Już od piątku, 16 stycznia, widzowie będą mogli obejrzeć historię człowieka, który jako pierwszy zdobył status międzynarodowej gwiazdy kina, inspirował Charliego Chaplina i wystąpił w ponad trzystu filmach, tworząc pierwszego powracającego bohatera na ekranie. A jednak ten idol swojej epoki niemal zniknął z pamięci widzów. Dlaczego?
Max Linder był jedną z najjaśniejszych postaci kina niemego – elegancki, błyskotliwy i uwielbiany przez tłumy. 1 listopada 1925 roku świat zszokowała wiadomość o jego podwójnym samobójstwie z żoną Ninette. Jak czytamy, okoliczności tej tragedii do dziś pozostają niejasne, a życiorys artysty przypomina historię, którą ktoś celowo próbował wymazać z kart kina.
Tytuł filmu nie jest metaforą. Linder kilkakrotnie cudem uniknął śmierci – na wojnie, na planie filmowym i w życiu prywatnym. Film prowadzi widza przez miejsca, które kształtowały artystę, m.in. Francję, Polskę, Rosję i Stany Zjednoczone, pokazując archiwalia, które nigdy wcześniej nie trafiły do kin.
To nie klasyczna biografia, lecz śledztwo o narodzinach sławy – siły, która potrafi wynosić na piedestał i niszczyć. Zaskakuje forma filmu: choć powstał dziś, wygląda jak sprzed stulecia. Twórcy użyli kamery 35 mm z lat 20., dawnej optyki i sztucznej inteligencji. Muzykę skomponował nominowany do Oscara Reinhardt Wagner, nagraną w Narodowej Filharmonii Bałtyckiej.
Prace trwały osiem lat. Dopiero prywatne zbiory Maud Linder ujawniły, dlaczego artysta zniknął z historii – po jego śmierci brat zakopał taśmy z filmami w ogrodzie, odcinając świat od dorobku twórcy fundamentów filmowej komedii.
– Kiedy dowiedziałem się, że filmy Maxa zakopano w ziemi – wraz z jego pamięcią – obiecałem sobie, że zrobię wszystko, aby to zmienić – wspomina Edward Porembny.
„Życie i śmierci Maxa Lindera” to opowieść o cenie sławy, o pamięci, którą łatwo utracić, i o człowieku, którego życie było spektaklem bez kulis. Premiera w polskich kinach już 16 stycznia. Film został również zakwalifikowany do 28. Polskich Nagród Filmowych Orły.
Komentarze