Strome schody prowadzą prosto z ulicy w dół. W piwnicy panuje półmrok, z którego szybko wyłaniają się neony i świecące ekrany gwiazd tego miejsca – konsol i komputerów. Są tutaj praktycznie wszystkie najważniejsze urządzenia gamingowe, które powstały od 1970 do 2010 roku.
– Kiedyś była w tym miejscu kafejka internetowa. Później lokal długo stał pusty i tylko obdrapany napis przypominał o jego przeszłości. Gdy pojawiło się ogłoszenie TBS-u o najmie, wiedziałem, że właśnie w tym lokalu stworzę Muzeum Gamingu. Można powiedzieć, że historia zatoczyła koło – mówi Filip Roguski.
Zamiast joysticków i padów były pokrętła
Jednym z najciekawszych eksponatów jest konsola z pierwszej generacji tych urządzeń – Magnavox Odyssey I z 1972 roku, która do muzeum została sprowadzona specjalnie ze Stanów Zjednoczonych.
- Część pierwszych gier wymagała naklejenia specjalnej folii na ekran, żeby zobaczyć jakąkolwiek grafikę. Nie była ona generowana przez sam sprzęt – tłumaczy gospodarz muzeum.
Także kontrolery zupełnie różnią się od najnowszych – nie ma ani joysticków, ani tym bardziej przycisków.
– Zamiast tego mamy potencjometry, czyli pokrętła, dzięki którym sterujemy tym, co się dzieje na ekranie – wyjaśnia Filip Roguski.
Każdy ze zwiedzających może spróbować, jak to działało w praktyce, odbijając na ekranie pikselową piłeczkę w Pongu, jednej z pierwszych komercyjnych gier komputerowych w historii. Eksponaty nie są bowiem schowane w gablotach i praktycznie na każdym z nich można pograć. A konsola sprzed pół wieku to dopiero początek drogi przez historię gamingu.
„Niektórzy wręcz wstrzymywali oddech, żeby żaden dźwięk nie zakłócił procesu wczytywania gry”
Jednym z kolejnych przystanków jest stanowisko z Commodore 64, czyli najczęściej kupowanym komputerem na świecie. Bardzo popularnym w latach 80. i 90. w Polsce.
– Emocje towarzyszyły użytkownikom nie tylko w czasie samej gry, ale również podczas jej wgrywania. Były tam kasety ze specyficznym magnetofonem, w którym ustawiało się głowicę małym śrubokrętem. Póżniej niektórzy wręcz wstrzymywali oddech, żeby żaden dźwięk nie zakłócił procesu wczytywania gry – opowiada nasz przewodnik.
Następnie słyszymy o zażartej rywalizacji Atari i Amigi. O Pegasusach, które w latach 90. zalały polski rynek, a były piracką kopią konsoli Nintendo. Oglądamy kolejne wersje Sony PlayStation, Xboxa, ale też konsolę od Philipsa, która nie zdobyła większej popularności, a podobnie jak Sony PlayStation była owocem współpracy z Nintendo.
Są też oczywiście "pecety", Mac od Apple i wiele, wiele więcej. A przy każdym czeka garść ciekawostek od gospodarza i kolejna kultowa gra, w którą można przez chwilę „popykać”.
Będzie jeszcze kącik wspomnień o LAN party
Jak zdradza właściciel, muzeum wzbogaci się jeszcze o jedno stanowisko, które będzie przypominać o zjawisku LAN party – spotkaniu grupy ludzi, którzy grają razem w grę wieloosobową na żywo, a nie przez internet.
– Kiedyś gry sieciowe to nie były gry, w których dzieci siedzą same przed ekranem, tylko ludzie fizycznie ze sobą spędzali czas, bawiąc się razem obok siebie, rozmawiając, mając żywy kontakt. Chcę zrobić taki kącik wspomnień – mówi Filip Roguski.
Kolekcja, którą można oglądać w muzeum, to efekt setek godzin poszukiwań na portalach aukcyjnych, ale też śledzenia ogłoszeń o starym sprzęcie, którego właściciele chcą się pozbyć. – Bardzo często ludzie oddawali go za darmo. Teraz wiele z tych sprzętów jest droższych nawet od nowych konsol - słyszymy.
Jeden ze stałych gości nigdy nie wyszedł z lat 80.
Różnorodność eksponatów na przestrzeni lat przyciąga bardzo zróżnicowanych gości.
– Od rodziców z dziećmi, którzy przychodzą, żeby po prostu zaprezentować, jak wyglądały kiedyś komputery, poprzez młodych pasjonatów, którzy oglądają na ten temat filmy na YouTubie i chcą zobaczyć to na żywo, po ludzi, którzy do dziś wspominają albo nawet kupują sobie takie sprzęty i chwalą się kolekcjami, które trzymają w domu – wymienia pomysłodawca wystawy.
Na pewno elementem, który przyciąga do muzeum, jest również możliwość grania na konsolach, dzięki czemu odwiedzający mogą zobaczyć nie tylko, jak wyglądały gry, ale też jakie były mechaniki tych gier, ponieważ one też ewoluowały wraz z tymi sprzętami i to też ma wartość poznawczą. No i sentyment, szczególnie do sprzętu, który zwiedzający pamiętają z dzieciństwa.
– Nawet mamy takiego stałego klienta, który, nie wiem, czy kiedykolwiek dotarł do wystawy prezentującej ostatnie lata, ale w okolicy lat 80. krąży bardzo często – przyznaje Filip Roguski.
Prince of Persia na czarno-białym ekranie
Twórca Muzeum Gamingu też ma urządzenie, które darzy olbrzymim sentymentem. Chodzi o nieco mniej znany w Polsce komputer Amstrad CPC-464. To na nim odpalał grę, przy której spędzał pierwsze godziny przed ekranem – Krakout, czyli rozbudowaną wersję Ponga. Ale zainteresowanie grami komputerowymi zaczęło kiełkować u niego już wcześniej.
– Pamiętam Dzień Dziecka w Domu Kultury w Kielcach. Na pokazie komputerów z jeszcze czarno-białymi ekranami poznałem Prince of Persia. To była pierwsza gra w historii wykorzystująca technikę motion capture, gdzie nagrana postać została przekonwertowana do postaci w grze. Dzięki temu jej ruchy były niesamowicie realistyczne - opowiada twórca Muzeum Gamingu.
Przez kolejne lata rozwijał swoje komputerowe zainteresowania. Samodzielnie składał sprzęt, doradzał też przez jakiś czas klientom, pracując w sklepie z komputerami. Pomysł na muzeum zrodził się jednak z dużo głębszej potrzeby niż tylko realizacja życiowego hobby.
„Główny powód, dla którego powstało to miejsce, jest całkiem nieoczywisty”
Muzeum Gamingu służy nie tylko jako miejsce, w którym możemy powspominać dzieciństwo czy też poznać historię gier, ale też spojrzeć na nie z innej perspektywy. Jak przekonuje właściciel, oczywiście są one źródłem rozrywki, ale również bardzo skutecznym narzędziem do rozwijania umiejętności. Bo kiedy dziecko ma problemy z pamięcią i koncentracją, dobrze jest wybierać takie gry, które zmuszają do zapamiętywania.
– Główny powód, dla którego powstało to miejsce, jest całkiem nieoczywisty. Pięć lat temu stanąłem w sytuacji, w której musiałem rzucić pracę, by zająć się swoim synem chodzącym do przedszkola dla dzieci z autyzmem. Wtedy prawie w ogóle nie mówił. Paradoksalnie, gry stały się narzędziem wspomagającym jego rozwój – mówi Filip Roguski. – Wykorzystuję to, że rodzice przychodzą tutaj z dziećmi po to, żeby z nimi rozmawiać. Gier nie można traktować czarno-biało. Są jak książki i filmy. Mogą być pouczające i zmuszające do refleksji, ale też płytkie i rozleniwiające, a czasem wręcz szkodliwe. Dlatego należy je wybierać bardzo świadomie.
Muzeum Gamingu przy ul. Pocztowej jest czynne w każdą sobotę i niedzielę, od godziny 12 do 20. Można też umawiać się na indywidualne zwiedzanie w dni powszednie. Bilet normalny kosztuje 40 zł, a ulgowy 25 zł.
Więcej szczegółów na: https://www.muzeumgamingu.pl/.
Autorzy: Agnieszka Wojs, Marcin Gigiel
Komentarze