„W rzeźni jak to w rzeźni. Czas szybko mija..” To fragment tekstu utworu „Pierwszy raz” zespołu Dezerter, który grupa ta zagrała w piątek na głównej scenie Hells Bells Festival. zlokalizowanego na Łasztowni, - m.in. w Starej Rzeźni, Cielętniku oraz na placu Gryfitów. Na trzech scenach pojawiło się 15 zespołów, nie tylko metalowych…

Śląskie otwarcie

Całe wydarzenie otworzył występ grupy Hamulec, pochodzącej ze Śląska, łaczącej thrash metal z punkiem. Muzycy ci w tym roku wydali nowy album „Na śmierć” i z niego zaaplikowali kilka numerów, dorzucając też starsze kompozycje. Żar lejący się z nieba nie przeszkodził im w tym, by nieźle rozruszać widzów, którzy dość licznie, jak na wczesną porę, nawiedzili Łasztownię.

Weterani z Anglii i debiutanci ze Szczecina

„Hatebomb”, „Protest and Survive” czy „Hell On Earth” (dedykowany wszystkim, którzy mimo ekstremalnej temperatury stawili się na placu Gryfitów by uczestniczyć w festiwalu)... Takie między innymi umery trafiły do set listy brytyjskiego zespołu Discharge, weteranów sceny Hardcore Punk, grających jako drudzy na głównej scenie. W międzyczasie na Scenie Frozen można było zobaczyć grupę Materia ze Szczecinka, natomiast na Scenie Illusion (stworzonej w sali Iluzjon) grali reprezentanci Szczecina, - Detection, którzy wygrali konkurs Hit The Bells, dla młodych zespołów, które starały się o udział w festiwalu.

Nie tylko muzyczne atrakcje

Cały czas zwiększała się liczba festiwalowiczów, którzy w przerwach między „kontemplowaniem” muzyki korzystali ze strefy gastronomicznej w Restauracji, mogli sobie zrobić tatuaż na czy zagrać w oldskulowe gry komputerowe w holu Starej Rzeźni, obok sceny Illusion. Tymczasem muzycznie impreza nabierała rozpędu. Zobaczyliśmy np. bardzo energetyczny występ Słonia, który udowodnił, że hip-hop, też może się sprawdzić na festiwalu metalowo-punkowym. 60 minut które miał do dyspozycji wykorzystał maksymalnie, serwując numery stare i nowsze, skutecznie prowokując publikę do zabawy swoimi niecenzuralnymi nawijkami.

Powrót po 30 latach

Na głównej scenie nieco później zagrał amerykański Pro-Pain, który do Szczecina wrócił dokładnie po 30 latach i trzech dniach (panowie zagrali 23 czerwca 1996 roku w nieistniejącym już dziś klubie „Trans”). Gary Meskil i jego ekipa pokazali że wciąż są w formie, serwując wiele dobrze znanych kompozycji z całej historii grupy – m.in „Make War (Not Love)”, „The Shape of Things To Come” czy „State Of Mind”. Godzinę po swym występie podpisywali płyty w Starej Rzeźni w czasie singing session.

Na tej samej scenie zagrał też punkowy Dezerter i był to set oparty na kawałkach z najnowszej płyty „Wolny wybieg” (m.in. utwór „Żółć”) oraz na „żelaznym” repertuarze z płyt poprzednich (zabrzmiały m.in. numery „Ile procent duszy?, „Nie ma nas” czy „Spytaj milicjanta”). W zastępstwie za Jacka Chrzanowskiego na basie grał Rafał „Rolf” (znany z grup Post Regiment i Ye.stem).

Grecki death metal i sataniczny chaos

Na scenie Frozen też sporo się działo. Tego dnia zagrał tam także death metalowy NunSlaughter, który niedawno wydał nowy, bardzo udany album tytule „Satanic Chaos Legions” i oczywiście przedstawili kilka utworów z tejże płyty. W dalszej kolejności zjawili się tam jeszcze Grecy z Dead Congregation, którzy skoncentrowali się na utworach z pierwszych płyt (m.in. Martyrdoom”), bo dopiero przygotowują nowy materiał (po 12 latach wydawniczej przerwy), ale z niego też wykonali jeden numer tego wieczoru. Przez kilkadziesiąt minut dominowały zatem superciężkie, miażdżące riffy i wolne tempa.

Ostatnim zespołem na scenie Frozen był Last Resort przedstawiciele gatunku Punk Oi! Charlie Duggan i jego koledzy nie mieli dotąd szczęścia do występów w Polsce (planowany poprzednio koncert w Krakowie „skasowała” pandemia). Teraz nic już nie stanęło na przeszkodzie by zagrali zróżnicowany, bardzo melodyjny program, w którym znalazło się wiele klasyków z ich dorobku (np. „King Of A Jungle”).

Krakowski zespół My Own Abyss zaserwował bardzo mocny metalcorowy set na scenie Illusion, i grupa ta była potem chwalona w internetowych komentarzach choć jeszcze więcej entuzjazmu wzbudziła DOLA, grająca po nich (panowie zaprezentowali m.in. utwory z albumu „Tabernakulum”).

Niemiecka klasyka na głównej scenie

Dużą publikę zgromadził niewątpliwie występ Grave Digger na głównej scenie. Niemcy też już kiedyś byli w Szczecinie (13 lat temu zgrali w „Słowianinie”). Od tego czasu przemeblowali nieco skład, ale muzyka nie zmieniła się znacząco. To wciąż energetyczny, power metal, a zatem fani takiego grania mieli niezłą ucztę, zważywszy że usłyszeliśmy m.in. takie numery jak „The Round Table (Forever)”, „Excalibur” czy kompozycję, o bardzo adekwatnym do pogodowej ekstremy, tytule „The Dark of the Sun”.

Black metalowy spektakl na finał

Pierwszy dzień festiwalu zakończył się spektaklem wizualno-dźwiękowym jaki zgotowała nam black-maetalowa Furia. Pogrążona w mroku scena, agresywny wokal Michała „Nihila” Kuźniaka i gitarowa miazga sącząca się z głośników, przerywana bardziej stonowanymi, progresywnymi sekwencjami, to elementy tego show. Usłyszeliśmy m.in. numery z płyty „Huta Luna” (takie jak „Spanie polskie”), i jestem pewien, że zwłaszcza dla osób, które nie znały dokonań tej grupy był to ciekawe doświadczenie - bardzo dobry epilog tego piekielnego piątku.

Drugi dzień festiwalu, to program złożony z występów takich grup jak Possessed, Cockney Rejects czy Vader. Bilety są jeszcze dostępne w kasach.