Blisko 300 premier, dziesiątki aktorów, liczne nagrody, a to wszystko przy braku własnej siedziby i nieustannych problemach z niedofinansowaniem – Teatr Współczesny przez 50 lat swojej działalności w Szczecinie udowodnił, że to jedno z najważniejszych miejsc kultury w mieście. Jak zapamiętali je dyrektorzy artystyczni?

W ramach szybkiego przypomnienia: Teatr Współczesny w Szczecinie w latach 1949–75 był sceną Teatrów Dramatycznych, dopiero od 1976 roku funkcjonuje jako samodzielna scena teatralna w Szczecinie i od samego początku mieści się w gmachu Muzeum Narodowego na Wałach Chrobrego.

Bogusław Kierc, Anna Augustynowicz, Jakub Skrzywanek i Michał Buszewicz – to oni przez ostatnie 36 lat tworzyli Teatr Współczesny w Szczecinie. Jako dyrektorzy artystyczni czuwali nad repertuarem, wymyślali nowe miejsca do wystawiania ambitnych propozycji, ugruntowali pozycję teatru na mapie Polski. Z okazji jubileuszu instytucji zapytaliśmy ich, jak wyglądała praca w Teatrze Współczesnym z ich perspektywy.

Różne pomysły na teatr. „Nie robimy pustych przebiegów, nie robimy rzeczy tylko po to, żeby sobie istniały”

Bogusław Kierc pełnił funkcję dyrektora artystycznego w latach 1990–1992. Był to trudny czas po przemianach ustrojowych w Polsce.

– Do dzisiaj nie wiem, kto był tą osobą, która wskazała na mnie, żebym został dyrektorem, ale przyjąłem propozycję w przekonaniu, że w tym bardzo trudnym czasie przemian powinienem potraktować to jako powinność. Coś, do czego jestem zobowiązany – wspomina. – Dość pilnie obserwowałem przemiany i patrzyłem na to dość sceptycznie. Droga, która się rozpoczynała, droga takiego raczkującego, mówiąc żartobliwie, kapitalizmu w sztuce raczej mi się nie podobała.

Dlatego Teatr Współczesny w Szczecinie proponował widzom repertuar ambitny, w dużej mierze oparty na poezji.

– Uważałem, że teatr powinien obserwować i równocześnie reagować na to, co się w tym czasie działo, ale nie mam tu na myśli takiego socjo-politycznego widzenia. Raczej widziałem potrzebę w kategoriach etyczno-estetycznych. Chciałem, żeby Teatr Współczesny w Szczecinie był teatrem szacunku dla tych, którzy sztukę uprawiają, ale i jej odbiorców. Stąd, myśląc o repertuarze, miałem świadomość, że powinienem realizować to, czego ktoś inny by się nie podjął.

Najdłuższy staż jako dyrektor artystyczna ma Anna Augustynowicz, która tę rolę pełniła przez 30 lat – od 1992 do 2022 roku.

– Najpierw przyszłam tutaj jako reżyserka i zrealizowałam „Klątwę” na cały zespół. Potem z propozycją objęcia posady wyszli dyrektorzy Bogusław Kierc i Kazimierz Krzanowski. Nie była to łatwa decyzja, obawiałam się tego, miałam niewiele ponad 30 lat, byłam dopiero po szkole – opowiada.

fot. Wojciech Jabłoński, ze spektaklu "Klątwa"

Obawy okazały się bezpodstawne – to właśnie za jej czasów Teatr Współczesny zaczął być dostrzegany na arenie ogólnopolskiej, chociażby za sprawą „Wesela”, które miało tournée po Polsce. Czym zdobyła serca widzów i krytyków?

– Tak naprawdę ja nie miałam założeń, jak ten teatr ma wyglądać. Wiedziałam, że to teatr repertuarowy, więc powinniśmy mieć teksty z klasyki polskiej i obcej, gdzie szukamy dla nich współczesnego języka, teksty literatury współczesnej polskiej i światowej, a także pozycje dla dzieci w formie teatru rodzinnego lub lektury – wyjaśnia. – Wydaje mi się, że teksty, które powstały dla teatru, one dają język i istotą teatru zawodowego jest tak przygotować bazę dla aktorów, by ten język był narzędziem w grze. Tak jak dyrygent traktuje nuty. I nie należy się zwalniać z trudności, jakie te teksty dramatyczne nam stwarzają. 

Droga Jakuba Skrzywanka poszła trochę innym tropem – zanim został dyrektorem artystycznym, przez rok pełnił funkcję kuratora programowego (w latach 2020–2021).

– To był dość długi proces oswajania się, ale i wielka mądrość. Byłem po premierze „Kaspara Hausera”, którego reżyserowałem w Szczecinie, kiedy dostałem telefon i zaproszono mnie na spotkanie. Tego samego dnia, w którym ogłoszono zamknięcie teatrów z powodu pandemii – wspomina. – Dyrektorzy Mirosław Gawęda i Ania Augustynowicz zapytali mnie, czy w przyszłości w ogóle bym rozważył objęcie tego stanowiska. Zdecydowaliśmy, że pierwszym krokiem będzie objęcie funkcji kuratora programowego. Przez ten rok występowałem już z Anią i to moje symboliczne przejście na dyrektora artystycznego miało miejsce podczas ostatniej premiery Ani.

Mowa o spektaklu „Odlot” (premiera 13.12.2021), w którym gościnnie zagrało wielu aktorów niegdyś związanych z Teatrem Współczesnym – Wojciech Brzeziński, Bogusław Kierc, Mirosław Gawęda czy Mateusz Wiśniewski. To było spektakularne pożegnanie Augustynowicz ze Współczesnym – przedstawienie zdobyło m.in. Bursztynowy Pierścień za najlepszy spektakl sezonu 2021/2022, Grand Prix 28. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawianie Polskiej Sztuki Współczesnej czy Nagrodę im. Konrada Swinarskiego dla najlepszego reżysera.

fot. Piotr Nykowski, ze spektaklu "Odlot"

Skrzywanek jako dyrektor artystyczny (w latach 2022–2024) widział teatr jako medium, dzięki któremu możemy się przyglądać i konfrontować się z rzeczywistością społeczno-polityczną.

– Pamiętam ważne słowa Ani, która powiedziała, że ten teatr będzie taki, jaki ja w nim będę i moje spektakle. Zatrudnienie pedagożki teatralnej to była jedna z pierwszej decyzji. Marta Gosecka jest jedną z najlepszych w Polsce. Wiedziałem, że musimy w tę stronę wyjść do widzów, tzn. stworzyć coś więcej niż teatr. Miejsce, które nazywam kulturowo-społecznym hubem, w którym mogą wykuwać się marzenia, idee, formy. Ale który może być też schronieniem dla wartości naruszonych przez ówczesną sytuację polityczną – wyjaśnia.

Za swoją wizję w 2023 roku został nagrodzony Paszportem Polityki w kategorii teatr.

Także Michał Buszewicz, obecny dyrektor artystyczny (od 2025 roku), zanim objął to stanowisko, wcześniej miał okazję współpracować z aktorami.

– Trwały próby do „Frankensteina”, ja byłem akurat wtedy na wyjeździe poza Polską, ale postanowiłem pomóc w feedbacku temu spektaklowi. Wstępnie analizowaliśmy wraz z reżyserem i dramaturgiem scenariusz, a potem umówiliśmy się na informację zwrotną materiałów wysyłanych mi online. Nie była to formuła doskonała, ale była jakaś. Potem, kiedy miałem objąć stanowisko od stycznia 2025, udało mi się przyjechać parę dni wcześniej, żeby pomóc przy próbach generalnych „Na rauszu”. Wtedy tak naprawdę dokonałem pierwszego odbioru spektaklu, choć jeszcze nieformalnie. Czułem, że bycie blisko zespołu przy premierze, która o parę dni wyprzedza moją pracę, jest istotne. I myślę, że to poczucie było też po drugiej stronie – wspomina.

Za nami pierwszy sezon pod jego przywództwem pod hasłem „Więcej światła”, w którym obejrzeliśmy 7 premier, a każda z nich poruszała inny problem społeczny: od dziedziczenia traum w „Very Ibsen”, przez kondycję planety w „Sztuce protestu”, po przemoc rówieśniczą w „POV: masz 12 lat i prze****ne”.

– Dla mnie ważna jest odpowiedzialność społeczna, różnorodność tematyczna i gatunkowa. Mam misję, by wypełnić te luki w repertuarze miejskim – zaznacza. – Zawsze będzie przyświecać mi myśl, że teatr musi być o czymś. Nie robimy pustych przebiegów, nie robimy rzeczy tylko po to, żeby sobie istniały, nic nie znacząc. Bardzo dobrze kierunek mojego myślenia o teatrze pokazuje z jednej strony „POV (...)” – wychodzenie do ludzi i praca u podstaw, z drugiej „Very Ibsen” – dialog z klasyką i z trzeciej „Dom niespokojnej starości”– ważny społecznie temat opowiedziany w dostępny i wrażliwy sposób.

Dodali nowe sceny, otworzyli się na debiutujących twórców

W czasie dyrekcji Kierca głos otrzymali aktorzy, co oznaczało, że sami przygotowywali własne propozycje, opracowując i reżyserując najczęściej poetyckie scenariusze. I tak powstał spektakl na podstawie poezji Rafała Wojaczka „Byłem. Jestem” czy „Być sobie jednym” Mirona Białoszewskiego. To był również okres, w którym powstała Scena Rękopisu.

– Wyobrażałem sobie, że byłoby dobrze wprowadzić taki obyczaj, że przed każdą premierą, a były to często prapremiery, spotkać się przed kurtyną z widzami, uzasadniając wybór tego przedstawienia i nasze intencje – tłumaczy Kierc. – Dla podkreślenia tego wprowadziłem coś, co nazwałem Sceną Rękopisu. Były to kameralne przedstawienia oparte na poezji, najczęściej rodzaj komentarza do tego, co będzie oglądane na Dużej Scenie.

Z kolei Augustynowicz zaaranżowała kolejne sceny – Malarnię w 1992 roku (w dawnych pracowniach) i Teatr Mały w 2006 roku (kawiarnię na Deptaku Bogusława). Na tej pierwszej skupiano się na bardziej eksperymentalnych przedstawieniach kameralnych, ta druga w swoim repertuarze miała propozycje popularne.

Za sprawą Skrzywanka Malarnia w 2023 roku przeszła zmianę i stała się Sceną Nowe Sytuacje, na której pojawiały się spektakle na pograniczu performance’u, sztuk wizualnych, czasem muzyki w ramach rezydencji artystycznych. Ich celem było pomagać artystom sztuk performatywnych w poszukiwaniu własnych dróg i dawać możliwość na stworzenie debiutanckich prac w teatrze. 

Jak dotąd Buszewicz we wszystkich swoich spektaklach realizowanych w Teatrze Współczesnym korzystał ze wsparcia grup eksperckich – które stanowiły głos młodzieży przy okazji „Edukacji seksualnej”, aktywistów klimatycznych przy „Sztuce protestu” czy seniorów przy „Domu niespokojnej starości”. Przy spektaklu „POV (...)” wprowadził format „Teatru w klasie”, który zakłada wystawianie sztuki w szkołach.

Ekipa, którą pokochali dyrektorzy

Jak zaznaczają dyrektorzy, teatr to nie tylko budynek, a przede wszystkim ludzie, którzy go tworzą. I każdy przyznaje, że szczecińska kadra jest naprawdę wyjątkowa.

– To zespół, który umie ze sobą grać, co wcale nie jest takie oczywiste – podkreśla Augustynowicz. – Zależało mi, by rozróżnić „play” od „act” – by nie odtwarzać, a tworzyć.

– Bardzo byłem zakochany w swoim ówczesnym zespole i to jest uczucie, które na pewno we mnie pozostanie – dodaje Skrzywanek. – Cieszę się, że udało mi się o niego zadbać i wywalczyć podniesienie budżetu na wypłaty.

Dyrektor Kierc miał okazję poznać aktorów także od innej strony – jako tych, z którymi wspólnie występował na scenie.

– Niezmiennie mówię o wyjątkowości zespołu. Na próbach do „Odlotu” granie z nimi to coś, co mogę określać jako jednoznaczną przyjemność, wielką radość bycia – mówi Kierc.

O tym, że Teatr Współczesny potrafi w „zespołowość” może świadczyć to, że do dziś w zespole są aktorzy, którzy byli przyjmowani za czasów Bogusława Kierca, to m.in. Konrad Pawicki, Arkadiusz Buszko i Paweł Niczewski. Pojawiają się także nowe twarze: obecnie z młodego pokolenia mamy trójkę aktorów: Julię Gadzinę, Marię Wójtowicz i Kacpra Kujawę.

– Zależy mi na tym, by z czasem poszerzyć zespół. Teatr musi żyć, muszą pojawiać się nowe osoby, żeby uczyć się od starszych, a starsi muszą patrzeć na młodszych i zauważać, jak świat się zmienia – przyznaje Buszewicz. – Chcę, aby ten zespół nie schodził z pewnego poziomu, ale właśnie jako zespół. To w tej uzupełniającej się zbiorowości jest największa moc. 

„Powiedziano mi, że to miasto, w którym nie zrobię skandalu”

Nie tylko teatr i to, co jest w nim prezentowane, zmieniał się na przestrzeni lat. Choć jak przyznają Kierc i Augustynowicz, za swoich czasów nie widzieli jakichś dużych różnic, jeżeli chodzi o publiczność, tak Skrzywanek zwraca uwagę, że udało mu się poszerzyć widownię.

– Pamiętam spotkanie, na którym Dorota Serwa, wspaniała dyrektorka szczecińskiej filharmonii, a potem Wydziału Kultury, wskazywała i mówiła, że instytucje muszą brać przykład ze Współczesnego, bo przyciągnął młodych. Byłem z tego bardzo dumny – mówi Skrzywanek i dodaje, że szczecińska publiczność jest bardzo wymagająca. – Ania Augustynowicz powiedziała mi, że Szczecin to miasto, w którym nie zrobię skandalu. I to bardzo dobrze świadczy o mieście, otwartości widzów. To publiczność mądra i szczera. Ona się nie podlizuje, nie przekona jej najlepsza akcja marketingowa, że coś jest dobre, jak nie jest. Taka widownia daje artystom ogromną szansę rozwoju.

Na pytanie o to, jak wygląda obecnie publiczność Współczesnego, Buszewicz przywołuje konkretne dane.

– Pierwszy raz od dawna mamy papiery na to, co robimy. Przeprowadziliśmy wraz z instytutem socjologii badania publiczności. Okazuje się, że najwięcej widzów mamy w przedziale 39-45 i 24-38 lat. Mamy też widzów dojeżdżających z zagranicy, co pokazuje nam, że być może dobrze byłoby pomyśleć o tym, aby spektakle były grane z napisami angielskimi czy niemieckimi – przyznaje Buszewicz.

Pożegnania, do których pchnęły niełatwe relacje z włodarzami. „Szczecin za wiele traci z pięknych projektów”

Choć przez lata Teatr Współczesny udowadniał, że jest instytucją ważną nie tylko dla naszego miasta, ale i ogólnie polskiego teatru, od samego początku mierzył się z kilkoma problemami, w tym niedofinansowaniem i brakiem własnej siedziby.

– Pamiętam, jak z puli dofinansowania, które miało zapewnić zmianę foteli, wzięliśmy pieniądze na realizacje artystyczne. To wydawało się pilniejsze. Namawiano teatry, żeby rozwijały działalność gospodarczą, oferując repertuar dający się łatwo skonsumować publiczności. Myśmy tego nie robili, my mieliśmy teatr w dużej mierze dość wysokich lotów poetyckich – mówi Kierc.

Krążyły też pomysły ponownego połączenia dwóch teatrów.

– To oznaczałoby redukcję etatów, a na to nie mogłem się zgodzić. Pomyślałem, że nowemu dyrektorowi nie zaproponują od razu takich zmian, stąd decyzja o zakończeniu mojej służby – przyznaje Kierc.

I rzeczywiście – przez kolejne lata Teatr Współczesny pozostał osobną instytucją. Jednak problem niedofinansowania nadal był obecny.

– Jednym z powodów, dla którego coraz częściej myślałam o opuszczeniu teatru wraz z przejściem na emeryturę to fakt, że moja praca w pewnym momencie zaczęła polegać na odmawianiu pracy – mówi Augustynowicz. – Wielu reżyserów, dramatopisarzy, aktorów, z którymi prowadziłam rozmowy, nie mogło znaleźć miejsca pracy u nas z powodu braku pieniędzy. Co prawda nikt z władz nam nie utrudniał i nie mieszał w repertuarze, próbując go ustawiać pod politykę. Natomiast niedofinansowanie dolegało nam przez cały czas.

Najgłośniej o problemach finansowych było za czasów dyrektora Skrzywanka, który toczył bój o wyższe pensje pracowników.

– To żadna tajemnica, że współpraca z urzędnikami szczecińskimi była bardzo trudna. Wiem, że to nie musi tak wyglądać. Szczecin za wiele traci pięknych projektów i artystów, którzy chcieliby i mogliby tam być, gdyby była minimalna chęć współpracy – komentuje Skrzywanek. – Myślę, że włodarze, którzy od wielu lat rządzą miastem, pomimo deklarowanej powagi kultury, wykorzystują ją do prymitywnych celów. Trudno zapomnieć o tych wszystkich sytuacjach, które spotykały mnie i innych dyrektorów szczecińskich instytucji.

Ostatnimi czasy bardzo dużo mówi się o trudnej sytuacji kultury w Szczecinie, co przyniosło za sobą zmiany w tym, jak jest ona dzisiaj zarządzana. 

– Dyrektorem artystycznym jestem od półtora roku, a przez ten czas na skutek licznych zawirowań zdążyłem pracować z dwojgiem dyrektorów wydziału kultury i dwoma odpowiedzialnymi za kulturę prezydentami, czyli Cezarym Cichym i Marcinem Biskupskim, przeszedłem przez okres bezkrólewia. Dzisiaj współpracujemy z Martą Dziomdziorą i bezpośrednio z prezydentem Piotrem Krzystkiem – wylicza Buszewicz. – Mam poczucie, że podjęte działania uspokajają sytuację, zmierzamy do stabilności finansowej, jeśli chodzi o dotację, ważne tu jest oczywiście zwracanie uwagi na regularnie rosnące koszty. Z drugiej strony czuję, że w kulturze jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia. Tę część, która leży po stronie naszej instytucji, z przyjemnością bierzemy na siebie.

Nowa siedziba ogromną szansą. „Może jeden, dwa teatry w Polsce będą na takim poziomie jak Współczesny”

Trudno uwierzyć, że Teatr Współczesny, który na swoim koncie ma wiele docenianych premier i sukcesów, tak naprawdę przez cały czas swojego istnienia „jest w gościach”, bez swojej własnej siedziby.

– Nigdy nie byliśmy u siebie, każdy kolejny dyrektor muzeum miał swoje plany i było poczucie, że to miejsce jest gorące, a to ważne, w jakich warunkach się pracuje – podkreśla Augustynowicz. – Już za moich czasów oglądałam wiele lokalizacji, dokąd moglibyśmy się przenieść. Były pomysły, by teatr powstał na Prawobrzeżu, była mowa o adaptacji kin i propozycje placów, na których moglibyśmy się wybudować. Wizytowaliśmy przeróżne miejsca i nic z tego nie wyszło.

Obecnie sytuacja wygląda lepiej. Przed Teatrem Współczesnym w końcu urealniająca się wizja przeprowadzki do własnej siedziby. Za nami już rozstrzygnięty konkurs na projekt, przed nami wybór wykonawców. 

Zwycięska koncepcja Teatru Współczesnego w Szczecinie warszawskiej pracowni architektonicznej SAAW

– Jestem rada, że to ruszyło. Mnie projekt się podoba, bo jest czarny – mówi ze śmiechem Augustynowicz.

– Nowa siedziba to jedno z moich niespełnionych marzeń, nie udało się tego domknąć. Ale póki nie zobaczę budynku, to nie uwierzę – mówi ze sceptycyzmem Skrzywanek. – Cieszę się, że do konkursu zaproszono merytoryczne osoby. Będzie to piękna siedziba. Może jeden, dwa teatry w Polsce będą na takim poziomie jak Współczesny w Szczecinie. Będziemy zazdrościć i mówię to, siedząc w XVIII-wiecznej kamienicy w Krakowie – dodaje z uśmiechem. – Mam nadzieję, że włodarze zdają sobie sprawę, że budżet teatru będzie musiał być większy.

Zanim jednak rozpocznie się nowy rozdział historii Współczesnego, przed teatrem nie lada wyzwanie, czyli okres przejściowy. Obecnie według deklaracji marszałka, teatr w gmachu Muzeum Narodowego może być do połowy 2028 roku. To o rok dłużej, niż zakładano jeszcze niedawno. Nie oznacza to jednak, że sytuacja dla zespołu teatralnego będzie całkowicie komfortowa. Ukończenie nowej siedziby teatru planowane jest do grudnia 2030 roku, a start działalności w nowym miejscu zakładany jest wiosną 2031 roku.

– Jestem bardzo szczęśliwy z powodu uczestnictwa w pracach sądu konkursowego na projekt nowej siedziby. Mam poczucie, że został przeprowadzony wzorcowo z mocnym udziałem głosu Teatru – przyznaje Buszewicz. – Obecnie uczestniczę w pracach projektowych wraz z wygranym biurem architektonicznym. Cieszę się, że jestem częścią procesu, który doprowadzi do wybudowania obiektu o takiej skali możliwości. Szczecin będzie miał niedługo nie tylko jeden z najlepszych repertuarowo, ale i jeden z lepszych budynków teatru w Polsce. Mam tylko nadzieję, że proces przenosin będzie poprzedzony namysłem. Bardzo liczę na to, że nastąpi realny namysł nad sytuacją teatru i będziemy musieli przenosić się tylko raz. Każda przeprowadzka to parę straconych miesięcy grania, ucierpi też publiczność. A precyzyjnie terminu skończenia budowy nie przewidzimy. 

– Doświadczenie filharmonii pokazuje, że pozyskanie własnej siedziby powoduje wiele wspaniałych rzeczy – zwraca uwagę Kierc. – Dzięki nowej siedzibie teatr będzie mógł podjąć wiele decyzji, na które w tej chwili nie może sobie pozwolić.

Co zapadło w pamięć? „To całe moje dorosłe życie”

Dla jednych był to krótki przystanek, dla innych ważna przygoda. Niemniej jednak każdy z dyrektorów artystycznych ze swojego czasu w Teatrze Współczesnym zabrał coś ze sobą.

– Nie przewidziałem, że konsekwencje zaproszenia przez aktorów kompozytora Jacka Wierzchowskiego, będą dalekosiężne, bo Jacek stał się moim zięciem – mówi Kierc. – Po premierze, wszyscy dostali kwiaty, tylko nie on. To było niefortunne przeoczenie. Moja córka uznała, że trzeba ten błąd naprawić i zobowiązała się, że sama wręczy mu bukiet. I tak to się zaczęło.

To nie koniec ślubnych historii. Spektakl „Spartakus. Miłość w czasach zarazy” w reżyserii Skrzywanka w niespotykany dotąd sposób porusza temat polskiej psychiatrii dziecięcej oraz praw osób LGBTQ+. Zrekonstruowana na podstawie reportaży oraz wywiadów historia nastoletniego Wiktora, w drugiej części spektaklu przeradza się w porywający społeczny manifest – w postaci performatywnej ceremonii ślubnej. „Tak” na scenie mogły powiedzieć sobie pary nieheteronormatywne, a chętnych do tego nie brakowało. 

– Nagle te śluby, oczywiście symboliczne i humanistyczne, zaczęły być traktowane bardzo serio. Ludzie przynosili swoje obrączki, jeździli na podróże poślubne. Pamiętam, jak zgłosiła się para gejów spod Bolesławca. Poprosili o kilkadziesiąt miejsc. Łącznie przyjechały do nas dwa autokary. To było dla mnie niesamowite, kiedy dwie rodziny stanęły wspólnie na scenie – wspomina Skrzywanek. – Po spektaklu wszyscy ruszyli w stronę Ładogi, gdzie odbywało się wesele. Reszta widzów stanęła na schodach na Wałach Chrobrego i sypała ryżem. To niesamowicie wzruszające, kiedy teatr może wyjść ze swoich murów i naprawdę odmienić czyjeś życie.

fot. Piotr Nykowski, ze spektaklu "Spartakus. Miłość w czasach zarazy"

Na podsumowania zebranych doświadczeń przez dyrektora Buszewicza przyjdzie jeszcze czas. Jego przygoda ze Współczesnym nadal trwa, przed nim jeszcze kolejne sezony. Jednak już sam początek na pewno zostanie w pamięci.

– To był test sprawności zarządzania, bo wraz z objęciem posady dyrektora, przygotowywałem spektakl „Dom niespokojnej starości”, szykowałem obchody jubileuszu, dwie edycje rezydencji dramaturgicznej oraz kolejną odsłonę Kontrapunktu – wylicza Buszewicz. – Mam poczucie satysfakcjonującego czasu. Nasze spektakle zdobywają uznanie, jeżdżą po całej Polsce – w sezonie 26/27 czeka nas imponujące tournée. Zostaliśmy nagrodzeni za ostatni sezon nagrodą za wkład w dramaturgię na Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Dzieje się! A to dopiero półtora roku.

A jak zapamiętała teatr najdłużej z nim związana dyrektor artystyczna?

– Praca w Teatrze Współczesnym to całe moje dorosłe życie i kiedy zaczynałam, nie zdawałam sobie sprawy, jak wielkim szczęściem dla reżysera jest dostać warsztat pracy, gdzie można uczyć się razem z żywymi ludźmi, którzy chcą się z tobą uczyć. I to jest doświadczenie absolutnie nie do zakwalifikowania. Jestem wybrańcem losu – podkreśla Augustynowicz.

Jubileusz 50-lecia Teatru Współczesnego trwa cały rok. Na pierwszej uroczystości wicewojewoda Dawid Krystek wręczył medale „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, przyznane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Złoty Medal otrzymała Anna Januszewska, a Brązowe Medale – Ewa Sobiech, Maria Dąbrowska oraz Jacek Piątkowski. Medale trafiają do osób szczególnie zasłużonych dla twórczości artystycznej, działalności kulturalnej oraz ochrony dziedzictwa kulturowego.