– Podoba mi się w nich chęć czerpania inspiracji z czegoś, co było kiedyś i zostało już trochę zapomniane, a co miało swoją wartość i jest bardzo ważnym punktem wyjścia dla współczesnych artystów – mówi Adam Opatowicz, dyrektor Teatru Polskiego w Szczecinie. Na przełomie stycznia i lutego tego roku zaprosił zespół do zagrania koncertu na teatralnych deskach i bycia częścią spektaklu „Za nami, w nas. Opowieść domowa”.
Nie jest jedynym, który dostrzegł potencjał w twórczości młodych muzyków tworzących zespół Fat Angels. Poznajcie najnowszych bohaterów cyklu „Wspólne Przestrzenie” realizowanego przez projekt Pracownie.Szczecin i redakcję wSzczecinie.pl.
„Po prostu ciągnie nas do wolności i natury”
– Cała nasza piątka słucha muzyki z lat 60. To czas, kiedy ludzie mieli najbardziej otwarte głowy i dużo eksperymentowali. Sami żyjemy tak, jakbyśmy wpadli do kapsuły czasu i wylądowali nie w tych latach, co powinniśmy – mówi Aleksander Łabuć, wokalista i gitarzysta.
– Muzyka była wtedy ambitniejsza. Nie jest ważne, kiedy powstała. Najważniejszy jest fakt, że w ogóle powstała – uważa Emil Dąbrowski, perkusista. – Nie pamiętam życia przed zespołem. Po prostu jest moment, w którym po raz pierwszy pojawiłem się na scenie.
– W tamtych czasach ludzie bardzo dużo tworzyli, nie tylko w muzyce. Mieli dużo bardziej otwarte głowy – dodaje basista Wiktor Dziwosz.
Młodzi muzycy podczas koncertu na Wake Parku nad Głębokim. Fot. Fat Angels
Jednocześnie zaznaczają, że nie lubią szufladkować siebie ani swojej twórczości.
– Oczywiście, naszą muzykę można podpisać pod jeden gatunek, ale nie chcemy tego robić. Bardzo często przechodzimy pomiędzy różnymi gatunkami i trudno nam zostać przy jednym – mówi Emil.
To, co można powiedzieć o ich muzyce? Opiera się na psychodelii i eksperymentach. Łączą ambient, acid rock, psychodelic noise oraz bluesa i improwizacje.
– Zbyt obszernie do tego podchodzimy, aby zamykać się w małej klatce. Możemy to porównać do jedzenia. Próbujemy wszystkiego, nie jemy tylko z jednego talerza. Inspiracji jest wiele, do tego dużo improwizujemy. Zaskakujemy samych siebie i widownię – dodaje Aleksander.
– A co was ciągnie do tej muzyki? Co z niej czerpiecie? – dopytuję. Na ich twarzach z czasem pojawia się delikatny uśmiech.
– To brzmienia, które są najbliżej natury. Kiedy gram, czuję się wolny. Muzyką mogę wyrazić wszystko to, czego nie potrafię słowami – tłumaczy Piotr Świst, gitarzysta. – Gramy na instrumentach tradycyjnych. Czasem lubimy poeksperymentować z elektroniką, ale jest tego dość mało. Po prostu ciągnie nas do wolności i natury.
– Ta muzyka daje nam wolność. Czuję ja za każdym razem, kiedy tworzymy i gramy na scenie – dodaje Jakub Pietrzykowski. W Fat Angels gra na klawiszach. – Wcześniej grałem na basie, miałem też gitarę, ale jakoś tego nie czułem. A z klawiszami po prostu kliknęło. No i zespół potrzebował klawiszowca.
„Wola tworzenia muzyki jest w nich bardzo silna”
– Fat Angels ujmują mnie wieloma rzeczami. Nie tylko muzyką, ale również postawą życiową – mówi Emilia Goch-Salvador z Baltic Neopolis Orchestra. – To bardzo młodzi ludzie, którzy są otwarci i mają dużą pokorę wobec różnych gatunków. Przychodzą na nasze koncerty i zawsze wracają, więc mają w sobie naprawdę dużą muzyczną duszę.
Jak podkreśla, choć warsztatowo mają jeszcze sporo pracy przed sobą, to wola tworzenia muzyki jest w nich bardzo silna.
– Do tego ich koncerty zawsze są inne, nigdy takie same. To dobrze wróży i są na dobrej drodze do sukcesu. Oczywiście, sukces może mieć różne znaczenia, jednakże dla artysty największym nie jest zagranie na największej scenie świata, tylko możliwość grania własnej muzyki. Bardzo ich lubię i kibicuję im. Mam też pomysł, żeby coś z nimi wspólnie zrobić – dodaje.
„Ten budynek bardzo żyje i cieszymy się, że tutaj jesteśmy”
Na miejsce rozmowy wybrali swoją salę prób, którą znajdziemy w jednej z najważniejszych dla Szczecinian przestrzeni. Chwilę przed umówioną godziną spotkania jesteśmy już na miejscu. Rolę przewodnika po historycznych przestrzeniach przyjmuje Wiktor.
– To niesamowite miejsce. Nie każdy miał okazję tutaj być – podkreśla.
– Bardzo czuć tutaj historię. Ostatnio na końcu korytarza losowo zapalało się światło. A działa na czujkę, która reaguje na ruch. Na pewno ten budynek bardzo żyje i cieszymy się, że tutaj jesteśmy – dodaje Aleksander.
Jest duża kanapa, na której mogą wygodnie siedzieć. Na wejściu „wita” mnie perkusja, na której gra Emil, kilka gitar, drewniany bas, wzmacniacz Marshalla, multiefekt. Co ciekawe, zdecydowaną większość sprzętu otrzymali w prezencie. Szczęście do dobrych ludzi towarzyszy chłopakom od samego początku grania.
– Te dwie gitary zostały zrobione od zera przez ludzi, którzy kochają instrumenty. Tak samo ten bas, który nie ma progów i jest 6-strunowy – Wiktor wskazuje na instrumenty ustawione na statywie. – Słychać, że brzmi inaczej, trochę jak kontrabas. Dużą część sprzętu otrzymaliśmy od muzyka Wiesława Cieśli. Gdy pytamy się, jak możemy się odwdzięczyć, za każdym razem słyszymy „po prostu grajcie”. Po czym dodaje, „jak już coś osiągnięcie, to oddajcie ten sprzęt kolejnym młodym artystom”. Szlachetny człowiek, bardzo nam pomógł.
Zaczęli od grania na… szklanych butelkach
Jak się poznali?
– Sami do końca nie pamiętamy. To tak jak z latami 60. Kto w nich żył, ten ich nie pamięta – śmieje się Piotrek.
Wszystko zaczęło się nie w Szczecinie, skąd pochodzi cała piątka, a… w okolicach dworca kolejowego w Kutnie. Olek i Wiktor znają się od dzieciństwa, a tego dnia wracali od znajomych w Łodzi.
– Czekając na pociąg, Emil z nudów zaczął grać na szklanej butelce. Nie wiem, jak nazwać to, co stało się później. To był po prostu jakiś impuls. Polegał na tym, że po kolei zaczęliśmy dołączać do tego grania. Tak się poznaliśmy – wspomina Piotrek.
Łączy ich fascynacja dawnymi latami, hippisowski klimat, pragnienie wolności i silna więź z przyrodą. W wolnych chwilach lubią spacerować w okolicach Jeziora Szmaragdowego, a ich ulubionym zajęciem jest leżenie w Puszczy Bukowej pod spróchniałymi drzewami.
„Dawno czegoś takiego nie było w Szczecinie”
Pierwszy koncert zagrali we wrześniu 2024 roku na Łące Kany podczas „Wegeteriady”. Potem na jakiś czas przenieśli się do Piwnicy Kany, aż w końcu trafili na plenerową scenę „Wake Parku” nad Jeziorem Głębokim. To tutaj czekał na nich pierwszy przełom w muzycznej drodze.
– To było dokładnie rok temu. Usłyszałem o nich od mojej przyjaciółki. Zachwalała, mówiła, że to świetny zespół i koniecznie muszę ich posłuchać. Nie ukrywam, na początku pomyślałem, że to „zespół jak zespół”. Ale gdy w końcu przyszedłem na koncert, wszystko zrozumiałem. Zobaczyłem ich charyzmę, ruch sceniczny, widziałem, jak dobrze są przygotowani i jak wszystko jest w nich kompletne. Dawno takiego czegoś nie było w Szczecinie – ocenia Rafał Bajena, pomysłodawca i organizator Otwartych Pracowni.
Co w nich ceni? Otwartość na współdziałanie i wchodzenie w różne, twórcze interakcje.
– Przede wszystkim są otwarci na rozwój. Chłoną sugestie od kompozytorów i starszych od siebie muzyków – podkreśla.
„Lubimy miejsca, gdzie jesteśmy 1 na 1 z publicznością”
Rafał Bajena z marszu zaprosił młodych muzyków do zagrania podczas wydarzenia inaugurującego ubiegłoroczne Otwarte Pracownie w ogrodzie Willi Lentza. Potem dyrektor Teatru Polskiego w Szczecinie Adam Opatowicz zaprosił ich do bycia częścią spektaklu „Za nami, w nas. Opowieść domowa”.
Inauguracja V edycji Otwartych Pracowni w Willi Lentza. Fot. Fat Angels
– Dzięki Willi Lentza dużo nowych osób nas zauważyło, a współpraca z Teatrem Polskim zaowocowała pierwszym kontraktem – mówi Wiktor.
– Każdy koncert był dla nas tym przełomowym. A pamiętacie ten we Freedom Gallery w ramach Halloween? Tam był naprawdę świetny klimat i znowu trafiliśmy do nowych odbiorców – dodaje Emil.
Po drodze zagrali w Słowianinie (jako zwycięzcy „Bitwy o Piątkę”) i TRAFO Trafostacji Sztuki. Ich najnowszym koncertem jest ten podczas 53. Ińskiego Lata Filmowego.
– To był jeden z naszych największych koncertów, przyszło naprawdę sporo osób. Zostaliśmy mile ugoszczeni i mile odebrani. Naprawdę cudowny koncert – wspomina Wiktor.
– Lubimy miejsca, gdzie jesteśmy 1 na 1 z publicznością. Dużo lepiej nam się gra, jak widownia jest blisko, daje nam tę energię, niekiedy rzuca się na nas – śmieje się Emil.
– Tak, to to jest piękne – dodaje Aleksander.
„Bałbym się upupiania tego w modelu retromanii”
Kogo znajdziemy wśród ich publiczności? Wszystkich – zarówno nastolatków, jak i 60-latków.
– Każde pokolenie znajdzie w naszej muzyce schronienie. To są bardzo różni ludzie, których łączy jedno – ruch hippisowski. Młodzi ludzie nadal go potrzebują, a starsi lubią powspominać stare czasy. Wiele osób uważa, że ta muzyka jest „ich muzyką” – mówi Aleksander.
– W dobie sztucznej inteligencji ludzie szukają czegoś, co jest autentyczne. Myślę, że właśnie ta potrzeba ciągnie ich mocno w naszą stronę – uważa Emil.
Technologia i jej wpływ na społeczeństwo jest jednym z tematów, które Fat Angels porusza w swoich utworach. Nie brakuje także lamentu do natury, melancholijnych dźwięków i treści o stracie.
– Bardzo lubię umiejętność i spójność artystyczną, która jest obecna w całym ich wyborze – ocenia Stanisław Ruksza, dyrektor Trafostacji Sztuki w Szczecinie. – Bałbym się upupiania tego w modelu retromanii. Wydaje mi się, że bardzo świadomie korzystają z modeli psychodelii przełomu lat 60. i 70., ale z całym bagażem znaczeń, a nie z graniem dla odbiorców, którzy po prostu lubią ten styl muzyki.
Jak podkreśla, Fat Angels są spójni nie tylko muzycznie, ale także wizualnie.
– Widać to w ich zdjęciach, ich estetyce, także logo, które przywołuje skojarzenia z czasami Woodstocku, ale pod znakiem Grateful Dead czy Jefferson Airplane. To nie są Czerwone Gitary i nie jest to granie przebojów dla 60-latków. Oni bardzo świadomie wykorzystują potencjał wolnościowy i emancypacyjny tej muzyki.
„Jeszcze więcej koncertować i robić to, co kochamy”
Nasza rozmowa powoli dobiega końca. Za chwilę Aleksander, Wiktor, Emil, Piotrek i Jakub zaczną pakować sprzęt. O godzinie 19:00 mają koncert na plenerowej scenie „Wake Parku”. Czyli coś, co lubią najbardziej. Jakie mają cele najbliższy czas?
– Powoli przymierzamy się do nagrania prawowitego albumu. Tak porządnie, w studiu. A to nie jest takie proste, ponieważ cały czas jesteśmy na etapie eksperymentowania. Raz gramy bardzo spokojnie, a raz bardzo mocno. Musimy to przemyśleć, przygotować koncept – mówi Wiktor.
– Jeszcze więcej koncertować i robić to, co kochamy – dodaje Kuba.
– Każdy z nas ma inne cele. Ja osiągnąłem już to, co chciałem. Jestem w zespole i spełniam się kreatywnie. Nie muszę osiągnąć konkretnego celu jak koncert na 500 osób, aby stwierdzić, że robię to, co chciałem robić – kończy Emil.
Autorzy – Karolina Rzeszotarska i Aneta Jenis Dolega
Komentarze