73-letnia Helena Błaźniak właśnie spełniła swoje wielkie marzenie: skończyła szkołę, zdała państwowy egzamin i zdobyła dyplom opiekuna medycznego. Zgadza się na rozmowę z nami, bo zależy jej na jednym: - Żeby starsi ludzie w moim wieku, kobiety, mężczyźni, uwierzyli, że można - mówi.

Z panią Heleną umówiłam się w centrum miasta. Nagle widzę roześmianą kobietę z długim, siwym warkoczem, która biegnie przez przejście dla pieszych, aby zdążyć, nim zapali się czerwone światło. Takiej energii i sprawności może pozazdrościć jej niejeden dużo młodszy człowiek. 

- To nasza najstarsza absolwentka w historii - przyznaje Małgorzata Jakubowska, dyrektorka szkoły Cosinus.

- Byliśmy zdziwieni jak zobaczyliśmy panią Helenkę, wiedzieliśmy, że jest starsza od nas, ale nikt jej nie dawał tych 73 lat - mówi Renata Tatol, koleżanka z grupy. Pani Helena jest dla innych absolwentów inspiracją i mówią o niej wprost: to anioł. 

Nauka po siedemdziesiątce. “Wszystko robiła perfekcyjnie”

Pani Helena od razu wyciąga swój dyplom zawodowy opiekuna medycznego. To dowód nie tylko ukończenia szkoły, ale przede wszystkim zdania państwowego egzaminu. - Pani Helena zdała egzamin praktyczny na 100 proc., a teoretyczny na 88 proc. To znakomity wynik - mówi Małgorzata Jakubowska.

Po co po siedemdziesiątce iść do szkoły? - Po latach zdobywania doświadczenia jako opiekunka, uznałam, że chcę wiedzieć więcej, że chcę tę swoją wiedzę pogłębić - mówi. Bo mimo swojego wieku, jest bardzo aktywna i wciąż opiekuje się innymi. Jej najstarsza podopieczna ma 101 lat. 

Przyznaje jednocześnie, że powrót do nauki po latach nie był łatwy. - Pamiętam jak ksiądz chodził po kolędzie, a ja na wszystkich szafkach miałam przyklejone różne karteczki, bo uczyłam się do egzaminu. Był chyba zdziwiony, kiedy na pytanie, co to jest, powiedziałam, że mam egzaminy i się uczę. Potem w kościele mnie zaczepił i pytał, czy się udało. Oczywiście, że tak! - opowiada. 

O ile rzeczy praktyczne przyszły jej łatwo - w końcu to coś, czym zajmuje się na co dzień - to największym stresem był egzamin teoretyczny. - Były podchwytliwe pytania. Trzeba było mocno myśleć przy odpowiedzi, ale dałam radę - mówi. 

Jej koleżanki z grupy nie kryją podziwu. - Ona ma tak dobrą pamięć, znakomitą koncentrację. Wszędzie jej pełno - mówi jedna z nich, Renata Tatol. 

To ona razem z innymi koleżankami uznała, że historię pani Heleny trzeba koniecznie nagłośnić. Do naszej redakcji wysłała maila, w którym napisała: “Wybrała zawód opiekuna medycznego – profesję wymagającą ogromnej empatii, cierpliwości i siły fizycznej, co w jej wieku budzi najwyższy szacunek. Jej wynik to dowód na niesamowitą rzetelność i pasję do pomagania innym. Chciałabym, aby o pani Helence dowiedziało się jak najwięcej osób. W dzisiejszych czasach bardzo potrzebujemy takich pozytywnych sygnałów i autorytetów, które pokazują, jak pięknie i aktywnie można przeżywać jesień życia. Pani Helenka to anioł”.

Jolanta Kość, jedna z wykładowczyń pani Heleny, mówi wprost: - Pokazała nie tylko sobie, że może i potrafi, ale całą grupę ciągnęła, dopingowała. Pokazała im, że nie ma rzeczy niemożliwych. Myślę, że zgodzą się ze mną wszystkie panie, że zyskały dużo więcej, bo przyjaźń, która trwa do dziś. Pani Helena jest fenomenem - mówi. 

Podkreśla jednocześnie, że już na pierwszych zajęciach na fantomach, od razu było widać, że pani Helena wie, jak się pracuje z chorymi. - Nie miała z niczym problemu, wszystko robiła perfekcyjnie - mówi. 

“Najlepsza maskownica parówek” i 13 piętro budynku telewizji

Nie jest jednak tak, że zawód opiekuna medycznego to coś, czym chciała zajmować się na początku swojej życiowej drogi zawodowej. W młodości pani Helena miała jasno sprecyzowany plan: skończyć szkołę gastronomiczną i pływać na statkach. - Poszłam do gastronomii ze względu na chęć podróżowania. Byłam już nawet na statek zarejestrowana w Gdańsku - opowiada. Marzenia o morskich przygodach nigdy się nie ziściły. - Urodziłam pierwsze dziecko, zajęłam się rodziną, nie było mi łatwo, ale zawsze dawałam radę - mówi. 

Swoim barwnym i pełnym różnych doświadczeń życiorysem mogłaby obdzielić kilka osób. Przez jakiś czas pracowała za granicą, a w Szczecinie - głównie na stołówkach - studenckich, ale też stołówce na 13. piętrze w budynku telewizji przy Niedziałkowskiego. - Lubiłam wtedy nosić długie kolczyki, mówili na mnie przez to Tramwajarka - śmieje się. Była też kucharką w parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa. - Do emerytury doczekałam pracując na portierni Politechniki Szczecińskiej. Można powiedzieć, że historia zatoczyła koło, bo wcześniej pracowałam w stołówce studenckiej - mówi. 

Czasy dawnych stołówek wspomina z sentymentem. - Kiedyś bardzo trzeba było się trzymać przepisów. Wszystko musiało być co do grama. Teraz kucharz może być bardziej kreatywny - mówi. 

Pani Helena jeździła też na kolonie charytatywne. Na nasze spotkanie przyniosła pamiątki z tych czasów: laurki, rysunki i podziękowania od dzieci, które wtedy dostawała. Moją uwagę zwraca jedna z prac: papierowy medal z napisem “dla najlepszej maskownicy parówek”.

- Miałam wtedy do wyżywienia osiemdziesięcioro dzieci i bardzo ograniczone zapasy produktów, głównie parówek. Robiłam z nich więc wszystko, nawet gulasz czy pierogi - opowiada. Prosi, aby koniecznie napisać, że na tych kolonijnych wyjazdach nie była w kuchni sama: razem z nią wolontaryjnie pracowała młodzież z gastronomika.

Z częścią ówczesnych wychowanków utrzymuje kontakt do dziś. - To była cudowna młodzież - mówi. I jak przyznaje, jej rola nie kończyła się tylko na gotowaniu: była dla uczniów wsparciem, służyła rozmową, radą, często też konkretną pomocą. 

Jedyny zespół kąpielowy w akcji i pomaganie jak narkotyk

Pani Helena mówi, że pomaganie ma we krwi, bo wyniosła to z rodzinnego domu, od mamy. Ale praca z chorymi - chociaż sama pani Helena unika tu słowa praca - zaczęła się przypadkiem. - To był taki dla mnie trudny moment, bo stołówki studenckie się pozamykały, zostałam bez pracy. Poszłam na kuchnię do hospicjum przy ul. Pokoju, dostawałam naprawdę małe pieniądze, ale każdy grosz był ważny. Kiedy udało mi się dostać inną pracę, zostałam w hospicjum wolontariuszką. Pomaganie chorym, nieważne czy na etacie, czy na wolontariacie to jest zawsze służba, nie praca - podkreśla. 

Mimo, że w hospicjum zaczynała od kuchni, od początku miała kontakt z chorymi. Potem razem ze swoim przyjacielem stworzyła “zespół kąpielowy”. - Byliśmy jedynymi kąpielowymi. Jeździliśmy do chorych do domu, aby ich umyć. To nie było łatwe zadanie, ale we dwoje doskonale się uzupełnialiśmy - mówi. I dodaje: - Wie pani, jak ważna dla chorych jest kąpiel? Dla ludzi zdrowych to coś zwykłego. Dla kogoś chorego to odpoczynek, ulga - mówi. Opowiada o kobiecie, której całe ciało pokrywały bolesne guzy. - Nie było jak jej złapać, żeby bezpiecznie pomóc jej wejść do wanny, a ona tak bardzo chciała tej kąpieli. Ja mówię: „Pani kochana, jak my panią włożymy?”. A ona: „Damy radę, damy radę”. Łzy leciały jej z bólu, ale udało się. Była szczęśliwa, niesamowite jest jak cieszyła się taką pozornie zwykłą czynnością - opowiada. 

W pomaganie zaangażowała też rodzinę. - Moja córka miała wtedy 13 lat, więc żeby nie siedziała sama w domu, przychodziła do hospicjum i pomagała karmić chorych. Druga córka przychodziła ze swoim zespołem grać. Syn pomagał sprzątać. Wszyscy się w to wciągnęli. Zresztą mój syn do dziś się tym zajmuje, pracuje jako rehabilitant - opowiada. 

O pomaganiu mówi wprost: - To jak narkotyk. Uzależnia. Jak człowiek zacznie, to już nie może przestać. No i przyjemnie jest słyszeć: „pani Helenko, ja bez pani żyć nie mogę”, albo, kiedy pytam chorego jak się czuje, a on mówi: „jak młody Bóg, jak panią widzę”.

Przyznaje, że nie potrafi przejść obojętnie obok czyjegoś problemu. Mimo, że sama nie ma wiele, staje na głowie, kiedy trzeba komuś pomóc: organizuje zbiórki, angażuje znajomych, szuka sprzętu rehabilitacyjnego. - Wie pani, że ludzie czasem pozbywają się dobrych jeszcze rzeczy, wózków, chodzików, kul, nawet na śmietnik potrafią wystawić? Część rzeczy mam po zmarłych podopiecznych. Mam cały składzik takich rzeczy i jak ktoś potrzebuje, to dostaje ode mnie - mówi. 

Pytam panią Helenę o marzenia i plany. - Ja wszystko mam. Teraz chcę dawać przykład innym, zwłaszcza seniorom. Żeby starsi ludzie w moim wieku, kobiety, mężczyźni, uwierzyli, że można. Że nie trzeba mieć pieniędzy, żeby wyjść z domu, żeby coś zrobić. Że wiek nie jest przeszkodą, żeby zdobyć nowe umiejętności, realizować pasje, poznawać ludzi. - mówi. 

Renata Tatol podsumowuje krótko: - Czasem słyszę jak ktoś mówi, że nie ma już dobrych ludzi. Ja odpowiadam wtedy: są. Widocznie nie znasz naszej Helenki.