- Zależy nam na tym, aby przejął to ktoś, kto nie tylko będzie prowadzić piekarnię w podobnym stylu, ale będzie również pamiętać o historii tego miejsca - mówi Andrzej Reczyński.
Czas na porządki i ciekawe znaleziska
Z Andrzejem Reczyńskim spotykamy się przy piecu, który wciąż jest ciepły, choć minęły 2 miesiące od zamknięcia piekarni przy ulicy Rayskiego 17.
- Teraz mam czas, aby spędzać czas z wnukami. A tak, to człowiek sam biega po lekarzach, w końcu trzeba zadbać o zdrowie - uśmiecha się.
Do piekarni również zagląda. A to zrobić porządki, przepalić piec czy spotkać znane mu twarze.
- Dużo rzeczy chomikowałem i trzeba było zrobić porządki. Część poszła do Ekoportu, ale znalazłem na przykład nowe i nieużywane ręczniki do garowania bułek. Piec też nie lubi być wyłączony, dlatego go przepalam, aby nie złapał wilgoci - opowiada.
Wśród znalezisk jest m.in. pamiętająca PRL instrukcja BHP, ale i pierwszy szyld piekarni prowadzonej już przez rodzinę Reczyńskich.
- Jest przerobiony, wycięto nazwisko pana Bronka i wklejone ojczulka - śmieje się piekarz. Szklany szyld w nowej wersji zawisł przed lokalem w 1979 roku.
Mieszkańcy pytają o chleb z domowej produkcji
Jak jednak przyznaje, brakuje mu kontaktu z klientami. 23 grudnia 2025 roku był ostatnim dniem, w którym mieszkańcy mogli kupić chleb prosto z piekarni. Chętnych nie brakowało, a kolejka utrzymywała się przez cały dzień.
- Brakuje mi klientów, człowiek się z nimi zżył, a i oni sami tęsknią za smakiem tego chleba. Gdy niektórzy dowiedzieli się, że teraz piekę w domu, to od razu pojawiły się pytania „a można zapisać się do kolejki?” - śmieje się. - Smak jest jednak inny, piec ma tutaj duży wpływ.
W lodówce ma zaczyn, który od lat służył w piekarni, a w zamrażarce jeszcze kilka bochenków swojego pieczywa. - Któregoś razu żona kupiła chleb na spróbowanie, ale uznała, że to nie to samo - mówi.
Zainteresowani dzwonią i z Poznania
Nie brakuje za to zainteresowanych prowadzeniem piekarni. Najwięcej zgłoszeń było w grudniu, ale i teraz Andrzej Reczyński dostaje zapytania. - Ostatnio dzwonił jeden pan z Poznania. Mówił, że jak z tymi się nie uda, to żebym dał znać i szybko przyjedzie, sprawdzi i obejrzy - słyszymy.
Obecnie Andrzej Reczyński prowadzi rozmowy z pewnymi Szczecinianami. Na razie nie chce i nie może więcej zdradzić, choć wiąże z nimi pewne nadzieje.
- Chcą zainwestować w remont, zrobić drobne naprawy. Zarówno mi, jak i im zależy na prowadzeniu pod marką, zatrzymaniem logo. Chciałbym, aby smak chleba pozostał, oni też chcą. Oczywiście, musiałbym im pomóc to prowadzić, przypilnować, nauczyć obsługi pieca - mówi.
Przez ponad 40 lat wypiekali chleb dla Szczecinian
Chleb Reczyńskich zawędrował do Australii, Kanady, Meksyku a nawet dopłynął na Spitsbergen. Historia rzemieślniczej piekarni przy ulicy Rayskiego 17 zaczęła się w sierpniu 1979 roku.
Rodzice Andrzeja Reczyńskiego przyjechali do Szczecina w 1962 roku. Tata również był piekarzem i podjął pracę u Bronisława Rucińskiego, a w 1979 roku przejął biznes. Od tego czasu niewiele zmieniło się w samej hali, jak i na sklepie. Reczyńscy dokupili jedną maszynę, dorobili dwa kotły. Andrzej Reczyński utrzymał stare receptury, wypracowaną jakość. Nie chciał ani nowoczesności, ani masowej produkcji.
Przez ponad 40 lat działalności piekarnia Reczyńskich była świadkiem wielu zmian i trendów w przemyśle spożywczym.
Były bowiem lata, gdy na mieście działało dużo budek z zapiekankami, a w soboty piekarnia robiła 150 kilogramów ciasta pszennego. Później dużo pieczywa szło za granicę, a Niemcy upodobali sobie chleby, rogale i bułki.
Komentarze