Lata 80. Kilkuletnia Karolina mieszka na „dolnej” Parkowej i w drodze do poczty przy ul. Dubois zawsze przechodzi przy starym, drewnianym domu. Od początku wzbudza jej zainteresowanie.
– Był pomalowany na gołębi kolor. W środku mieściła się powiatowa stacja sanepidu, więc na elewacji wisiała tablica z orzełkiem, co zwracało moją uwagę i budziło respekt. Byłam ciekawa, skąd w tym miejscu znalazł się dom, tak niepasujący do okolicznych kamienic. Teraz już wiem, że to reszta nie pasuje do niego – podkreśla nasza rozmówczyni.
Czterdzieści lat temu nie mogła nawet przypuszczać, że drewniany budynek przy ul. Dubois 6 stanie się w przyszłości jej domem. Był rok 2006, gdy wróciła na Grabowo, by wraz z mężem podjąć się remontu niszczejącego zabytku.
– Weszliśmy do mocno zaniedbanej ruiny. Trzy lata wcześniej wyprowadził się sanepid, a w środku zamieszkali bezdomni. Trzeba było dużej wyobraźni, albo jej braku, żeby zabrać się za ten remont. Nawet nie przypuszczaliśmy jak będzie trudno – mówi Karolina Gołębiowska.
„To najstarszy dom mieszkalny w szeroko pojętym śródmieściu Szczecina”
Stresów przysparzały narzucony przez miasto termin zakończenia prac i kolejne niespodzianki związane z wysłużoną konstrukcją. Ale się udało. W domu wybudowanym w XIX wieku dla przedsiębiorcy Daniela Grotha odsłonięto drewnianą strukturę, zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Odzyskał pierwotny klimat i nabrał artystycznego sznytu. Gospodyni – architekt i malarka, z parteru uczyniła wielką pracownię oraz miejsce warsztatów. Wrażenie robi zwłaszcza przeszklona weranda na tyłach budynku.
W Domu Grotha organizowane są zajęcia w ramach Akademii Genius Loci, odbywają się sesje fotograficzne i warsztaty florystyczne. Od dwóch lat przy świecach i akompaniamencie 160-letniego fortepianu spotykają się Pomorskie Panie. To połączenie rozmów w otoczeniu sztuki oraz rekonstrukcji historycznej. I nikomu nie przeszkadzają drgania, w które wprawia budynek każdy tramwaj przejeżdżający ulicą Dubois.
– To najstarszy dom mieszkalny w szeroko pojętym śródmieściu Szczecina. Został zbudowany w 1856 roku, gdy w okolicy powstało dużo więcej podobnych. Wtedy było to przedpole twierdzy, więc można było budować tylko niskie, drewniane domy, łatwe do rozbiórki. Niestety inne się nie zachowały, możemy natomiast zobaczyć późniejszą zabudowę czynszową w postaci kamieniczek. Choćby przy ulicach Sławomira i Radogoskiej – opowiada nasza przewodniczka po Grabowie.
Po potężnym zamku nie została nawet cegła
Od początku wiemy, że ten osiedlowy spacer w ramach naszego cyklu będzie skupiony na historii. Zwłaszcza, że jest o czym opowiadać.
– Już w dzieciństwie miałam wrażenie jakiejś dysharmonii, coś mi tutaj nie pasowało. Czułam, że pod tą okaleczoną przestrzenią musi kryć się ciekawsza opowieść niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Gdy zaczęłam dowiadywać się, jak dużo działo się tutaj na przestrzeni lat, uruchomiło to ciekawość i chęć zgłębiania fascynującej historii – tłumaczy Karolina Gołębiowska.
Po wyjściu z Domu Grotha mijamy stary budynek poczty i pierwsze kroki kierujemy w stronę przychodni stoczniowej w nadodrzańskiej części ul. Dubois. Dziś trudno uwierzyć, że kiedyś w tym miejscu stał potężny Zamek Odrzański – Oderburg. Najpierw, w XIV wieku, na wzgórzu nad rzeką ulokował się klasztor Kartuzów, który 200 lat później został przebudowany przez Barnima XI na rezydencję książęcą. To tutaj przez jakiś czas więziona była oskarżona o czary Sydonia von Borck. Po okazałej budowli nie pozostał jednak żaden ślad.
– Zamek zburzono po wojnie trzydziestoletniej [w drugiej połowie XVII wieku – red.]. Jako ruina, służył za skład budowlany. Stąd czerpano materiał na budowę dróg i traktów w okolicy. Zniwelowano też wzgórze zamkowe, trzysta lat temu stalibyśmy zdecydowanie wyżej. Oderburg zniknął, ale zamczysko pozostało symbolem i punktem odniesienia dla lokalnej społeczności. Gdy Grabowo zyskało prawa miejskie (1855-1900), na herb wybrano „gryfa na szpilce”, czyli na złotej iglicy wieży zamkowej – opowiada Karolina Gołębiowska.
Kiedyś na Grabowie było 40 lokali gastronomicznych
W okolicy nie przetrwała większość z kamienic wybudowanych dużo później niż zamek. W zamian mamy szeroką ulicę Firlika, nad którą stoją czerwone biurowce powstałe według projektu rodem z NRD.
– Idziemy po pierzei dawnych budynków. Piwnice dalej są pod nami, bo przecież nikt ich nie rozbiera, tylko są zasypywane – zwraca uwagę nasza przewodniczka.
Na chwilę zatrzymujemy się przy sklepie Netto, by przyjrzeć się… murowi oporowemu. Te cegły kryją jednak swoją historię, to pozostałości po zabudowie grabowskiego browaru.
– Mam nawet pochodzące stąd butelki i kapsle sygnowane charakterystycznym gryfem na szpilce – mówi Karolina Gołębiowska. – Dziś trudno sobie wyobrazić, że przed wojną na Grabowie było około 40 restauracji i innych punktów gastronomicznych. Później przez lata funkcjonowała tylko chińska restauracja na Kapitańskiej i bar mleczny na Emilii Plater. W tym drugim bywaliśmy i pamiętam, że było skromnie, ale smacznie [bar „Małe Białe” zamknięto cztery lata temu, restauracja „Lotus” wciąż działa – red.].
„W pamięci utkwiły mi czołgi i atmosfera pełna napięcia”
Nic dziwnego, że Grabowo nie jest dziś kojarzone z restauracjami, a tym bardziej z nieistniejącym zamkiem. Dla mieszkańców innych osiedli pierwsza myśl związana z tą okolicą jest najczęściej jedna – stocznia. W miejscu przedwojennej Oderwerke (i stoczni Vulcan, ale to już Drzetowo) powstał potężny zakład, w którym w latach świetności pracowało kilkanaście tysięcy osób, a podczas strajków w 1970 i 1980 roku pisała się historia Polski.
– Mój tata pracował w stoczni jako główny mechanik i elektronik. Wjeżdżał na górę suwnic i dźwigów, by je serwisować – wspomina nasza przewodniczka. – Pamiętam początek lat 80., gdy mama przychodziła pod stocznię wspierać strajkujących, a wśród nich tatę. W pamięci utkwiły mi czołgi, kobiety śpiewające pod bramą stoczni pieśni religijne i atmosfera pełna napięcia, którą wyczuwały również dzieci. W stanie wojennym, bawiąc się w domu, znalazłam gdzieś w szafie znaczek Solidarności. Bardzo mi się spodobał i stwierdziłam, że muszę się nim pochwalić w przedszkolu. Szybko wybito mi ten pomysł z głowy.
Rzeka, która wciąż płynie, choć od ponad 100 lat jej nie widać
Prosto w kierunku bramy kolejowej stoczni prowadzi ul. 1 Maja. Dla Karoliny Gołębiowskiej to bardzo ważna ulica. I to z aż trzech względów: historycznego, rekreacyjnego i kulturalnego.
Pierwszy z powodów znajduje się… pod naszymi stopami. To, że rzeka Osówka wpada do Rusałki, wiedzą wszyscy. To, że płynie dalej, sprowadzona pod ziemię, w kanale zbudowanym przez Niemców na przełomie XIX i XX wieku, już niekoniecznie. Zanim dotrze do Odry, przepływa pod Rondem Giedroycia, targowiskiem Manhattan, garażowiskiem za ul. Ofiar Oświęcimia i właśnie ul. 1 Maja.
– Ten ukryty fragment Osówki intrygował mnie od dawna. Zaczęło się od opowieści mojego świętej pamięci ojca, który jako dzieciak zapuszczał się na ten dziki wówczas teren z sąsiedniego Niebuszewa. Zagłębiłam się w historię, zaczęłam odwiedzać Archiwum Państwowe, przeglądać teczki, stare mapy. Okazało się, że jeszcze 100 lat temu ten obszar był sielską doliną, posiekaną kanałami z wieloma gospodarstwami ogrodniczymi – opowiada Karolina Gołębiowska, która tematem Osówki zajmowała się przez wiele lat jako redaktorka popularnego portalu miłośników historii Szczecina – Sedina.pl.
Dziś, zamiast krajobrazu przypominającego dolinę rzeki, mamy w okolicy siedziby różnych przedsiębiorstw, biurowce, osiedle wieżowców i nowoczesny aquapark –Fabrykę Wody, która powstała w miejscu kąpieliska Gontynka, a wcześniej niemieckiego Grüne Wiese.
– Gdy w maju zaczynało się robić ciepło, z niecierpliwością czekaliśmy, kiedy naleją wodę. I wtedy zaczynała się ekstaza. Zielone łąki pełne kwitnących mleczy i stokrotek wypełniały tłumy. Teren był na tyle duży, że zawsze można było znaleźć sobie bardziej ustronne miejsce do opalania – uśmiecha się nasza rozmówczyni.
W nieistniejącym już budynku zaczynały się wielkie kariery artystyczne
Gontynkę zamknięto na przełomie wieków, ale została niejako reaktywowana w formie nowego aquaparku. Na zawsze zniknął natomiast Korab – stoczniowy dom kultury, który stał na placu obok dzisiejszego sklepu Aldi.
Powstał w 1979 roku i od początku działo się tam bardzo dużo. W sali widowiskowej na pół tysiąca osób odbywały się pierwsze edycje Kontrapunktu, organizowano pokazy i kabarety, przyjeżdżały znane polskie zespoły. Była też przestrzeń na codzienne zajęcia artystyczne dla młodzieży. W sali kinowej wyświetlano nie tylko komercyjne przeboje, ale też ambitniejsze filmy.
– Jako dzieciaki chodziliśmy na zajęcia z malarstwa i wiedzieliśmy, którędy się przemknąć, żeby po cichu przejść do sali kinowej. Później zdarzało się, że otwieraliśmy szeroko oczy, gdy widzieliśmy, co dzieje się na ekranie. W ten sposób, jako kilkulatka, obejrzałam niechcący „Obcego” – śmieje się Karolina Gołębiowska. – Korab był dużym, bardzo dobrze wykorzystanym obiektem z bardzo fajną kadrą. Można było tutaj rozwinąć swoją wrażliwość i umiejętności.
W Korabiu zaczynały się duże kariery artystyczne. Tutaj na zajęcia chodzili m.in. kompozytor Piotr Klimek, piosenkarka Joanna Prykowska z Firebirds czy aktorka Agata Kulesza. Piotr Banach i Kasia Nosowska właśnie przy ul. 1 Maja urządzali pierwsze próby zespołu Hey. Po przemianach ustrojowych dom kultury upadł, przez jakiś czas w jego budynku działał sklep meblowy, a potem przyjechały buldożery.
„Niebka”, pies Kasi Nosowskiej i przytłaczające wieżowce, czyli dzieciństwo na Grabowie
Katarzyna Nosowska i Agata Kulesza miały do Korabia bardzo blisko. Były rówieśniczkami, przyjaciółkami i wychowały się na Grabowie, po sąsiedzku z Karoliną Gołębiowską. Nasza przewodniczka jest kilka lat młodsza, więc razem się nie bawiły, ale tak jak Agata Kulesza zakopywała na podwórku „niebko” (kompozycje m.in. z kwiatami przykryte szybką) i świetnie zapamiętała Kasię Nosowską spacerującą po osiedlu z psem.
– To była chyba rasa chow chow. Jedyny taki pies w okolicy, a być może w całym Szczecinie. Robił wielką furorę. Pamiętam, że raz znalazłam się z koleżankami w domu Kasi, bo tak bardzo chciałyśmy choć przez chwilę posiedzieć przy piesku i go pogłaskać – wspomina.
To wszystko w części osiedla skupionej między ulicami Emilii Plater i 1 Maja. Dominującą zabudową są tutaj wieżowce z czasów PRL. W jednym z nich wychowywała się nasza rozmówczyni, ale dzisiaj nie określa ich innym mianem niż „wstrętne bloki”. Niechęć zaczęła się już w dzieciństwie.
– Od początku czułam, że one tutaj nie pasują, psują klimat. Gdy byłam malutka, rodzice odprowadzali mnie do przedszkola przy ul. Ceglanej przez osiedlową łąkę. Na początku wydawało mi się, że idziemy przez jakiś bajkowy świat. Później podrosłam i zobaczyłam w oddali majaczące na horyzoncie wieżowce przy ul. Rugiańskiej. Czar prysł – tłumaczy Karolina Gołębiowska. – Jedyne co mi się podobało to stare wierzby płaczące wzdłuż ulicy 1 Maja, ale zdaje się, że została tylko jedna. Bliżej mi do świata z przeszłości, o którym dowiedziałam się później.
Jedną z takich niespodzianek była informacja o bardzo oryginalnym budynku, który kiedyś stał przy dzisiejszej ul. 1 Maja. Chodzi o przedszkole zrealizowane pod koniec lat 30. według projektu Hansa Bernarda Reichowa.
– To jedna z niewielu realizacji tego prominentnego wówczas architekta i jedyny mi znany przykład architektury organicznej w naszym mieście. Charakterystyczną, krzywoliniową, długą elewację wieńczył dach kryty trzciną. Do tego modernistyczne, duże przeszklenia i biel elewacji. Może gdyby ten budynek przetrwał, wskazałby inny kierunek dla zabudowy doliny Osówki. Alternatywę dla wielkopłytowych osiedli Gontyny i całej Niecki Niebuszewskiej... – zastanawia się Karolina Gołębiowska.
Na Rynku Grabowskim są teraz sklep i basen przeciwpożarowy
Nasza przewodniczka prowadzi nas trasą, którą wytyczono setki lat temu jako Kirchensteig – ścieżkę dla wiernych z Drzetowa i Grabowa do ich świątyni, czyli dzisiejszego kościoła św. Piotra I Pawła przy wjeździe na Trasę Zamkową.
Mijamy dawny Rynek Grabowski, zajęty dziś przez społemowski sklep Castor i basen przeciwpożarowy, nad którymi góruje wybudowany pod koniec XIX wieku kościół św. Stanisława Kostki.
Wspinamy się ul. Jana Kazimierza, oglądając pojedyncze zachowane kamienice z oryginalnymi drzwiami i zdobieniami na elewacji. Wśród nich zachowały się inicjały należące do dawnego właściciela tych terenów, znanego przedsiębiorcy – Alberta Toepfera. Na dłużej zatrzymujemy się wśród samochodów pędzących ulicą Gontyny.
Do Szczecina zesłano księżną. „Była jedyną personą tego kalibru w prowincjonalnym wówczas, garnizonowym mieście”
To kolejne miejsce, które wygląda zupełnie inaczej w przeszłości. Gdzieś tutaj, w 1811 roku, stanął pałacyk księżnej Elżbiety Brunszwickiej. Jako żona następcy tronu pruskiego, późniejszego Fryderyka Wilhelma II, była często zdradzana, ale to ją zesłano za romans (unieważniając małżeństwo) do Szczecina. Pałacyk nazwano „Łaska Fryderyka”, gdyż został ufundowany przez syna z drugiego małżeństwa byłego męża – Fryderyka III.
– Przybycie księżnej Elżbiety Brunszwickiej stanowiło dla Szczecina powiew wielkiego świata. Była jedyną personą tego kalibru w prowincjonalnym wówczas, garnizonowym mieście. Spędziła tu 70 lat. Wokół niej ogniskowało się życie kulturalne miasta. Tropię ślady księżnej już od początku lat 90. – podkreśla Karolina Gołębiowska.
Stąd między innymi wspomniana wcześniej inicjatywa spotkań Pomorskich Pań w Domu Grotha. Bohaterką każdego z nich jest inna zasłużona kobieta z przeszłości. Obok Elżbiety Brunszwickiej, najczęściej przywoływaną postacią jest Sophie Auguste Tilebein.
– Likwidacja Domu Kultury Korab poczyniła olbrzymią wyrwę w życiu kulturalnym osiedla. Organizując te spotkania, mam nadzieję, choć w niewielkim stopniu, wypełnić tę lukę, przede wszystkim przypominając obecnym mieszkańcom bogatą przeszłość tego miejsca – opowiada Karolina Gołębiowska.
„Mamy swoistą Dzielnicę Cudów w cieniu legendarnego zamku, z widokiem na niewidzialną rzekę”
Przy ul. Gontyny przez chwilę zastanawiamy się, które z zachowanych drzew rosły w ogrodzie księżnej i jaki był stąd widok na dolinę Osówki. Po pałacyku nie ma już śladu. Zburzyli go jeszcze Niemcy, by poszerzyć ulicę w kierunku północnych osiedli. Po sąsiedzku, z innych powodów, zniknął z powierzchni ziemi Dom Marynarza i posiadłość rodziny Toepferów, właścicieli słynnej fabryki cementu portlandzkiego i fabryki Comet.
Przez Park Żeromskiego (administracyjnie należy już do osiedla Stare Miasto) docieramy do ul. Parkowej i kończymy spacer przy rozbieranym Stoczniowcu. Społemowski sklep został zamknięty tylko na pewien czas, wprowadzi się na parter budynku mieszkalnego, który stanie w miejscu hali sprzedażowej. W okolicy, która kiedyś cieszyła się złą sławą.
– Dla mnie ta okolica od lat posiadała walor swoistej autentyczności, różnorodności. Mieszkali tu ludzie z różnych środowisk. Dolna Parkowa to dawna społeczność stoczniowców, marynarzy. W górnej części do dziś czuć tubylczy koloryt, swoisty folklor miejski, przeplatany żywiołem kreatywnym. Mieszkają tu też aktorzy, muzycy, plastycy. Sporo jest nowych mieszkańców, w związku z plombowaniem dawnych pierzei – słyszymy.
– Jednym zdaniem, mamy swoistą „Dzielnicę Cudów” w cieniu legendarnego zamku, z widokiem na niewidzialną rzekę… - podsumowuje Karolina Gołębiowska.
Komentarze