Choć są zupełnymi przeciwieństwami, to z jednej strony kończą za siebie zdania, a z drugiej stworzyły targi, które już podczas pierwszej edycji przyciągnęły 3 tysiące mieszkańców. „Wszystko zaczęło się od współpracy. Chociaż nie, tak naprawdę zaczęło się od tradycyjnego szczecińskiego narzekania” – śmieje się Monika Kreft, współzałożycielka kawiarni „Mozaika” i Targów Gesty.

– Narzekania, że w Szczecinie nic się nie dzieje, czegoś nam brakuje – precyzuje Magdalena Gogłoza, laureatka „Zrobione w Szczecinie” i druga połowa „Gestów”. – Monika chciała się po prostu wygadać, ale dla mnie to był impuls do działania.

Targi Gesty to jedyne tak duże i lokalne wydarzenie w Szczecinie poświęcone polskiemu designowi, autorskiej sztuce i modzie. Ich pomysłodawczynie, Monika Kreft i Magdalena Gogłoza, są najnowszymi bohaterkami cyklu „Wspólne Pracownie”, które wSzczecinie.pl współtworzy z projektem Pracownie.Szczecin.

„A gdyby tak zostać w Szczecinie, nie musieć jechać przez całą noc”

Wiemy już, że ich działanie rozpoczęło się od szczecińskiego narzekania (z przymrużeniem oka). Ale co dalej? Jak do tego doszło, że za chwilę (10-11 października) rozpocznie się druga edycja targów, które przyciągają nie tylko szczecińskich twórców, ale i tych z całej Polski?

– Rozmawiałyśmy o tym w grudniu, a w styczniu Magda do mnie zadzwoniła z pytaniem „to co, robimy?” Ogarnęło mnie przerażenie – śmieje się Monika. – Sama jeżdżę na targi jako wystawca i kilka razy miałam w głowie taką myśl „a gdyby tak zostać w Szczecinie. Nie musieć jechać przez całą noc, żeby zdążyć ze wszystkim, tylko wstać rano i pójść się rozpakować”.

– Wydaje mi się, że nasza współpraca układa się naturalnie. Działamy w tych rzeczach, w których czujemy się dobrze i to działa. Monika nie lubi dzwonić, załatwiać rzeczy i dokumentów. Dla mnie to nie jest problem. Z kolei mogę powiedzieć, że coś graficznie dobrze wygląda i jest spójne, ale to Monika się na tym zna i ona odpowiada za część wizualną – dodaje Magda.

Magdalena Gogłoza i Monika Kreft. Fot. Karolina Borutyńska

„Tego potrzebujemy w naszym mieście”

– W Szczecinie powinniśmy ze sobą współpracować. Kiedy wymieniamy się kompetencjami i podejmujemy współdziałania, możemy robić rzeczy z dużo większym impetem, a co za tym idzie – możemy wyjść poza zamknięty schemat – mówi Rafał Bajena.

Organizator Otwartych Pracowni sam wyszedł z propozycją współpracy do dziewczyn przy okazji drugiej edycji „Gestów”.

– Co tu dużo mówić, Magda i Monika robią naprawdę dobre rzeczy. Nie dość, że swoimi osobami pokazują, jak wiele współprac można nawiązać w mieście, to jeszcze ich wydarzenie generuje kolejne. Tego potrzebujemy w naszym mieście – podkreśla.

„Od początku spodobał nam się charakter tej inicjatywy”

Do pierwszej edycji „Gestów” zaprosiły około 40 wystawców, osoby prowadzące panele dyskusyjne i warsztaty. Zebrały ponad 3 tysiące mieszkańców, którzy przez weekend odwiedzili Regionalne Centrum Innowacji i Transferu Technologii. Znajdziemy je przy ulicy Jagiellońskiej, w miejscu dawnych zakładów odzieżowych Dana. W październiku po raz drugi zaproszą tutaj mieszkańców.

Jak słyszymy ze strony przedstawicieli RCIiTT, współpraca z dziewczynami ma trochę dłuższą historię. Wszystko zaczęło się w 2023 roku od spotkania specjalistki ds. komunikacji Aleksandry Rajskiej z Magdą. To czas, gdy nasza bohaterka organizowała FemiBrunche.

– Już wtedy bardzo zależało nam na tym, aby podobne spotkania odbywały się w naszej siedzibie. W tamtym czasie nie mieliśmy jeszcze odpowiedniej przestrzeni, ale Magda o nas nie zapomniała i w 2025 roku wróciła z pomysłem organizacji „Gestów”. Od początku spodobał nam się charakter tej inicjatywy – mówi Aleksandra Rajska. – Wydarzenie skupia twórców, lokalne marki i osoby, które rozwijają własne pomysły. To bardzo dobrze współgra z tym, czym na co dzień zajmuje się nasze Centrum.

Współpracę z dziewczynami ocenia na „bardzo dobrze”.

– Jest partnerska, konkretna i oparta na wzajemnym zaufaniu. Dla nas to także możliwości otwierania RCIiTT na nowe środowiska i pokazanie, że to przestrzeń, w której mogą spotykać się różne światy – biznes, kreatywność, design i przedsiębiorczość. Cieszy nas również, że organizatorki chcą do nas wracać – to chyba najlepszy sygnał, że dobrze czują się w naszej przestrzeni – mówi Aleksandra Rajska.

Warto jednak podkreślić, że Magda i Monika nie żyją samymi „Gestami”. Jedna z nich tworzy autorską biżuterię, druga – okazje do spotkań i poznawania nowych osób, o czym przekonamy się za chwilę.

Były architektura, szczecińskie klocki, a potem betonowe wystroje wnętrz

Monika Kreft z wykształcenia jest architektką. Jak zaznacza, nie była to jednak decyzja podjęta sercem – gdyby jako 18-latka mogła wybrać „design”, poszłaby w to. Tylko takich studiów wtedy nie było.

– Najbardziej lubiłam tworzyć projekty indywidualne, bo po prostu lubię poznawać ludzi. Z drugiej strony są tymi najbardziej wyczerpującymi. W końcu chcąc zaprojektować komuś dom, musimy poznać daną osobę, rodzinę. Zrozumieć, jak żyje, co jest dla niego ważne – opowiada.

Monika miała również okazję pracować na zlecenie u dużych deweloperów oraz przy projektach użyteczności publicznej. Dlaczego zrezygnowała z pracy w zawodzie? Jak tłumaczy, proces projektowy nie dawał jej satysfakcji.

– Uznałam, że jeśli mam zarywać noce i cierpieć ma na tym moje życie rodzinne, to wolę robić coś dla siebie niż dla kogoś. Wtedy zaczęłam szukać pomysłu na siebie – wspomina.

W 2014 roku wspólnie z Beatą Kuracińską realizowała projekt „UWAGA! Miasto Szczecin”, w ramach którego zaprojektowały unikatowy zestaw miniaturowych klocków i budowli inspirowanych charakterystycznymi obiektami Szczecina. Wśród figur z drewna klonowego znalazły się m.in. szczecińskie dźwigozaury, Zamek Książąt Pomorskich, Elewator Ewa czy Brama Portowa.

– Myślałam, że to będzie to, ale było albo za wcześnie, albo za późno. Potem był beton. Robię elementy wykończenia i wystroju wnętrz z betonu według autorskiej receptury. Po czasie zarzuciłam jednak pełnowymiarową sprzedaż i teraz tylko współpracuję z biurem architektonicznym Loft Kolasinski – dodaje.

„Współpraca z Moniką jest zawsze dobrą zabawą i burzą mózgów”

Znalazła jednak swoją miłość i powołanie. Od lat jest nią biżuteria. Pierwszą kolekcję zaprojektowała w 2016 roku. Były nią… plusy.

– Miałam i do tej pory mam zeszyt, w którym zapisuję zadania do zrobienia. Jeśli zostaną przeze mnie wykonane, to stawiam plusik. Stąd „Same Plusy”, czyli biżuteria do nagradzania siebie. Zaprojektowałam ją i poprosiłam kolegę, aby mi ją wykonywał. Robił to przez pewien czas, ale w pewnym momencie stwierdził, że muszę kupić wykrojnik, bo on już nie da rady więcej tego robić. Uznał, że to za mało ambitna praca. Nie ma co się dziwić, w tamtym czasie naprawiał biżuterię królowej Elżbiety – śmieje się Monika.

Jak powiedział, tak zrobiła. Kupiła wykrojnik i wzięła palnik w dłonie, aby sprawdzić, czy ją to jara.

I jara.

– Współpraca z Moniką jest zawsze dobrą zabawą i burzą mózgów. Tak jak ona wyciągała lekcje z naszych spotkań, tak ja widziałem jak jej prace są coraz bardziej spójne i zaplanowane – mówi Marcin Gliniarz, twórca biżuterii MAD MARF.

Z naszą bohaterką poznał się w 2021 roku podczas spotkania twórców w nieistniejącej już kawiarni „AnkaWeganka”. Jak zaznacza, „trudno w kilku zdaniach opisać współpracę z Moniką”. Przez kilka lat nasza bohaterka jeździła do niego, aby odlewać metal. Aż sama się nauczyła.

– Bardzo ją interesował sposób odlewania metalu w „formie piaskowej” – wspomina. – Często korzysta z pomocy przy odlewaniu form, które sama zaprojektowała, ale wiem też, że już samodzielnie zaczęła to robić. Bardzo mnie cieszy, że nabyła pewności siebie w tym procesie. 

Monika Kreft i Marcin Gliniarz. Fot. materiały prywatne

Jej ulubionym materiałem do pracy jest miedź.

– To trudny materiał. Próbowałam wprowadzić go na rynek, ale znowu – albo jest za wcześnie, albo za późno. Są pytania, czy będzie czernieć? Będzie. Czy będzie brudzić? Będzie. Ale taka ona jest, będzie reagować z naszym ciałem. Jak noszę miedziany pierścionek, to wiem, co się dzieje z moim organizmem. Zbyt małej liczbie osób to odpowiadało, więc przerzuciłam się głównie na srebro.

„Miały dobry oddźwięk, było dużo możliwości i trzeba było to robić”

Na tym nie koniec. Od 2022 roku razem z przyjaciółkami współprowadzi kawiarnię „Mozaika”.

– To była próba wyjścia na lokalny rynek. Miała być miejscem na warsztaty i sprzedaż naszych wszystkich dzieł. Ale kierowałyśmy się zasadą podążania za dzieckiem, a ta zaprowadziła nas do kawiarni z elementami concept storu i kawiarni.

Kawiarnia Mozaika. Fot. Adam Przygodny

W „Mozaice” poznała Magdę. Nasza druga połowa Targów Gesty znana jest szerszej publiczności jako pomysłodawczyni i organizatorka „Sytobrunchy”. W skrócie – to było coś, czego Szczecin jeszcze nie miał.

– To twór, który wyszedł bardzo przypadkowo i w żaden sposób niezaplanowanie. Mowa o czasie mocno pandemicznym, kiedy byłam w rozkroku życiowym, w którą stronę pójść. Utknęłam w korporacji, która nie była pracą dla mnie. Z drugiej strony to był czas niedzielnych spotkań, które organizowałam dla przyjaciół. Określali je mianem „promyczka” całego tygodnia. Grono zasiadających przy stole z czasem zaczęło się powiększać – opowiada.

– Szkoda, że wtedy Ciebie nie znałam – wtrąca Monika.

Na pierwszy oficjalny brunch przyszło kilku zaciekawionych nieznajomych. Wówczas większość gości stanowili przyjaciele Magdy. Z czasem proporcje zaczęły się zmieniać.

„To wydarzenie wywołało u mnie zakręt życiowy w dobrą stronę”

Spotkania w Sadach Rajewskich i dąbskim Aeroklubie były punktami zwrotnymi dla „Sytobrunchy”. Potem przyszły kolejne lokalizacje – Willa Lentza, Altana 1893 Andrzeja Graby Grabowieckiego i jeden z ulubionych naszej bohaterki – Zajezdnia Pogodno.

Sytobrunch w Zajezdni Tramwajowej Pogodno. Fot. Łukasz Popielarz

– Pan Andrzej z Tramwajów Szczecińskich wysłuchał mnie, chyba nie do końca rozumiał po co to robię i jaki jest cel, ale był bardzo wspierający i stwierdził, że „nie ma problemu”. I naprawdę, nic nie było problemem. Miałam odpowiednie zaplecze, nie przeszkadzaliśmy w pracy, a na cały brunch oddelegowali do nas Pana Romana – legendę tej zajezdni. Kilka razy obwiózł nas po zajezdni zabytkowym tramwajem, pokazał nam różne zakamarki, maszynownię, mnóstwo rzeczy – wspomina Magda

– Rozumiem, że Pan Andrzej mógł tego nie rozumieć. Sama byłam na jednym ze spotkań i na początku nie do końca zrozumiałam o co chodzi. Ale to wydarzenie wywołało u mnie zakręt życiowy w bardzo dobrą stronę. Odnowiły się stare kontakty, to było cudowne – opowiada Monika.

– Takich historii jest masa. Jedne dziewczyny się zakumplowały i chodzą razem na różne wydarzenia. Potem ktoś z kimś nawiązał współpracę. Ta cała pozytywna atmosfera niosła się dalej i kreowała mniejsze lub większe współprace.

Brunche otworzyły Magdzie dużo drzwi do kolejnych kontaktów i współprac. Na jedno ze spotkań przyszła Ania Szymańska, jedna trzecia Mozaiki, z którą później Magda organizowała Femibrunche i Sytośniadania.

Fot. Materiały prywatne

„Jest takim dobrym duszkiem naszego duetu”

– Z Magdą znamy się już kilkanaście lat. Wraz z Maliną zaczęłyśmy od przyjaźni i wspólnego spędzania czasu. Później zupełnie naturalnie pojawiły się wspólne projekty eventowe i dekoratorskie. Przez cały ten czas tworzymy naprawdę zżytą grupę przyjaciół – opowiada Paula z Manimali.

Jak podkreśla, Magda od zawsze wspiera ich kreatywny duet w drodze zawodowej.

– Jest takim dobrym duszkiem. Wspiera nas merytorycznie, jeździ z nami na montaże, kiedy tego potrzebujemy, ale przede wszystkim jako przyjaciółka dmucha nam w skrzydła, wierząc w nas z całego serca. I to jest wsparcie, które doceniamy najbardziej – słyszymy. – W drugą stronę to również działa. Magda kreuje jakościowe, piękne projekty i zawsze jesteśmy megapodekscytowane, kiedy możemy dołożyć do nich swoją małą cegiełkę.

Co z tymi współpracami w mieście?

Czy zdaniem naszych bohaterek, w Szczecinie trudno nawiązuje się współprace? Ich opinie są różne. Dla Magdy to łatwe zadanie.

– Tylko świadomie dobieram ludzi i świadomie odrzucam również niektóre osoby. Uważam, że współpraca to duża potęga naszego miasta. Wiele osób się zna, można się wspierać i korzystać z tego – mówi.

Zdaniem Moniki, „współprace nie są popularne”, choć i to się pomału zmienia.

– Mam wrażenie, że współpraca u wielu osób jest traktowana jako zagrożenie, konkurencyjność. Zawsze znajdzie się ileś powodów, dla których ciężko podjąć współpracę. Że za późno, że za wcześnie, nie w tym czasie, za dużo, za mało. Ludzie nie są przyzwyczajeni, zwłaszcza wśród wydarzeń, które mogą się na pierwszy rzut oka wydawać konkurencyjne.

Podaje przy tym ubiegłoroczny przykład, kiedy Młodzieżowe Targi Sztuki TOR zgłosiły się do nich z informacją, że będą dzień przed „Gestami”.

– Oni byli w piątek, my w sobotę i niedzielę. To nie był dla nas żaden problem. Usiedliśmy, porozmawialiśmy, jak to podbić i zrobić wzajemną promocję, aby każdy na tym skorzystał – wspomina Monika.

– Były wspólne publikacje, wymiana plakatów, wsparcie. Myślę, że to jak najbardziej miało efekt – dodaje Magda.

„Warto ze sobą rozmawiać”

Dziewczyny szykują się do drugiej edycji „Gestów”. W tym roku hasłem przewodnim jest „rozmowa”.

– Gros naszego czasu poświęconego przygotowaniom to rozmowy. Czy to między nami, wystawcami, potencjalnymi partnerami. Potem całe targi są oparte na rozmowach. Wśród wystawców mamy przestrzeń, aby porozmawiać z kimś, kto zafascynował nas swoim produktem. Mamy okazję, aby porozmawiać z nim, dowiedzieć się, jak dana rzecz powstała, ile pracy i czasu zostało w to włożone. Z kolei twórca otrzymuje informację pod tytułem „bezpośredni zachwyt nad tym, co robi” – tłumaczy Monika Kreft.

– Jestem orędownikiem hasła „słyszymy, że ktoś coś do nas mówi, ale nie słuchamy”. Cały czas nasze myśli są gdzie indziej. Tymi wszystkimi panelami dyskusyjnymi i warsztatami chcemy powiedzieć – usiądź, zatrzymaj się, usłysz, co kto ma do Ciebie do powiedzenia, zadaj pytanie, przemyśl.

Dzięki dofinansowaniom i dodatkowym współpracom, dziewczyny stawiają w tym roku na jeszcze większą liczbę paneli i warsztatów. Jak zaznaczają, zarówno wstęp na targi, jak i udział w warsztatach jest darmowy. Zapisy na te drugie ruszą około 3 tygodnie przed wydarzeniem.

– Wiem, że to jest oklepane, ale już się tak nie krygujmy. Po prostu naprawdę warto ze sobą rozmawiać – śmieje się Monika Kreft.