do Grodu Gryfa.

- Gdy wracam z urlopu, wjeżdżam na Trasę Zamkową, widzę Wały Chrobrego, Zamek Książąt Pomorskich, to twarz sama się cieszy, że już tutaj jestem. Pamiętam, gdy odwiedzili mnie rodzice. Byli pod wielkim wrażeniem Szczecina. Zabrałem ich na Głębokie, Łasztownię, a w Szmaragdowym to po prostu się zakochali. Docenili to, że jest park w samym centrum miasta. Moja siostra zaczęła do mnie przyjeżdżać ze względu na Męskie Granie. Ale tak czy siak, Szczecin jej się po prostu spodobał.

Czy mają w planach opuszczenie Szczecina? Na razie o tym nie myślą, choć miasto nie jest dla nich wolne od wad.

- Chciałbym jedynie, to wręcz moje marzenie, abyśmy mieli szybką kolej jak w Japonii. Jadę 700 kilometrów na godzinę i lada moment jestem w rodzinnym domu i jem pyszny rosół - uśmiecha się Maciej. - Te odległości to coś, co gryzie człowieka od środka.

- To ogromny plus, ale wtedy też do Szczecina szybko przyjadą inni twórcy, artyści, sprzedawcy, handlowce - podejmuje Rafał. - Niestety, ale jest utarte, że Szczecin jest daleko i nikomu nie jest po drodze. Pewien czas temu mieliśmy wznowienie spektaklu i reżyser nie przyjechał. Nie powiedział tego wprost, ale z kontekstu wynikało, że nie jest mu po drodze.

„Gdzie w tym wszystkim jest Szczecin i nasi aktorzy?”

- Ostatnio były artykuły o tym, że kręcą nowy film w Szczecinie, jest ekipa, są znani aktorzy, Szczecin gra inne miasto. A gdzie w tym wszystkim jest Szczecin i nasi aktorzy? - pyta Rafał Hajdukiewicz. - W filmie „U Pana Boga za piecem”, kręconym w Białymstoku, większość obsady to aktorzy białostockiego Teatru Lalek i nasi profesorowie. Nie mówię o tym, aby kręcić od razu Faraona na Łasztowni. Chodzi o nawiązanie współpracy miasta z aktorami.

- Teatr Lalek w Białymstoku jest chlubą miasta, które cały czas je promuje. Na mieście powstają pomniki, a niedawno w samym centrum powstał mural reżysera Krzysztofa Raua. Pięknie to się ogląda - dodaje Maciej Sikorski.

Jak podkreślają, Szczecin również ma się czym chwalić, czym szczycić. Może być interesujący dla Polski, szczególnie z tej kulturalnej strony. I jak oddolne inicjatywy prowadzone są bardzo dobrze, tak brakuje tego wsparcia ze strony magistratu.

- Spontanicznie zaczęliśmy z tymi rolkami, wzięliśmy prosty temat, a ludzie z całej Polski zaczęli się dopytywać, szukać informacji. Byli tacy, którzy wprost pisali, że w końcu zrozumieli czym są te dźwigozaury - dodaje Maciej Sikorski. - Tymi nagraniami chcemy uwydatnić to, co się dzieje w mieście, pokazać charakter Szczecina.

- To tak jak z pomnikiem Krzysztofa Jarzyny ze Szczecina. Inicjatywa mieszkańca (Pawła Krzycha - red.) - przypomina Rafał Hajdukiewicz. - Moja siostra zwariowała na jego punkcie, a znajomi pytali, czy to przypadkiem nie jest scam. Oczywiście, można powiedzieć, że to głupota, że są dziury w chodnikach, nieoświetlone ulice. Ale przecież mieszkańcy sami wybrali ten projekt, a pomnik przyniósł Szczecinowi rozpoznawalność.

Dwa razy w miesiącu improwizują w Jazzmencie

Rafała Hajdukiewicza i Macieja Sikorskiego można obecnie oglądać m.in. w spektaklu „Niezłe Ziółka”. Maciej Sikorski wciela się główną rolę diabła Boruty, a Rafał Hajdukiewicz – wampira. Przygodową sztukę wyreżyserował Paweł Aigner. Jak słyszymy, „lepił artystów jak plastelinę”.

– Od samego początku wiedział, co robi i czego chce. Wyciąga z aktora rzeczy, których sam nie jest świadomy. W trakcie tworzenia roli diabła Boruty wyciągnął wręcz ze mnie takie mroczne rzeczy, których nie byłem nawet świadomy. Nagle miałem takie „kurczę, to we mnie jest tyle cynizmu i złości”? Świetna sprawa. Z takimi reżyserami aktorzy chcą współpracować - mówi Maciej Sikorski.

Dodatkowo aktorzy są członkami grupy „Scena Impro Szczecin”, którą dwa razy w miesiącu można oglądać w Jazzmencie. Do współpracy zaprosił ich ponad dekadę temu Paweł Niczewski, aktor Teatru Współczesnego w Szczecinie, reżyser w Teatrze Krypta i Piwnicy przy Krypcie.

Jak słyszymy, w improwizacji najważniejsza jest współpraca i… rezygnacja ze swoich pomysłów.

– Gdy rzucę pomysł, partner go nie podejmie i będzie forsował swój, to zaczniemy grząźć, tempo siądzie i nikt nie będzie się bawić - mówi Maciej Sikorski.

Na scenie Jazzmentu wystąpią w najbliższy czwartek, 26 lutego. Start o godzinie 21.