„Kot Gacek to historia dla małego miasta. Z radarów zniknął nam pas Oriona, a to on powinien być symbolem Szczecina. Gdy zabrałem ludzi ze stolicy nad Jezioro Głębokie to oszaleli. Nie mogli zrozumieć, jak tramwajem można dojechać nad jezioro i do lasu” – mówi Szymon Nieradka, społecznik i aktywista..

Na miejsce spotkania wybrał Plac Zgody. Jeszcze dwa lata temu trudno było sobie wyobrazić, że na środku tego skrzyżowania znajdziemy plac zabaw i miejsce do rozmów.

- To jest nasze centrum miasta. Z XIX-wieczną starówką, która nawet takim blokiem nie została zdewastowana - mówi, wskazując na jeden z czterech budynków mieszkalnych powstałych w latach 1966-1972 według projektu Wacława Furmańczyka i Witolda Jarzynki.

- Zastanówmy się w końcu, gdzie jest nasze centrum i ten umowny rynek. Boli mnie, że podchodzimy do naszego miasta jak do mieszkania komunalnego. Czyli, że nic nie da się uratować, trzeba wrzucić granat i zbudować wszystko od nowa – dodaje najnowszy bohater cyklu „Ci, którzy zostali w Szczecinie”.

„Rozkład mieścił się na styk. Z tym obecnym byłoby łatwiej, bo jest uboższy”

Większość Szczecinian zna Szymona Nieradkę z działalności pod szyldem „Stop Cham Szczecin”. Z jednej strony jest autorem wniosku do Rzecznika Praw Obywatelskich w sprawie przepisów związanych z parkowaniem. Z drugiej – organizuje prowokacje miejskie, aby pokazać bezradność służb i regularnie publikuje materiały, w których piętnuje kierowców zawłaszczających chodniki.

- Zależy mi na tym, aby zmienić postrzeganie. Sam nie wywalczę niczego, ani nie przekonam nikogo w urzędzie miasta. Ale jeżeli piesi zauważą, że są najbardziej tępioną i wykluczoną grupą społeczną, to sami zaczną to zmieniać. Znormalizowaliśmy to, że musimy przeciskać się pomiędzy samochodami, a pojazdy zaparkowane na przejściu dla pieszych są niczym niezwykłym. To nie jest dobre – mówi.

Jak jednak przypomina, to nie jest jego pierwsze „pro miejskie działanie”. Aby o nim powiedzieć, musimy cofnąć się do 2002 roku.

- Pamiętają je tylko starsi Szczecinianie, ale mowa o aplikacji Mikrobus z rozkładem komunikacji miejskiej w telefonie. Wkurzały mnie pozrywane, pomazane, zniszczone tabliczki na przystankach. Nie wiadomo z jakiego powodu, ale to było zmora tamtych lat. Przychodziłeś na przystanek i nie wiedziałeś, czy czekać, czy lepiej już iść – przypomina.

Dziś na nikim nie robi wrażenie sprawdzenie rozkładu jazdy na stronie internetowej ZDiTM. Ba – jeśli tramwaj lub autobus ma GPS, możemy nawet sprawdzić rzeczywisty czas przyjazdu. Ale w 2002 roku Internet w komórkach był czymś w rodzaju towaru luksusowego.

- Mikrobus działał offline, ale trzeba było go pobrać. Telefony nie miały wtedy WiFi, więc musiały korzystać z powolnej transmisji GPRS. Koszt pobrania wynosił około 2 złotych. Antyczna technologia - śmieje się Szymon. - Ale działała. Możliwość wyciągnięcia telefonu i sprawdzenia, że tramwaj będzie za 3 minuty, była błogosławieństwem. Rozkład mieścił się na styk na ekranie. Z tym obecnym byłoby łatwiej, bo jest uboższy.

Kiedy na Rayskiego „nie było nic”

Potem przyszedł czas na działanie w realnej przestrzeni Szczecina. W 2014 roku Szymon Nieradka jako jeden z pierwszych przedsiębiorców otworzył lokal na ulicy Rayskiego. Mowa o kawiarni „Stojaki”.

- To czas, gdy na Rayskiego nie było nic. Przepraszam, były dwie piekarnie, ale tak poza tym, to była pustynia. Gdy kolejki do piekarni znikały, ruch zamierał. Wyglądała mniej więcej tak uroczo jak obecnie ulica Monte Cassino - wspomina.

Dlaczego więc zdecydował się na otwarcie kawiarni w tym miejscu? Jak tłumaczy, nie chciał zakładać biznesu na deptaku Bogusława, który już wtedy był zdominowany przez alkohol, a Aleja Wojska Polskiego była przejęta przez placówki bankowe.

- Jagiellońska również wyglądała strasznie. Zostały Rayskiego i Monte Cassino. Ta pierwsza wygrywa jedną, poważną rzeczą. Jest szersza i wpada do niej więcej światła. Miała wtedy dużo większy potencjał - tłumaczy. - Teraz mamy tutaj sześć kawiarni, więc wydaje mi się, że to był dobry trop.

To również czas, gdy nasz rozmówca intensywnie podróżował między Warszawą a Szczecinem. Aż w końcu zdecydował się na przeprowadzkę do stolicy.

Kiedy w Szczecinie był „szklany sufit nie do przebicia”

- Wyjechałem oczywiście za pracą. Miałem wtedy takie poczucie, że w Szczecinie jest jakiś szklany sufit, którego nie jestem w stanie przebić. Warszawa oferowała mi dużo większe możliwości zawodowe - tłumaczy.

Dzięki pracy w stolicy pracował m.in. przy mobilnej aplikacji PKO BP „IKO” oraz przy Bliku, bez którego wielu nie wyobraża sobie dzisiaj płatności elektronicznych.

Pomimo ciekawych projektów i możliwości dalszego rozwoju zawodowego, po kilku latach zdecydował o powrocie. Z uśmiechem wyjaśnia, że przyczyniło się do tego PKP - w 2018 roku podróż ze Szczecina do Warszawy zajmowała 7,5 godziny.

„Nie mogli tego zrozumieć, jak tramwajem można dojechać nad jezioro, do lasu”

- W Szczecinie irytuje mnie mnóstwo rzeczy. Nie jestem w stanie przejść 300 metrów bez irytacji. Ale to wszystko jest tutaj znajome. Natomiast kompletnie nie czuję wiślańskiej części Polski. Czuję się tam wręcz obco. W Warszawie możemy patrzeć na wyschnięta Wisłę, a wyjeżdżanie rowerem z miasta to absolutny horror. Wtedy te możliwości wypoczynku dla trochę lepiej zarabiających Warszawiaków polegały na wsiadaniu do samolotu.

A jak zaznacza, w Szczecinie możemy dojechać lasem prosto do Berlina.

- Mamy naprawdę wspaniałe Śródmieście, z którego za chwilę możemy być w lesie. Kręci mnie ten miks wielkomiejskości połączony z bliskością przyrody. Próbowałem zaznać tego w Berlinie, Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu. Nie udało się. Gdy zabrałem ludzi ze stolicy nad Jezioro Głębokie, to oszaleli. Nie mogli zrozumieć, jak tramwajem można dojechać nad jezioro i do lasu. A kąpali się na miejskiej plaży, która była zatłoczona.

Dodaje przy tym, że wyjazd z miasta na kilka lat pozwolił mu zupełnie inaczej spojrzeć na Szczecin.

- Zwracasz uwagę na coś zupełnie innego niż reszta mieszkańców. Zaczynasz dostrzegać inne rzeczy. Czujesz, że można inaczej poruszać się po mieście – mówi.

„Prowadziłem długą batalię z miastem”

Dlaczego zaczął działać pod szyldem „Stop Cham Szczecin”? Wpływ miały na to trzy sytuacje.

- Pierwsza to spacer z dziewczyną, która ogłosiła siebie rzecznikiem praw pieszych. Oficjalnie nie było takiego stanowiska w Szczecinie, ale to ona uświadomiła mi skalę zawłaszczenia przestrzeni miejskiej przez samochody. Wtedy zrozumiałem, że parkowanie to problem, którym nikt się nie interesuje, ale każda inwestycja w mieście kończy się na dyskusji o miejscach parkingowych – wyjaśnia.

Druga sytuacja związana jest z budową węzła przesiadkowego Łękno. Wówczas na pół roku zamknięto możliwość przejścia Aleją Wojska Polskiego w okolicy inwestycji.

- Zrobiono taki znaczek „zakaz przejścia” i było obejście na ponad kilometr. Udało się zrobić asfaltowy dojazd na stację benzynową, ale zabrakło pół metra dla pieszych. Bardzo mnie to oburzyło i prowadziłem długą batalię z miastem – gdy o tym opowiada, nadal nie kryje złości.

Trzecia sytuacja to pierwsza wymiana nawierzchni na ulicy Piłsudskiego pod koniec 2020 roku. Wówczas walce i koparki parkowały na chodniku.

- A teraz już nie parkują. Można? - śmieje się. - Ciekawym przykładem jest też ekipa filmowa, która trzy razy była w Szczecinie. Za pierwszym razem wszystkie autokary zaparkowała na chodnikach przy ulicy Monte Cassino. Za drugim, połowa była zaparkowana na chodnikach, a druga połowa na ulicy. Za trzecim razem już wszystkie były na miejscach postojowych. Więc jest jakiś postęp mentalny.

Stworzył start-up, który walczy z hejtem na Facebooku

Zmianę widzi również w komentarzach pod swoimi nagraniami, w których piętnuje kierowców parkujących na chodnikach.

- Skala nienawiści jest dużo mniejsza - uważa.

- Dużo mniejsza? Przecież to nadal jest bardzo duża liczba obraźliwych komentarzy - dziwię się.

- Problem jest szczególnie duży na Facebooku. Gdy dostaję 100 takich komentarzy na godzinę, to jest absolutnie nie do zapanowania. A Meta nie daje absolutnie narzędzi, aby się nad tym pochylić.

Dlatego Szymon Nieradka stworzył narzędzie ZenFeed.eu, które najpierw „karmi” obraźliwymi komentarzami, aby potem mogło je rozpoznawać. Oferuje różne skale „tolerancji hejtu”. W „Stop Cham Szczecin” suwak ustawiony jest na 80 procent.

- U Maksyma, czyli warszawskiej Konfitury (działalność analogiczna do „Stop Cham Szczecin” – red.) suwak ustawiony jest na 90 procent, czyli bardzo tolerancyjnie. A mimo to narzędzie usuwa mu aż 10 tysięcy hejterskich komentarzy w miesiącu.

„Uważają, że mają większe prawa i niestety mają rację”

Jak sam mówi „zwalcza przemoc na szczecińskich chodnikach i niszczenie infrastruktury dla niezmotoryzowanych”. Czy sam spotkał się z agresją fizyczną po stronie kierowców? Kilka razy już jechał na masce samochodu.

- Ci problematyczni to wbrew pozorom tylko kilka procent. Uważają, że mają większe prawa i niestety mają rację. Dla nich 100 złotych mandatu nie stanowi żadnego problemu, w związku z czym z premedytacją parkują w miejscach, na których nie powinni. I są agresywni.

- Co Tobie to daje? Satysfakcję z kłótni, napędzanie do dalszego działania? - pytam.

- Na tym polega społeczeństwo obywatelskie. Tworzą je te osoby, które nie przejdą obojętnie obok brudu albo dewastowanych chodnikach czy jedynej takiej stalowej wiacie z Placu Odrodzenia, która wkrótce zostanie wyremontowana. Kiedyś były ozdobą miasta, teraz została jedna – mówi.

„To trwa za długo, obecnie jest prowadzona gra na przetrwanie”

Jakie zmiany jego zdaniem powinny zajść w Szczecinie?

- Chciałbym, abyśmy mieli symbole, z którymi się identyfikujemy. Kot Gacek to historia dla małego miasteczka. A z radarów zniknął nam pas Oriona (Place Szarych Szeregów, Odrodzenia i Grunwaldzkiego, które odzwierciedlają pas gwiazdozbioru Oriona), które mogłyby być naszym symbolem. Jako jedne z pierwszych miast w Polsce zrobiliśmy branding w postaci Floating Garden. Tylko nie zadbano o odpowiednie zakomunikowanie tego mieszkańcom i skończyło się jak skończyło – ocenia.

Pamięcią sięga również do października 2015 roku, kiedy to na placu Zamenhofa stanęła Fryga, czyli pierwsza z nowoczesnych rzeźb miejskich w ramach projektu „Monumento”. Niestety, słaba jakość jej wykonania spowodowała szybkie pękanie rzeźby, co spotkało się z powszechną krytyką ze strony mieszkańców. Dziś szczątki Frygi znajdziemy w magazynie ZDiTM przy ul. Klonowica.

- Postawiliśmy odważnie sztukę współczesną w centrum miasta. Wyszły problemy i nikt już się nie odważy na powrót do tego projektu. A szkoda, ponieważ był naprawdę dobry. Niestety, ale jesteśmy w tym samym układzie samorządowym od 20 lat. To trwa za długo, obecnie jest prowadzona gra na przetrwanie. Brakuje świeżej krwi – uważa.

Czy kiedyś przeszło mu przez myśl startowanie do samorządu?

- Nie, bo mam relatywnie wąskie spektrum zainteresowań. Z przyjemnością pójdę do Filharmonii czy do Trafostacji, ale nie znam się na kulturze. Tak samo jak na opiece zdrowotnej i szkolnictwie. Współpraca z mediami i nagłaśnianie pewnych spraw ma dużo większy wpływ na sprawczość niż działanie władzy wykonawczej. Moja sprawczość byłaby gorsza.

[1/3]
AUTOR ZDJĘCIA: Paryk Fijołek
[2/3]
AUTOR ZDJĘCIA: Paryk Fijołek
[3/3]
AUTOR ZDJĘCIA: Paryk Fijołek