Gdyby nie przyjechał do Szczecina, nie pływałby na „Darze Szczecina” i nie znalazłby się w odpowiednim czasie na Karaibach. Bez tego nie zostałby pracownikiem Morskiego Instytutu Rybackiego, który wybrał go do pierwszej polskiej wyprawy antarktycznej. Nie poznałby również Ludomira Mączki, z którym popłynął w rejs dookoła świata. „Nie ma ludzi niezastąpionych, ale coś w tym jest, że właściwy człowiek zawsze znajduje się w miejscu i o czasie, w których powinien być” - uśmiecha się kapitan Maciej Krzeptowski.

„Używką dla miejscowych jest betel, którym pocierają sobie dziąsła. W efekcie są bardzo przekrwione. Dlatego nasi nowi znajomi wyglądali tak, jakby przed chwilą zakończyli ucztę ludożerczą. No i uśmiechamy się tak do siebie” – wspomina jedną z wielu przygód, które przeżył podczas rejsu dookoła świata na „Marii”.

Honorowy Ambasador Szczecina, ichtiolog, żeglarz, Honorowy Członek Rotary Club Szczecin. Maciej Krzeptowski to najnowszy bohater naszego cyklu „Ci, którzy zostali w Szczecinie”, choć w jego przypadku „zostali” zamieniamy na „wybrali”.

Na Pomorze Zachodnie przyjechał prosto z Zakopanego

Zanim jednak zamieszkał w Szczecinie, minęło kilkanaście lat. Na tym etapie życiowej ścieżki przeprowadził się do Łęczycy koło Stargardu.

– To była decyzja mamy. Po zakończeniu wojny zdecydowała, że trzeba wyjechać. Tutaj, na Ziemiach Zachodnich, była przyszłość, bogactwo. Tak przynajmniej mówiono. Pierwsi przyjechali rodzice mamy, którzy objęli gospodarstwo w Łęczycy – opowiada.

W Stargardzie skończył korespondencyjne liceum ogólnokształcące, a na studia wybrał Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

– Na początku myślałem o leśnictwie. Mieszkałem na wsi i czułem, że w tym się odnajdę. Ale na wstępnym egzaminie była matematyka, z którą po prostu bym sobie nie poradził. Wybrałem biologię, gdzie zamiast matematyki była chemia. Dostałem się za pierwszym razem. Egzamin z biologii napisałem najszybciej. Zacząłem rozglądać się po sali, ale nikt nie wstawał, nikt nie chciał pierwszy oddać pracy – wspomina Maciej Krzeptowski.

„Wtedy żeglarstwo to była praca, praca, praca”

Studia w Poznaniu okazały się pierwszym krokiem w stronę Szczecina. To tutaj bowiem Maciej Krzeptowski rozpoczął swą przygodę z żeglarstwem.

– Gdy któregoś jesiennego wieczoru wróciłem do akademika, na drzwiach zobaczyłem duży plakat. Głosił: „Jeśli chcesz odwiedzić Londyn, Buenos Aires, Nowy Jork, to zapisz się na kurs żeglarski w sekcji AZS” – wspomina.

Wówczas nawet nie przypuszczał, że zwiedzi dużo, dużo więcej.

– Wcześniej mój kontakt z żeglowaniem był zupełnie powierzchowny. Nad Jeziorem Miedwie widziałem jak chłopcy przychodzili na przystań. Otwierali hangar, wyprowadzali łódkę na wagoniku, spuszczali ją do wody, stawiali maszt. I raptem łódź zaczynała płynąć. Wtedy wodę z Miedwia można było pić bez przegotowania – dodaje.

Jak wspomina swoje początki w żeglarstwie?

– Świetnie. Byłem chłopakiem ze wsi, przyzwyczajonym do pracy, której się nie bałem. A wtedy żeglarstwo to była praca. Skrobanie starej farby, szlifowanie, potem malowanie raz, drugi. Po prostu praca na przystani – wylicza.

Pracę magisterską pisał o profesora Wacława Skuratowicza. Pewnego dnia do dziekanatu trafił list z Muzeum Pomorza Zachodniego (dzisiejsze Muzeum Narodowe) o poszukiwaniach kandydata do pracy w gabinecie przyrody. Promotor zaproponował wakat naszemu rozmówcy.

1962 rok – pierwsze zetknięcie ze Szczecinem

– Oferowano pracę w dziale morskim, czyli już jesteśmy bliżej morza. Lepiej nie mogłem trafić. Dział tworzyli Wiktor Fenrych, otwarty umysł, człowiek chcący stworzyć Muzeum Morskie, rzeźbiarz i konserwator zabytków kapitan Kazimierz Haska, historyk Tadeusz Kowalski. Odnalazłem się bardzo dobrze, a Tadziu Kowalski od razu wprowadził mnie do żeglarskiego klubu Pogoni. I tak to poszło – uśmiecha się.

Z marszu trafił na pełnomorskie jachty jak „Berenika” czy „Delfin”. I znowu – szlifowanie, malowanie, praca, a w nagrodę rejs.

– Pewnego razu popłynęliśmy na Mistrzostwa Polski do Gdyni. Wówczas w klubie Pogoni był „Dar Szczecina”, który właśnie wrócił z regat w Anglii. Okazało się jednak, że brakuje na nim załogi. Kapitan Jerzy Kraszewski chodził po jachtach i mówił, że potrzebuje ludzi. Kilka osób się zgłosiło. Pomyślałem „gdzie ja taki mały robaczek na taki wspaniały jacht”. Kapitan jednak popatrzył jeszcze po ludziach – raz, drugi i w ten sposób znalazłem się w załodze „Daru Szczecina” – wspomina Maciej Krzeptowski.

Pierwszy zagraniczny rejs przeżył w ramach Tygodnia Kilońskiego. Do dzisiaj to jedne z największych regat żeglarskich i festiwali plenerowych w Europie.

– Nie odnieśliśmy specjalnych sukcesów. Stamtąd popłynęliśmy jeszcze do Szwecji na regaty dookoła Gotlandii. Wraz z nami płynęły inne jachty, więc urządziliśmy sobie regaty towarzyskie. Wiało niesamowicie, postawiliśmy 200-metrowy spinaker, a nasz „Dar Szczecina” prawie leciał w powietrzu. Na dziobie tak wszystko trzeszczało, że baliśmy się tam pójść i cokolwiek zrobić – powraca do tamtych chwil.

Lata 60. to czas, gdy żeglarze nie mogli swobodnie pływać między krajami - wymagane były wizy. Tymczasem dokumenty załogi „Daru Szczecina” zezwalały na wpłynięcie do Szwecji dokładnie o północy.

– Do Sandhamn dopłynęliśmy późnym popołudniem. Byliśmy bardzo zadowoleni, podekscytowani, każdy wspominał swoje bohaterskie czyny z tego rejsu – śmieje się kapitan. – Nagle pukanie w burtę. Miejscowi z surowymi minami przyszli sprawdzić dokumenty żeglarzy. Zobaczyli, że wiza jest ważna dopiero od północy. Na nic się zdały próby dogadania, rozmowy. Musieliśmy wypłynąć. Kolację zjedliśmy na morzu, a o godzinie 00:01 ponownie byliśmy w porcie. Tak to wtedy wyglądało – relacjonuje kapitan.

„Spotkanie na swojej drodze statku rybackiego było jak złapanie Pana Boga za nogi”

Pierwszy zagraniczny rejs już zaliczony, a przed – pierwszy atlantycki. W 1970 roku Maciej Krzeptowski płynie na „Darze Szczecina”, aby wziąć udział w regatach bermudzkich.

– Kapitan Kraszewski uznał jednak, że najpierw popłyniemy na Karaiby. Wtedy można było jeszcze zbierać okazy przyrodnicze: koralowce, muszle, rozgwiazdy. Więc podczas tego rejsu kolekcjonowałem zbiory do muzeum – tłumaczy. – Gdy dopłynęliśmy do Las Palmas spotkaliśmy dwa rybackie statki ze Świnoujścia: „Langustę” i „Barakudę”. W tamtych czasach żeglarze mogli zabrać w rejs bardzo ograniczoną ilość dewiz, a tymczasem na statkach była żywność, kąpiel, pranie. Spotkanie na swojej drodze statku rybackiego było jak złapanie Pana Boga za nogi.

Na „Barakudzie” Maciej Krzeptowski poznał ichtiologów z Morskiego Instytutu Rybackiego w Świnoujściu – Kazia i Kostka Chłapowskich. To oni za kilka lat będą go zachęcać, aby zmienił pracę.

„Pokazuję mu barakudę, jej ogromne zęby, którymi może rozszarpać człowieka”

– Po regatach bermudzkich wróciłem do Szczecina. W 1970 roku Muzeum Pomorza Zachodniego przygotowywało wystawę „25 lat gospodarki morskiej na Pomorzu Zachodnim. Kazimierz Haska, Wiktor Fenrych i Tadeusz Kowalski odpowiadali za wystawę „25 lat gospodarki morskiej na Pomorzu Zachodnim”. Wykonali niesamowitą robotę. Dodatkowo zwolniła się jedna sala i uznałem, że zrobię tam wystawę o przyrodzie morza. Wcześniej byłem w Afryce i przywiozłem sporo ryb, krabów, skorupiaków i… barakudę – wymienia Maciej Krzeptowski.

Żeglarz pracował dzień i noc, aby jak najlepiej oddać klimat egzotyki, którą sam miał okazję poznać. Podczas oficjalnego otwarcia obchodów, kapitan Krzeptowski oprowadzał po wystawie Piotra Jaroszewicza, ówczesnego polskiego premiera.

– Pokazuję mu barakudę, jej ogromne zęby, którymi może rozszarpać człowieka. Na zwiedzanie mieliśmy tylko 5 minut i nagle czuję, że pod łokcie biorą mnie mocni ludzie i przesuwają dalej, aby wyrobić się w czasie. Za mną idzie towarzysz Jaroszewicz i słucha – śmieje się kapitan.

Wystawa Macieja Krzeptowskiego była pierwszą tego typu w Polsce. To za nią otrzymał Złotą Odznakę Zasłużonego Pracownika Morza.

Dwie wspaniałe wystawy miały być przepustką do powstania Muzeum Morskiego w Szczecinie

– Myśleliśmy, że po tym wszystkim zapadną decyzję o utworzeniu w Szczecinie Muzeum Morskiego. Byliśmy wręcz tego pewni. Dwie wspaniałe wystawy, o których wieść poniosła się po całym kraju. Niestety, przyszedł tragiczny grudzień i pojawiły się inne, ważniejsze sprawy – mówi .

Temat Muzeum Morskiego w Szczecinie został odłożony na półkę. Dodajmy tylko, że leży tam do dziś, bowiem Gród Gryfa nie doczekał się muzealnej instytucji w 100 procentach poświęconej morzu.

Nadszedł jednak moment, gdy bracia Chłapowscy zaproponowali Maciejowi Krzeptowskiemu pracę w Świnoujściu.

– Był wolny etat dla ichtiologa z zadaniem oszacowania zasobów sardynki na łowiskach Sahary Zachodniej. Nadludzkim zrywem i szaloną fantazją zamieniłem mieszkanie w Szczecinie na mieszkanie w Świnoujściu – mówi.

Pierwszy rejs w nowej pracy zrobił na „Languście”, którą poznał w Las Palmas. – Taki statek przemysłowy łowi dzień i noc, a rolą ichtiologa jest wyjście do każdego zaciągu i notowanie – jaka ryba została złowiona i ile – wyjaśnia.

„Z historii o Antarktydzie znaliśmy tylko tragedie”

W 1975 roku zaczęto mówić o pierwszej polskiej wyprawie antarktycznej. To miała być odpowiedź na wyczerpywanie się łowisk dalekomorskich. Okazało się, że ku wodom wokół siódmego kontynentu popłynie „Profesor Siedlecki”, a towarzyszyć mu będzie statek rybacki „Tazar”, który w żargonie miał „łowić, łowić, łowić, łowić”. Celem był malutki skorupiak bogaty w białko – kryl.

Na „Tazarze” stworzono także ekipę naukową z biologiem, przetwórcą, dwiema osobami od sprzętu, ichtiologiem i filmowcem. Jej kierownikiem został Maciej Krzeptowski.

– Z historii o Antarktydzie znaliśmy tylko tragedie. Statek badawczy „Belgica” uwięziony przez lody, ale na szczęście odratowany. Trzymasztowy „Endurance” zmiażdżony i zatopiony przez lód na Morzu Weddella – przypomina Maciej Krzeptowski.

Polska ekipa wypłynęła 22 grudnia 1975 roku.

– Rejs był niesamowity. Przeszliśmy chrzest równikowy, a potem wejście do Montevideo, gdzie musieliśmy uzupełnić zapasy. Akurat wtedy w Urugwaju junta wojskowa obaliła rząd komunistyczny. A my przecież byliśmy z kraju komunistycznego. Zrobili nam przeszukania, sprawdzali mapy, dzienniki, po prostu wszystko –opowiada p. Maciej. – Później było opłynięcie Hornu, gdzie zrobiłem piękne zdjęcia. Widać na nich jak biało-czerwona flaga łopocze, bo wiatr wieje jak diabli. W tle widać spienione morze. Tam dorwał nas pierwszy poważny sztorm.

Wyprawa Polaków okazała się sukcesem mierzonym m.in. w tysiącach ton złowionego kryla. W ramach kontynuowania badań wysłano kolejną wyprawę oraz zbudowano stałą stację badawczą im. Henryka Arctowskiego.

Powrót do Szczecina i przygotowania do rejsu dookoła świata

Po wprowadzeniu stanu wojennego, Morski Instytut Rybacki został zmilitaryzowany. Maciej Krzeptowski jako członek komisji zakładowej Solidarności został zwolniony z pracy. Ostatecznie koledzy z wyprawy antarktycznej załatwili mu pracę w łódzkim Muzeum Przyrodniczym. We włókienniczym mieście spędził kilkanaście lat.

Do Szczecina wrócił już na stałe – choć wtedy jeszcze o tym nie wiedział – w 1996 roku. Zaczął pracę w Muzeum Narodowym w Szczecinie, a rok później w jego oddziale na Wałach Chrobrego otworzył wystawę „Polacy w wyprawach polarnych”.

– Pierwsza polska wyprawa antarktyczna była moją legitymacją – śmieje się nasz rozmówca. – A rok 1997 roku był kluczowy dla zorganizowania tej wystawy. To wtedy było 100-lecie rejsu statku „Belgica”, 20 lat stacji Henryka Arctowskiego i 40 lat stacji na Spitsbergenie.

Podczas pracy w Muzeum Narodowym Maciej Krzeptowski poznał Ludomira Mączkę, który miał za sobą pierwszy rejs dookoła świata na jachcie „Maria” i pokonanie Przejścia Północno-Zachodniego na „Vagabond II”.

– Był już na emeryturze i często przychodził do mnie do pracy. Czasem tylko siedział i rozmawialiśmy, czasem coś czytał. Przychodził i wychodził kiedy chciał. Okazało się, że Ludek chce jeszcze raz popłynąć „Marią” dookoła świata. Kolejka chętnych do wzięcia udziału w rejsie nie była długa i tak trafiłem na „Marię”. Z Ludomirem, podczas przygotowań do wyprawy, udawało się nam porozumiewać bez problemów. Był dla mnie autorytetem. Mieliśmy wielu znajomych, którzy pomogli nam w wyposażeniu wyprawy.

Nic tylko płynąć.

„Wyglądali tak, jakby przed chwilą zakończyli ludożerczą ucztę”

W lipcu 1999 roku „Maria” wyruszyła w drugi rejs dookoła świata, a Maciej Krzeptowski dołączył do załogi w Montevideo.

MARIA na boi w Durbanie RPA

– Płynęliśmy przez cieśninę Magellana. Piękną, ale trudną. To zimne wody i prądy płyną albo w jedną, albo w drugą stronę. Płynie się tylko w dzień, a na noc trzeba stanąć w zatoczce i tak zacumować, aby jacht był nie do zerwania – opowiada nasz rozmówca. – Czasem było tak, że cały dzień płynęliśmy z jednego kotwicowiska do następnego, brakowało nam tylko kilometra i nie było żadnych szans, aby dopłynąć. Choć człowiek zawsze próbował, chciał jakimś sposobem, ale czasami po prostu się nie dało – wspomina.

Bierze laptopa, otwiera folder „Maria” i zaczyna pokazywać zdjęcia – Chile, Papua, Nowa Gwinea.

– W Chile poznaliśmy kobietę, której mama w czasie wojny była w Policach na robotach. O, a tutaj podpłynęli do nas lokalsi – pokazuje na zdjęcie z „Marią” i mniejszą łódką z kilkoma miejscowymi.

remont jachtu w Valdivii, Chile

– Wpłynęliśmy wtedy w zupełną dzicz. Nikogo nie było, ale za chwilę usłyszeliśmy „bu bu bu bu bu”, warkot motorówki. Przypłynęli do nas jacyś ludzie i dobili do naszej burty. Używką dla miejscowych jest betel, którym smarują sobie dziąsła. W efekcie są bardzo przekrwione. Dlatego nasi nowi znajomi wyglądali tak, jakby przed chwilą zakończyli ucztę ludożerczą. No i uśmiechamy się tak do siebie – opowiada kapitan.

Na szczęście miejscowi byli tylko ciekawi, kto do nich przypłynął. Co więcej, załoga „Marii” otrzymała zaproszenie do wioski.

– To ksiądz, świetny człowiek – pokazuje na zdjęciu, na którym kapłan z pomocą muszli trytona zwołuje wiernych na mszę. – Pomimo że u nich była bieda, to i tak dał nam coś ze swojej działki.

Katolicki ksiądz wzywa wiernych na niedzielną mszę

„To w Szczecinie dopiero zaczęło się coś dziać”

Czyli, gdyby nie wrócił Pan do Szczecina w 1996 roku, to nie wziąłby udziału w drugim rejsie „Marii” dookoła świata? – dopytuję.

– Na pewno nie. To w Szczecinie dopiero zaczęło się coś dziać. Gdybym nie wrócił, byłbym zupełnie innym człowiekiem – podkreśla Maciej Krzeptowski. – W Łodzi byłem najlepszym muzealnikiem jest chodzi o wystawy i sprawczość. Kiedy kierownik muzeum odszedł na emeryturę, ogłoszono konkurs, który wygrał syn przyjaciela profesora. I wtedy dowiedziałem się, że dyrektor Władysław Filipowiak szuka ze mną kontaktu. Od nowa budował dział ekologii morza w Muzeum Narodowym w Szczecinie. Nie zastanawiałem się długo, Łódź zmieniłem na Szczecin.

Jak podkreśla, to Ludomir Mączka zmienił jego życie. Dlatego wraz z Wojciechem Jacobsonem napisał książkę o geologu, podróżniku i przede wszystkim żeglarzu.

 Łodzie rybackie na Wyspie Robinsona

„Każde wypłynięcie to obawy i niepewność, a powrót - cudowna rzecz”

Jak do Szczecina wraca się po tych wszystkich egzotycznych podróżach?

– Bardzo się tęskni. Każde wypłynięcie to obawy i niepewność. Powrót to wspaniała, cudowna rzecz. Zawsze jest wzruszenie, któremu towarzyszy uczucie zrzucenia kamienia z serca. Na szczęście nigdy nie miałem takiej przygody, aby komuś z załogi stała się krzywda – dodaje.

Dziś Maciej Krzeptowski to Honorowy Ambasador Szczecina i Honorowy Członek Klubu Rotary Szczecin. Od lat działa na rzecz lokalnej społeczności, a jego jednym z głównych tematów jest Jeziorko Słoneczne, które od lat zanieczyszczane jest przez ścieki płynące razem z Bukową.

– To nie jest w porządku, że marnuje się potencjał prawie w centrum miasta. Przede wszystkim trzeba podnieść poziom wody chociaż o pół metra. Im więcej wody, tym samooczyszczanie jest łatwiejsze – tłumaczy.

Tematy żeglarskie nadal mu towarzyszą. W 2022 roku, z pomocą klubu Rotary Szczecin, zorganizował 11-dniowy rejs po Zalewie Szczecińskim dla polskich i ukraińskich nastolatków. Jak podkreśla, zaangażowanie wynika z „potrzeby serca”, zwłaszcza, że „woda i pływanie kształtują charakter”.

Ale zorganizowanie rejsu nie byłoby też możliwe bez nagrody „Wiecznie Młodzi” im. Aleksandra Doby, którą żeglarz otrzymał podczas 24. Ogólnopolskiego Spotkania Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów.

„Dar Młodzieży” powinien być w Szczecinie

Maciej Krzeptowski zaangażowany jest również w sprawę „Daru Młodzieży”. Grupa żeglarzy ze szczecińskiego środowiska apeluje, aby fregata została w Szczecinie po regatach The Tall Ships Races 2028. Po nich ma bowiem odejść na emeryturę.

– To piękny żaglowiec, niedługo przejdzie już w stan spoczynku. Muszą być poważne powody dla których duże miasta morskie mają takie żaglowce. Gdyby „Dar Młodzieży” stanął przy Morskim Centrum Nauki, byłby fantastycznym dopełnieniem budynku, który w sumie jest teraz zbyt samotny i niedokończony. Dodatkowo stwarza możliwości ekspozycyjne. Pozostaje tylko kwestia, jak go zagospodarować.

Zdaniem kapitana, choć Szczecin jest pięknym miastem, to nie wykorzystuje swojego żeglarskiego potencjału.

– W czasie pogłębiania toru wodnego Szczecin-Świnoujście wydobyto wiele bardzo cennych zabytków. Dyrektor Muzeum Oręża Polskiego z Kołobrzegu Aleksander Ostasz zrobił z nich wystawę, przy której pracowali Ola i Andrzej Kocewiczowie ze Stowarzyszenia Dziedzictwo Morza. Zaproponowali, by z wybranych eksponatów utworzyć szlak turystyczny w Szczecinie. Mamy w rękach zbiór, jakiego w Polsce nikt nie ma. To mógłby być nasz kolejny skarb. Niestety pomysł nie wzbudził, jak dotąd, zainteresowania władz – opowiada.

I jak dodaje: „Piłka jest nadal w grze, szukamy sojuszników”.