– Zdarzyło mi się, że składając projekt do urzędu, po tygodniu dostawałem telefon, że pozwolenie jest już gotowe, co jest cudem, bo zawsze czeka się 2 miesiące. I jak przychodziłem odebrać dokumenty, to pani wyciągała książkę i prosiła o podpis – śmieje się Leszek Herman. Wraz z Sylwią Trojanowską i Markiem Stelarem w ubiegłym roku świętowali 10-lecie swojej pracy literackiej. O tym, jak wspominają swoje początki, o najważniejszych lekcjach, marzeniach na kolejne lata i najbliższych planach wydawniczych opowiedzieli w specjalnej rozmowie z Krzysztofem Lichtblauem, czyli Panem od książek.

„Sedinum” przetarło szlaki

– Zacząłem pisać, bo byłem zmęczony projektowaniem, chciałem mieć od tego ucieczkę – przyznaje Herman. – Uważam, że 10 lat temu to był moment przełomowy nie tylko dla Szczecina, lecz dla pisarzy, którzy udzielali wtedy wywiadów, w których mówili, że muszą dorabiać, żeby się utrzymać. Dziś ludzie, którzy piszą i są popularni, mogą z tego spokojnie wyżyć. A Szczecin 10 lat temu tkwił w wysokiej literaturze, która jednak nie była popularna. „Sedinum” było kierowane do szerszego grona czytelników i miało pokazać nasze miasto w lżejszej formule.

– Szczecin został odczarowany, wcześniej nie było tak wielu powieści gatunkowych, które rozgrywałyby się w naszym mieście – dodaje Trojanowska. – Nie zapomnę spotkania w Łodzi, po którym podeszła czytelniczka i powiedziała, że nie wiedziała, że Szczecin miał taką historię, że mieszkali w nim Niemcy.

– Im więcej patrzę, widzę, jak 10 lat jest przepaścią. Podejrzewam, że dzisiaj o wiele więcej osób chce pisać niż te 10 lat temu – mówi Stelar. 

Pisarz na pełen etat, a może autor-pasjonat

Zarówno Trojanowska, jak i Herman, wciąż pozostają aktywni zawodowo. Stelar postanowił w całości poświęcić się pisaniu.

– Od ponad 4 lat nie pracuję, a dobrze się bawię – przyznaje. – I choć ciężko na to pracowałem, by przejść na zawodowstwo, to nie mam wątpliwości, że jestem farciarzem – podkreśla.

– Ja mam to szczęście, że bycie trenerem biznesu i coachem, bardzo lubię, dlatego cały czas jestem w tym szkoleniowym nurcie – mówi Trojanowska. – Jednak większość czasu poświęcam już na twórczość.

– Trzymam się cały czas architektury i projektowania. Uwielbiam projektować, ale potem przychodzą formalności, budowa i to zaczyna być bardzo obciążające – podkreśla Herman. – Dlatego trudno mi myśleć, że porzucę ten zawód, tym bardziej, że on jest mi potrzebny do pisania.

Plusy i minusy rozpoznawalności

Choć cała trójka przyznaje, że pisanie i spotkania z czytelnikami niezwykle ich cieszą i są dla nich ogromną nagrodą, nie da się ukryć, że sława ma swoje jasne i ciemne strony. Niekiedy uda się załatwić coś poza kolejką w urzędzie, a nieraz trzeba będzie się zmierzyć z fanem w najmniej oczekiwaniem momencie.

– Zdarzyło mi się, że składając projekt do urzędu, po tygodniu dostawałem telefon, że pozwolenie jest już gotowe, co jest cudem, bo zawsze czeka się 2 miesiące. I jak przychodziłem odebrać dokumenty, to pani wyciągała książkę i prosiła o podpis – wspomina Herman. – Miałem też kilku klientów, którzy przyszli, bo chcieli mieć dom zaprojektowany przez „tego” Hermana. Ale zdarzyło się, że kiedy wyszedłem nieogolony do sklepu po smaczki dla psa, to ktoś mnie rozpoznał.