„Współpracujemy ze sobą od wielu lat. To duet, który wnosi inne spojrzenie. Mają dystans, są pozbawieni kompleksów, nie marudzą. Ich twórczość przypomina tą Tadeusza Kantora i Władysława Hasiora” - ocenia Rafał Bajena, organizator Otwartych Pracowni.
Z Kasią Zimnoch i Pawłem Kleszczewskim spotykam się raptem kilka dni po „Republice Wolności”. W dawnej świetlicy stoczniowej, obok historycznych krzeseł, stołów i mównicy, postawili dwa relikwiarze. Jeden zbudowany z pamiątek dawnych pracowników Stoczni Szczecińskiej, drugi – ze wspomnień pracowników równie ważnej Huty Szczecin.![]()
„To właśnie takie przestrzenie nadają Szczecinowi wartościowy kontekst”
I choć to była jedna z ich najmniejszych instalacji, emocje wciąż w nich buzują. Nie tylko przez fakt, że Kasia pochodzi ze stoczniowej rodziny. Udało im się bowiem obudzić wspomnienia mieszkańców, na czym bardzo im zależało.
- To było niesamowite. Emocje ludzi, rozmowy, wspomnienia, które wyciągali na widok kolejnych pamiątek – mówi Kasia. – Budynek świetlicy stoczniowej jest najważniejszym w całym mieście. W 1971 roku moja babcia minęła na korytarzu towarzysza Gierka. Pracowały tutaj także ciocia, znajomi, sąsiedzi z Pomorzan. Po wielu z nich odziedziczyłam pamiątki, które są relikwiami.
Paweł podkreśla, że właśnie na takich miejscach im zależy. W kręgu zainteresowań mają wyzwania, przestrzenie trudne, palimpsesty.
– To właśnie one nadają Szczecinowi wartościowy kontekst – dodaje. – Ważniejsze jest dla nas postawienie relikwiarza w stoczni, a nie stoczniowego relikwiarza pośród ścian bez historii.
Zanim jednak dotrą do tego punktu i fiksacji na temat Pomorza, minie kilka lat ich twórczej działalności. I co najważniejsze – nie byliby w tym miejscu bez przejścia poprzednich etapów. Dlatego wymagają one przedstawienia.
Katarzyna Zimnoch i Paweł Kleszczewski to pierwsi bohaterowie nowego cyklu „Wspólne Pracownie”, które wSzczecinie.pl realizuje wspólnie z Pracowniami Szczecin.
Przystanek pierwszy – toruńska edukacja
Po raz pierwszy trafili na siebie podczas lekcji rysunku u szczecińskiego „mistrza” malarstwa Jarosława Eysymonta. Kasia chciała zdawać do liceum plastycznego, a Paweł uznał, że nie dla niego piłka nożna i chce studiować na Wydziale Sztuk Pięknych w Toruniu.
- Coś mi odbiło około 2 klasy liceum. Aby przygotować się do egzaminów, zacząłem chodzić na lekcję do Eysymonta. Z czasem nawet się zaprzyjaźniliśmy. Pomagałem mu restaurować zabytki Dany – opowiada.
W Grodzie Kopernika po raz pierwszy zaczął pracować nad witrażami. To pokłosie jego wyboru między dwoma dodatkowymi kierunkami. Witraż wygrał z „malarstwem w architekturze”.
- Nie oszukujmy się, każdy malarz umie wejść na drabinę i nałożyć farbę wałkiem. A witraż to było coś. Wybór okazał się fantastyczny. Zajęcia były prowadzone w Pałacu Dąmbskich na starówce, w średniowiecznym budynku z gotyckimi łukami i piecami.
- Pamiętasz swój pierwszy witraż? – pytam.
- Był bardzo fajny, ale w niego wdepnęłam. Musisz wiedzieć, że mój mąż rzuca wszystko i gdziekolwiek – mówi Kasia. Na studia również wybrała toruński Wydział Sztuk Pięknych.
- Po plastyku nie chciałam iść na żadne manualne studia. Myślałam o teorii, historii sztuki. Wybrałam „muzealnictwo” i co? Okazało się, że tam też jest i fotografia, i rysunek. Nie da się od tego uciec – śmieje się.
Czas między Toruniem a Szczecinem wypełniały im podróże. Paweł zawsze wybierał pociąg, który oferował mu widowiskowe krajobrazy Nakła nad Notecią i pradolinę Wisły. Kasia, z nieznanych jej obecnie powodów, wybierała PKS.
- Co to był w ogóle za pomysł. Widziałaś tylko Piłę – śmieje się Paweł.
O tym, gdzie można oglądać witraże powstałe pod szyldem „Konik Studio”, dowiemy się za chwilę.
„Czas sojuszniczych akcji”
Po Toruniu przenieśli się do Warszawy. To etap, gdy przez 3 lata Paweł pracował przy scenografiach teatralnych.
- Pracowałem w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie, Teatrze Żeromskiego w Kielcach, Jeleniej Górze. Jeden spektakl robiliśmy przez 3 miesiące, więc miałem ich na swoim koncie tak naprawdę tylko kilka. Trochę migrowaliśmy również między Szczecinem a Warszawą – opowiada.
- Nie chciałeś kontynuować tej przygody?
To moment, gdy Paweł na chwilę milknie, a Kasia dba o to, aby nie zabrakło mi wody, albo żebym nie zgłodniała. Zależy jej, aby goście dobrze czuli się u nich na Dąbiu. Nawet jeśli palisz, dostaniesz osobistą popielniczkę.
- Nie. To dość hermetyczny świat, a w mojej głowie ciągle tworzyły się nowe pomysły. Zamiast tego wyjechaliśmy do Irlandii – słyszę.
- Poczekaj! Jeszcze wcześniej zrobiliśmy wystawę w nowopowstałym Muzeum Techniki. Poznaliśmy wtedy świetną, młodą ekipę, która z jednej przestrzeni chciała zrobić galerię – dodaje Kasia.
- Tak. To był, w sumie nadal jest, czas sojuszniczych akcji – wspomina z uśmiechem Paweł.
Gdy pytam Rafała Bajeny, dlaczego współpracuje z Kasią i Pawłem, bez chwili namysłu odpowiada. - Nawzajem napędzamy się pomysłami. Już teraz mamy powymyślane rzeczy do końca roku. Są otwarci, znają swoje możliwości, a jednocześnie nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Ufam im, a oni ufają mi.
Powstaje „Konik Studio”, a Kasia i Paweł tworzą duet artystyczny
Ale Irlandia… Tam podobno wszystko było magiczne. I jak słyszę - tam wszystko się zaczęło.
Jedne wakacje w Cavan przekonały ich do tego, że to świetne miejsce do zamieszkania. Zamieszkali z tatą Pawła. Do lat 90-tych był kierownikiem PGR-u niedaleko Kołbacza. Potem pracę na hodowli zamienił na prowadzenie biznesu. W jego okularach, które sprowadzał ze Szwecji od znajomego poznanego w Kaskadzie, chodziło sporo Szczecinian. To czas, gdy buduje dom na Dąbiu, w którym dziś siedzimy i rozmawiamy.
- Kiedy mieszkaliśmy na Turzynie, po prostu poszedł na targowisko i zaczął sprzedawać – opowiada Paweł. – Wtedy wszyscy zachłysnęli się tą wolnością. Ludzie zaczęli wierzyć w siebie, ale potem było jak było. Wrócił do pracy w zawodzie, tyle że na farmie w Irlandii. To miejsce magiczne i nie tak trudno się w niej zakochać. Kraj rolniczy z mentalnością Podlasia. Mają w sobie dużą dumę, ale potrafią też z siebie żartować.
Kasia i Paweł nie chcieli zmieniać branży. Założyli firmę „Konik Studio” i z marszu udali się do Cavan County Council Arts Office (lokalne biuro do spraw sztuki – red.). To tutaj poznali Catrionę O’Reilly, która zrobiła z nich artystyczny duet.
- W Irlandii mają dużo swoich artystów, nie ma nędzy. Na pierwszym spotkaniu opowiadamy, że Kasia jest po muzealnictwie, tworzy animacje, a ja maluję i robię scenografię. Pokazałem jej moje projekcje teatralne z Łaźni Nowej. Miałem wtedy też za sobą cykl malarstwa. No, nazwijmy go ekspresjonistycznym, choć nie lubię sam siebie szufladkować – wspomina połowa „Konik Studio”.
Dyrektorka wydziału kultury skierowała ich do Muzeum Regionalnego, gdzie zrealizowali wystawę obrazów Pawła. Jej częścią była pierwsza animacja powstała pod szyldem „Konik Studio”. Opowiada o świętym Brendanie Żeglarzu.
- Świetny gościu, w Ameryce był szybciej niż Krzysztof Kolumb – podkreśla Paweł.
Sześć lat wyspiarskiego życia
Czas upływał im na chłonięciu mitologii irlandzkiej, realizowaniu kolejnych wystaw i tworzeniu animacji. To także etap pierwszych nagród i wyróżnień. Ich „Broken Tale” została uznana za najlepszą animację zagraniczną na 29. Festiwalu Filmowym Fano we Włoszech. Jeszcze wcześniej Cavan Country Council wręczyło im nagrodę artystyczną podczas Cavan Arts Development Award.
Zainspirowani twórczością ilustratora bajek Johna Bauera, przeskoczyli na szwedzką baśń. W międzyczasie odwiedzali Polskę i skakali między kolejnymi wystawami i festiwalami.
Po 6 latach zdecydowali o powrocie do Szczecina. Wówczas byli w trakcie realizacji „In The Beginning Was Water” – nagradzanej historii opartej na micie o łososiu mądrości i początku rzeki Shannon.
„Nigdy nie spotkali się z zamówieniem tak dużej liczby kolorów”
Po powrocie nie zapomnieli o witrażach. Dzięki wstawiennictwu babci Pawła, duet zrealizował „Stworzenie świata”, który możemy oglądać w Kościele Rzymskokatolickim pw. Nawiedzenia NMP.
- Mieliśmy wolną rękę. Witraż zaczyna się od ikonografii, w której z palca bożego wystrzeliwuje światło i odbija się po całym kościele. Jest krzyż świętej Brygidy, lilie, cztery rajskie rzeki i gołębnica. Jak chcesz, możemy tam pójść. To niedaleko – proponuje Kasia.
- To naprawdę piękna realizacja ikonograficzna. Działa przy każdej pogodzie, ale dużo zależy od światła. Tak naprawdę co 5 minut mamy inny obraz – dodaje Paweł. – Musieliśmy użyć niewiarygodnej liczby szkieł. Normalnie szkła są malowane, częściowo malowane, cieniowane. A my wybraliśmy tylko ogromną gradację kolorów. W hurtowni powiedzieli nam, że nigdy nie spotkali się z zamówieniem tak dużej liczby kolorów – śmieje się.
- Pamiętam jak z księdzem do niej jechaliśmy! Zazwyczaj jeździ się do Berlina, bo jest po prostu dużo bliżej, ale to był początek pandemii i wszystko zamykali. Musieliśmy jechać aż do Sosnowca. To jedyne dwie hurtownie szkła w tej części Europy – dodaje Kasia.
Podczas prac nad dąbskimi witrażami zrozumieli jedno – że sztuka nie dzieje się w danym obrazie, utworze, czy witrażu. Tylko w tym, co się dzieje z odbiorcami po zetknięciu z nimi.
Czas na „Ludowe malarstwo na szkle”
Twórcze eksperymenty doprowadziły Kasię i Pawła do wypracowania własnej techniki animacji – łączenia malarstwa na szkle z animacją komputerową.
- Wtedy nadszedł czas, gdy kupiliśmy „Ludowe malarstwo na szkle” Józefa Grabowskiego – Kasia kładzie mi na kolanach monumentalny album wydany w 1968 roku przez Wydawnictwo Ossolineum. Książka liczy sobie 375 stron i szczegółowo omawia unikatową technikę zdobniczą.
Na tapet wzięli m.in. historię o Bogusławie X, animację „Początek świata” oraz cały cykl polskich bajek ajtiologicznych, czyli tłumaczących powstawanie rzeczy.
- Są unikatowe. Nie mamy nic ze słowiańskiej mitologii, ale mamy folklor, w którym znajdziemy jakieś odpryski. Zależało nam, aby te bajki miały w sobie muzykę ludową i gwarę. Dlatego do każdej z nich zaprosiliśmy kapelę ludową – opowiada Paweł.
W ten sposób nawiązali relacje m.in. z Kapelą Brodów, Malisze, Prusinowski, Warszawa Wschodnia.
- Wcześniej mówiliśmy o folklorze irlandzkim, szwedzkim, z próbami estońskiego i norweskiego, ale w końcu zrozumieliśmy, że chcemy mówić o naszym, polskim. Później zeszliśmy jeszcze głębiej. Zrozumieliśmy, że Pomorze jest naszym Macondo – podkreśla malarz. Porównaniem nawiązuje do powieści Marqueza, w której fikcyjna wioska była wszystkim, co ukształtowało go jako człowieka i pisarza.
„Każda rozmowa z nimi szybko przeradza się w niesamowicie inspirującą wymianę myśli”
Przez 3 lata prowadzili galerię w dąbskim Klubie Delta. W ubiegłym roku prowadzili autorski program wystawienniczy w Galerii STAR, gdzie pokazali twórczość m.in. Artura Malewskiego, Bartłomieja Hajkiewicza, Magdaleny Myszkiewicz i wielu innych.
Nie odmówili także młodej kuratorce, gdy ta zaprosiła ich do współpracy.
- To doświadczenie, które od pierwszych chwil całkowicie różniło się od rutynowych, czysto formalnych spotkań. Każda rozmowa z nimi szybko przeradza się w niesamowicie inspirującą wymianę myśli - komentuje Marcelina Wajdziak.
Jak podkreśla, niezwykle ceni sobie ich „unikatowe podejście do sztuki”.
- W swoich pracach tworzą wielowymiarowe, głębokie narracje. Każdy element w ich realizacjach ma konkretne znaczenie, tworząc spójną całość. Same prace prezentują niezwykle interesującą formę, a poznanie procesu ich tworzenia sprawia, że stają się jeszcze bardziej fascynujące.
„Takie smaczki tam są. W muzeum tego nie znajdziemy”
Kasia i Paweł przywrócić pamięć o tych, którzy tworzyli szczecińską kulturę, środowisko artystyczne. Wskazują m.in. na Grupę Sopocką - nieformalne zrzeszenie artystów plastyków, którzy ukończyli Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych w Sopocie, a w latach 50. XX wieku przenieśli się do Szczecina i odegrali kluczową rolę w tworzeniu powojennego środowiska artystycznego miasta. Wśród nich znaleźli się m.in. grafik i projektant Marian Nyczka, malarz i organizator życia artystycznego w Szczecinie Jerzy Brzozowski, współtwórczyni szczecińskiego środowiska plastycznego Janina Kosińska-Brzozowska.
- Ile możemy słuchać o Sowińskim i innych warszawskich świętych. W Szczecinie mamy własne legendy, o których powinniśmy mówić i pamiętać. Nie potrzebujemy placu Adamowicza, tylko placu Borkowicza, który chciał zbudować w Szczecinie republikę artystów. To on założył w tym mieście kulturę – podkreśla Paweł.
Wśród historii, które chcą opowiadać, jest m.in. także ta poświęcona Jadwidze Najdowej.
- Była naszym pierwszym, szczecińskim kuratorem. To ona w zasadzie wypromowała w mieście Grupę Sopocką i sprowadziła do miasta Władysława Hasiora – opowiada Kasia. – Udało mi się z nią spotkać, dostałam dużo materiałów. Kiedy po latach je przeglądaliśmy, znaleźliśmy list Hasiora, który jej dziękował. Mam całą teczkę z jej dokumentacją, szkicami, notatkami, jak w latach 70-tych robiło się wystawy. Łącznie z kalką, gdzie co ma być i rozpiskami na sweterki. Takie smaczki tam są. W muzeum tego nie znajdziemy – dodaje podekscytowana.
Duet pracuje nad ogólnodostępnym archiwum, w którym każdy będzie mógł znaleźć informacje o artystach tworzących szczecińską kulturę.
Żółty Domek jako początek pomorskiej drogi
W 2024 roku podczas Nocy Muzeów zbudowali swoją pierwszą Kunstkamerę. W ogrodzie Willi Lentza postawili Żółty Domek – gabinet osobliwości, konstrukcję prowizoryczną, otwartą, z jednej strony przypominającą pawilon, z drugiej – kapliczkę.
- Kunstkamera była wielkim, pomorskim zabytkiem, a zarazem początkiem szczecińskiego muzealnictwa wywodzącego się z gabinetów rozmaitości i pałaców. Dziś Szczecin nie ma kunstkamery, jej szczątki znajdują się w Greifswaldzie. W Willi Lentza wybudowaliśmy pawilon, w którym zmieściliśmy naszą opowieść o mieście uzbrojoną w te wszystkie artefakty, naturalia, szczecinalia, kurioza - opowiada Paweł.
To właśnie wtedy zrozumieli, że opowiadają historię ze skrawków, a najbardziej kręci ich to, co wyciągnięte z ziemi.
„Szczecinianie chcą przestać dyskutować o swojej tożsamości, bo już ją mają”
Potem przyszła kolej na „Prowizorium” – jedną z trzech wystaw kuratorskich, którą stworzyli z okazji 80. urodzin polskiego Szczecina.
- W dawnym ratuszu miejskim wybudowaliśmy wieżę po sam sufit, wypełnioną dziełami różnych szczecińskich artystów, dokumentami, pismami, zdjęciami – opowiadają. - Dlaczego „prowizorium”? Pierwszeństwo wyciągnięcia tego słowa z niebytu należy do profesora Eryka Krasuckiego.
- To on przypomniał, że prezydent Zaremba określił pierwszy okres kształtowania Szczecina mianem „prowizorium”. W naszym mieście dużo rzeczy jest sklejonych, niepasujących, tymczasowych, prowizorycznych. I jak się okazuje – trwałych. Z jednej strony są bardzo niestabilne, z drugiej – tak mocno zakleszczone, że są w stanie wytrzymać wielkie obciążenia – mówi Paweł.
Co więcej, Paweł i Kasia zaprosili do współpracy profesora Krasuckiego, który zaproponował pytania do urodzinowego referendum.
- Okazało się, że Szczecinianie chcą w mieście ulicy Leonarda Borkowicza i chcą w końcu przestać dyskutować o swojej tożsamości, bo już ją mają – podsumowuje Kasia.
Kunstkamera i „Prowizorium” doprowadziły ich do kolejnej akcji. Tym razem z okazji 760-lecia Koszalina, gdzie zrealizowali Koszalińskie Koło Czasu.
- Koszalin jest jeszcze przed tym etapem, za którym my już jesteśmy. Tam mit piastowski jest żywy i ma się bardzo dobrze – mówi Kasia.
„Chodź, zobaczysz jeszcze więcej szaleństwa!”
Nad czym teraz pracują nasi bohaterowie? Kasia skupia się m.in. na projekcie „Wyszywanki Pomorskie 2026”, a Paweł pracuje nad rzeźbami do kolekcji myśliwsko-ludowej. W dniu emisji tego artykułu są w Schloss Brӧllin, gdzie Pracownie Szczecin zaprosiły ich do współpracy przy projekcie „Ucieczka Ewy z Ogrodu”.
- Ale najważniejsze i tak pozostaje Pomorze – podkreśla Paweł.
Sami kolekcjonują szczecinalia. Mają portret wykonany przez Olgę Iwanow, zdjęcie autorstwa Krystyny Łyczywek, obrazy Krzysztofa Krzywińskiego i Jarosława Eysymonta (prezent ślubny), a nawet kawałek Żółtego Domku z Willi Lentza i jedną z 300 Wielkich Map Lubinusa, która przedstawia Księstwo Pomorskie.
W domu na Dąbiu nie brakuje oczywiście całej masy ich projektów – są witraże, instalacje, wyszywanki, neon „Pomorze”, obrazy, mozaiki.
- Ale chodź dalej. Zobaczysz jeszcze więcej – zawiadamia Paweł.
Jest urna wyborcza z „Prowizorium” z hasłem „Kto nie bierze udziału w głosowaniu ludowym, ten jest zdrajcą” i dwa obrazy z „Broken Tale”. Na jednej z półek stoją nagrody za animacje, a obok – półki uginające się od książek.
- Chodź, zobaczysz jeszcze więcej szaleństwa, nie wstydzimy się tego. Kolekcjonerstwo wcale nie jest takie dziwne w Dąbiu. Mój dziadek miał na przykład 120 gołębi – śmieje się Paweł.
Ponad 3-godzinną rozmowę kończymy spacerem do Kościoła Katolickiego pw. Nawiedzenia NMP. Następny projekt nazwali roboczo „Trzebusz”. Czym będzie i jak będzie wyglądać? Tego nie wiedzą jeszcze sami twórcy.
- Jesteśmy w procesie – słyszę.
Komentarze