Za nami ostatnia premiera Teatru Lalek Pleciuga w tym sezonie, która zbiegła się ze świętowaniem Dnia Dziecka. To „Śnieżka” w reżyserii Doroty Abbe.
Na samym początku przedstawienia za pomocą teatru cieni poznajemy prolog historii, słyszymy o „dziecku białym jak śnieg, rumianym jak krew i włosach czarnych jak heban”, o śmierci królowej i rozpaczy króla.
Potem przenosimy się na żywy plan i podążamy za rozkazami nowej wybranki króla, jej niemądrymi decyzjami i konfliktem ze Śnieżką, który kończy się wygnaniem dziewczynki do lasu. Ta jednak odnajduje w nim komfort i nowych przyjaciół.
Przytulić swój własny mrok
Pleciugowa wersja „Śnieżki” to nie opowieść o zazdrości macochy o urodę dziewczynki ani historia miłości od pierwszego wejrzenia. To raczej próba spojrzenia na to, jak łatwo można zostać zmanipulowanym. Rolę złego bohatera zdecydowanie przejęło tutaj Magiczne Lustro, które podsycało niechęć do Śnieżki. Nie było tylko nośnikiem przekazu informacji i odpowiedzi na pytanie: „kto jest najpiękniejszy w świecie?”. Aktywnie próbowało nakłonić macochę do złego, przekonywało, że nikt jej prawdziwie nie pokocha.
Nie tylko pomysł na złe zwierciadło, ale i sama jego kreacja były intrygujące. Oprócz opuszczanych na scenę elementów odbijających światła, pojawiała się postać przyobleczona w srebrny materiał, całkowicie nim zakryta, dodatkowo w nieustannym ruchu (w tej roli kapitalnie sprawdziła się Marta Łągiewka). W takim lustrze z pewnością trudno się przejrzeć, zniekształca ono rzeczywistość. Nieodparcie nasuwa mi się tu skojarzenie z social mediami – w których na co dzień podpatrujemy (często upozorowaną) codzienność innych i porównujemy z naszą.
Jedną z mantr, które powtarza zwierciadło jest to, że każdy z nas ma w sobie mrok. To właśnie tę ciemność macocha chce obudzić w Śnieżce. Jednak przy wsparciu krasnoludków, królewnie udaje się temu oprzeć, znaleźć w sobie wewnętrzną siłę do walki o siebie.
Uczta dla uszu
„Śnieżka” to spektakl bardzo muzyczny. Niemalże w każdej scenie mamy piosenkę, a każda z nich to zabawa z różnymi gatunkami. Mamy utwory bardziej eteryczne, jak chociażby rozmowa Śnieżki z duchem swojej zmarłej mamy i tu należą się ogromne brawa dla Magdaleny Dudek, bo naprawdę czuć w jej głosie tę tęsknotę za rodzicielką. Są piosenki rytmiczne, np. kiedy po raz pierwszy poznajemy krasnoludki – od tej pory będą one mi się kojarzyć z wersem „dzikie dzieci lasu” a nie z disneyowskim „hej ho, do pracy by się szło!”. Nie brakuje też bardziej mrocznych dźwięków, kiedy na scenie przemawia Magiczne Lustro.
To muzyka zdecydowanie wpadająca w ucho, kilka dni po premierze wciąż mam w głowie te melodie. Tu właśnie brakuje mi jednej rzeczy – płyty z tymi piosenkami, żeby móc część przedstawienia zabrać ze sobą do domu.
Las, do którego chce się wejść, i jego niecodzienni mieszkańcy
Wizualnie spektakl też robi wrażenie. Przede wszystkim widzowie zaproszeni są na łono natury, do wędrówki między leśnymi pagórkami, które skrywają nie jeden – a siedem – sekretów w postaci krasnoludków. Postawiono tutaj na lalki muppety, które świetnie się sprawdziły. W moim odczuciu bardziej przypominały skrzaty leprechauny, co w leśnym klimacie jednak jak najbardziej ma sens. I choć może nie wszystkie umiałam rozpoznać, to Marudę stanowczo było trudno pomylić z którymkolwiek innym krasnalem.
Ogromne brawa dla aktorów, bo mimo tego, że zarówno oni, jak i muppety są widoczni na scenie, wzrok absolutnie przyciągają lalki. Iluzja tego, że krasnale naprawdę żyją, była bardzo wiarygodna.
W mojej głowie wizerunek Śnieżki to ten z bajki z 1937 roku, czyli czarne włosy z czerwoną kokardą, do tego sukienka z niebieskim gorsetem i bufiastymi rękawkami oraz żółta spódnica. Pleciugowa wersja odchodzi od tego wizerunku, ubierając księżniczkę w samą żółć, a na nogi dając trampki zamiast pantofelków.
To samo dzieje się z księciem. Nie na białym koniu i w eleganckich szatach, a w bluzie i ze zmierzwionymi włosami, który wcale nie ratuje królewny z opresji.
Walka o to, co najważniejsze
Pod koniec spektaklu, kiedy Śnieżka chce pocałować księcia a ten się odsuwa, pada zdanie, czy to nie właśnie tak kończą się wszystkie bajki, że on i ona żyją długo i szczęśliwie. Tutaj jednak nie ta miłość była najważniejsza. Rodzina była tym fundamentem, o który trzeba dbać i który udało się ocalić. Macocha – bez fałszywego zwierciadła u boku – może przeglądać się w oczach króla i dostrzec jego prawdziwe i szczere uczucie. Tyle wystarcza, by spojrzeć na siebie z innej perspektywy i zmienić swoje zachowanie. I ta wersja bajki w dzisiejszych czasach jest chyba jeszcze cenniejsza.
Wydawać by się mogło, że historia Śnieżki to już temat bardzo dobrze znany i trudno znaleźć w nim coś nowego, a jednak propozycja Pleciugi pokazuje, że wciąż można wydobyć z tej opowieści inne nauki zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.
Spektakl prezentowany jest na scenie Pleciugi do piątku (12 czerwca), a także w weekend 20 i 21 czerwca.
Komentarze