Wystawa „Odsłonięte: Berlin i jego pomniki” w Cytadeli w berlińskiej dzielnicy Spandau (Enthüllt. Berlin und seine Denkmäler, Zitadelle Spandau) opowiada zawiłą, lecz wciągającą historię Berlina poprzez artefakty, które miały być wieczne, a okazały się zaskakująco kruche. Każdy eksponat jest tu świadkiem zmiany ustroju, zmiany gustu albo moralności. Niektóre z pokazywanych pomników przetrwały wojny, a inne… pokoju. Na tej wystawie najważniejszy jest nie sam pomnik, lecz jego biografia (nie mylić z biografią upamiętnionej postaci). Usuwając pomnik, nie usuwa się historii, a jedynie zmienia narrację.
Pomniki na emeryturze
Twórcy wystawy zastanawiają się, co zrobić z pomnikami, które przestały odpowiadać współczesnym wartościom. Okazuje się, że to, co było symbolem dumy, szybko może stać się powodem do wstydu. Każdy z tu pokazywanych jest bezwolną „ofiarą” swoich czasów, pozbawioną majestatu i głosu. Są ciężkie, milczące, ale przewrotnie bardziej wymowne niż wtedy, gdy stały na berlińskich placach. Tu warto zaznaczyć, że wystawa stawia pytania, które wykraczają daleko poza niemiecką historię i bohaterów.
Wiele z tych „niepotrzebnych” pomników zostało zniszczonych, czasami wręcz rytualnie, a część trafiała (i nadal trafia) do muzealnych i miejskich magazynów. Niektóre znalazły się na ekspozycjach, gdzie utrącono im rangę – przestały być pomnikami, a stały się dziełami sztuki rzeźbiarskiej. Nie są już bohaterami, lecz świadkami swoich epok. Jeszcze inne trafiły do jednego z dziesiątek plenerowych skansenów obliczonych na zainteresowanie sentymentalnego turysty. Wśród tych najbardziej znanych są Memento Park w Budapeszcie, Park Iskusstw „Muzeon” w Moskwie albo Galeria Sztuki Socrealizmu w Kozłówce.
Tu dygresja szczecińska: podobny los spotkał wykuty w marmurze kararyjskim portret Króla Fryderyka II Wielkiego dłuta Johanna Gottfrieda Schadowa, który wiele lat po wojnie odnalazł się w już polskim Szczecinie. Dziś stoi na dziedzińcu Muzeum Narodowego w Szczecinie – Muzeum Tradycji Regionalnych, lecz nie ku chwale kontrowersyjnego z polskiego punktu widzenia władcy Prus, ale jako przykład znakomitego warsztatu rzeźbiarskiego Schadowa.
W milczącym dialogu
Zburzenie pomnika nie burzy historii czy pamięci. Pomysłodawcy berlińskiej wystawy doskonale zdają sobie z tego sprawę i tłumaczą widzom, dlaczego ich zaklęci w kamieniu bohaterowie znaleźli się w salach dawnego magazynu prowiantu Cytadeli Spandau. Nie są to obszerne elaboraty, ale esencjonalnie opracowane teksty, które można przeczytać w podpisach albo w elektronicznym kontencie multimedialnych kiosków. Na długi czas można „utknąć” przy interaktywnej mapie nieistniejących pomników Berlina – to naprawdę wciągający materiał.
Narracja wystawy jest chronologiczna. Opowieść zaczyna się w XVIII wieku, a kończy na upadku NRD, choć odważne interwencje współczesnych artystów kierują uwagę widzów na najświeższe problemy związane z pomnikową martyrologią. Wszystkie rzeźby – cesarskie, weimarskie, nazistowskie, socjalistyczne i demokratyczne – stoją obok siebie i mimowolnie prowadzą ze sobą milczący dialog. Inspirująca to perspektywa.
Król niepamięci
W pierwszej sali zobaczymy kilka wersji zaklętego w kamieniu Króla Fryderyka Wilhelma III oraz jego małżonkę, Królową Luizę. To uwielbiana przez Niemców do dziś Luiza Pruska, notabene księżniczka bliskiej Szczecinowi Meklemburgii-Strelitz. Towarzyszą im alegoryczne figury, które w formie żeliwnych odlewów do dziś wieńczą Pruski Pomnik Narodowy Wojen Wyzwoleńczych (Preußisches Nationaldenkmal für die Befreiungskriege), odsłonięty w 1821 roku na Wzgórzu Viktorii w berlińskim Kreuzbergu. Szczególną uwagę zwraca skrzydlaty Geniusz (Genius Belle-Alliance) – personifikacja zwycięstwa w bitwie pod Belle-Alliance (Waterloo).
Obecność wizerunków Fryderyka Wilhelma III znakomicie może wyjaśnić „termin przydatności” pomników. Władca Prus nie trafił do Cytadeli dlatego, że był złym królem, lecz w wyniku zmiany polityki historycznej wobec monarchii Hohenzollernów. Decydowali o tym zarówno republikanie, później naziści, a finalnie decydenci NRD. Wiele pomników przedstawiających władców Prus usunięto z ulic, ale ich nie niszczono. Trafiały do muzealnych magazynów, skąd część trafiła właśnie do Spandau. Statua Fryderyka Wilhelma III, stojąc w przestrzeni miasta, budowała narrację o wielkości monarchii Hohenzollernów i legitymizowała władzę Cesarstwa Niemieckiego. Pomniki były hołdem dla sportretowanych, a już ich obecność w Cytadeli każe się zastanowić, dlaczego kiedyś chciano, by o nich pamiętać. Przy okazji ich bohaterowie odzyskują własne biografie. Edukacja, głupcze!
Aleja Lalek Pomnikowego Willy'ego
W kolejnej sali zobaczymy fascynującą grupę rzeźb, która tworzyła niezwykłą Aleję Chwały (Siegesallee), powstałą z inicjatywy cesarza Wilhelma II, szyderczo określaną „najdroższą lekcją historii w dziejach”. Licząca niemal kilometr długości parkowa promenada powstawała między 1895 a 1901 rokiem. Prowadziła przez Tiergarten od Kemperplatz (to dziś plac za Filharmonią Berlińską i Sony Center) do Kolumny Zwycięstwa (Siegessäule), która wówczas stała na Placu Królewskim (Königsplatz), czyli dzisiejszym Placu Republiki przed Reichstagiem. Po obu jej stronach ustawiono 32 marmurowe posągi margrabiów Brandenburgii, elektorów i królów Prus, za każdym z nich umieszczono jeszcze po dwa popiersia osób związanych z danym władcą. Łącznie było to 96 rzeźb. Każdy główny pomnik miał około 3 metrów wysokości, a wraz z cokołem osiągał nawet 4–5 metrów. Zaczynało się od Albrechta Niedźwiedzia, założyciela Marchii Brandenburskiej. Później pojawiali się kolejni władcy: Otto I, Joachim II, Jan Zygmunt, Wielki Elektor Fryderyk Wilhelm, Fryderyk I, Fryderyk II Wielki… Nad realizacją pracowało 27 rzeźbiarzy pod kierunkiem Reinholda Begasa.
Znamienny jest fakt, że projekt cesarza Wilhelma II od samego początku był krytykowany, a nawet wyśmiewany. Możni zarzucali mu przesadny patos i teatralność, a mieszczanie szybko ochrzcili go ironicznym mianem Alei Lalek (Puppenallee). Jej inicjator i fundator zyskał szydercze przezwisko „Denkmalwilly” (Pomnikowy Wilhelm), bo miał słabość do wznoszenia monumentów.
Aleja Chwały szybko straciła swój „termin przydatności”, bo już w latach 30. XX wieku Adolf Hitler i Albert Speer planowali w jej miejscu oś urbanistyczną wizjonerskiej Germanii. Pomniki oraz Kolumnę Zwycięstwa przeniesiono wówczas w okolice centralnego placu Tiergarten – Großer Stern. Po 1945 roku zarządzający tą częścią Berlina alianci uznali „hohenzollernowski panteon” za symbol cesarskiego imperializmu i go zlikwidowali. Część figur zakopano w ogrodach pałacu Bellevue, inne trafiły do muzealnych magazynów. Sukcesywnie wydobywane i „odnajdywane” znalazły się wreszcie w Cytadeli Spandau, gdzie od 2016 roku stanowią trzon omawianej wystawy.
Część wystawy z pomnikami z Siegesallee jest najatrakcyjniejszą przestrzenią ekspozycji. Nie tylko z uwagi na historię, ale także liczbę prezentowanych obiektów oraz ich stan. To stanowi najpełniejszą egzemplifikację kuratorskiego pomysłu. Niektóre z rzeźb pozbawione są głów, innym brakuje „tylko” nosa albo kończyn. Choć może zabrzmieć to głupio, potrafi rozbawić. Nie należy jednak chyba traktować tego w kategorii karmy albo chichotu historii. A może właśnie należy…
Sielanka propagandowa
Na Siegesallee wszyscy stali w chronologicznym porządku – od Albrechta Niedźwiedzia do cesarskich Niemiec. W Spandau ten logiczny ciąg został rozbity i poszczególne figury stoją osobno, z bliznami po wojnie albo po nieodpowiedzialnym zakopaniu w Bellevue. Nie mają też cokołów ani ceremonialnej oprawy. Dzieje Brandenburgii i Prus, zamienione w kamienną opowieść, są tutaj jak różewiczowska „Kartoteka”. Na szczęście kuratorzy wystawy zadbali, by w multimedialnych kioskach można było odtworzyć prawdziwą historię monarchii pruskiej.
Kolejna przestrzeń wystawy znów zaskakuje. Odtworzono tutaj fragment Tiergarten – to wielkoformatowe wydruki (à la panorama 360°), ale także oświetlenie oraz przestrzeń audio. Bohaterem tego bliskiego formie site-specific fragmentu ekspozycji jest cesarz Wilhelm I, uważany za pierwszego władcę zjednoczonych Niemiec. Co ciekawe, jego pomnik należał do ostatnich odsłoniętych w Siegesallee i miał symbolicznie domykać całą opowieść o dziejach Brandenburgii i Prus. Ta „parkowa” aranżacja to świadomy zabieg kuratorski, który pokazuje, jak w praktyce miała oddziaływać Aleja Chwały na odbiorców. Sielanka, wygodna ławka, półkolista balustrada, efektowna zdobność i poruszająca ceremonialność. Pomnikowa propaganda…
Cena wojny
Ocalała figura z Pomnika Poległych Kolejarzy (Denkmal für die im Ersten Weltkrieg gefallenen deutschen Eisenbahner) jest najprawdopodobniej najbardziej przejmującą rzeźbą pokazywaną na wystawie. To alegoryczne ujęcie przegranej i żałoby. Autor monumentu, Emil Cauer młodszy, zamiast zwycięskiego bohatera pokazał cenę wojny – przedstawił klęczącego młodzieńca, który obejmuje złamany miecz i opuszczony sztandar, symbole zakończonej walki i śmierci. To odróżnia go od większości pomników z końca XIX wieku, które miały charakter militarny.
Monument upamiętniający pracowników niemieckich kolei, którzy zginęli podczas I wojny światowej, stanął w 1928 roku przed dawnym dworcem Hamburger Bahnhof, w którym wówczas działało Muzeum Komunikacji i Budownictwa (Verkehrs- und Baumuseum). Po II wojnie światowej pomnik zniknął z przestrzeni publicznej – nie pasował ani do narracji NRD, ani do nowej funkcji gmachu, Narodowej Galerii Sztuki Współczesnej (Hamburger Bahnhof – Nationalgalerie der Gegenwart).
Nowa architektura martyrologii
W tej części wystawy można jeszcze poznać historię pierwszego modernistycznego pomnika świata, który już nie istnieje, ale z uwagi na swoją formę wydaje się kluczowy dla zrozumienia współczesnej architektury martyrologicznej. To jedyny na wystawie pomnik, którego nie dało się uratować. Nie istnieją także jego relikty, ale kuratorzy zdecydowali się go przywołać. Na wystawie funkcjonuje jako idea.
Mowa o Pomniku Rewolucji (Revolutionsdenkmal), który zaprojektował Ludwig Mies van der Rohe i który jest uważany za jedno z najważniejszych dzieł w historii architektury XX wieku. Paradoksalnie monument istniał zaledwie dziewięć lat (1926–1935). Odważny i oryginalny w formie pomnik powstał na cmentarzu Friedrichsfelde w Berlinie jako miejsce pamięci dla Róży Luksemburg, Karla Liebknechta i innych ofiar rewolucji z lat 1918–1919.
Młody wówczas van der Rohe nie chciał stworzyć pomnika z wizerunkami bohaterów. Już wtedy nie interesowała go symbolika, lecz siła samej architektury. Zaproponował nieregularne, przesunięte ceglane bloki, które miały wywoływać napięcie i wrażenie ruchu – jakby masa ludzi zastygła w chwili rewolucji. Niektórzy widzą w tym mur, przed którym rozstrzeliwano rewolucjonistów. Po dojściu nazistów do władzy najpierw usunięto czerwoną gwiazdę, a już w 1935 roku pomnik został rozebrany. Na wystawie w Spandau nie zobaczymy żadnego z jego fragmentów, a jedynie makietę oraz szereg informacji dostępnych w multimedialnym kiosku.
Rzeźby brunatne
Przejście do kolejnego rozdziału wystawy jest „skokiem” w rzeczywistość brunatną i mroczną…
Tę część otwiera makieta Wielkiej Hali Ludowej (Große Volkshalle), najbardziej monumentalnego elementu niezrealizowanego planu przebudowy Berlina w Germanię – Stolicę Świata (Welthauptstadt Germania), opracowanego przez Alberta Speera na zlecenie Adolfa Hitlera.
Obok stoi jeden z dwóch „Kroczących koni” (Schreitende Pferde) autorstwa Josefa Thoraka. Brązowe rzeźby stanęły w 1938 roku w reprezentacyjnych ogrodach Nowej Kancelarii Rzeszy (Neue Reichskanzlei) w Berlinie. Po wojnie uznano je za zaginione, ale – co zaskakujące – trafiły do radzieckich koszar w Eberswalde, gdzie przez kilkadziesiąt lat stały zapomniane. Konie po zjednoczeniu Niemiec w tajemniczy sposób zniknęły, a w 2015 roku, podczas śledztwa związanego z nielegalnym handlem dziełami sztuki, przypadkowo zostały odnalezione.
W Cytadeli Spandau są prezentowane jako tzw. „toksyczny zabytek” (toxisches Erbe) – przykład sztuki podporządkowanej totalitarnej propagandzie. By nie prowokować nieodpowiedzialnych narracji albo zachowań, twórcy wystawy nie pokazują obu rzeźb jednocześnie. Drugi z brązowych koni znajduje się w magazynie studyjnym muzeum i można go oglądać jedynie podczas specjalnych wydarzeń.
Obok brązowego rumaka stoi kolejna kontrowersyjna rzeźba – „Dziesięcioboista” (Zehnkämpfer) Arno Brekera, nadwornego rzeźbiarza III Rzeszy, którego Hitler uważał za uosobienie prawdziwej niemieckiej sztuki. Statua stanęła na Stadionie Olimpijskim specjalnie na XI Letnie Igrzyska Olimpijskie w Berlinie w 1936 roku. Breker wyrzeźbił nagiego, muskularnego młodzieńca – wręcz wyidealizowany wzorzec atlety. Formalnie przedstawia sportowca, ale rzeźba ucieleśnia nazistowski ideał „aryjskiego” ciała. Klasyczny wzorzec piękna miał służyć legitymizowaniu ideologii III Rzeszy.
Głowa Lenina
W ostatniej sali wystawy zobaczymy najsłynniejszy, ikoniczny dla projektu „niechciany” pomnik. To fragment monumentalnego pomnika Włodzimierza Lenina z Leninplatz we wschodnim Berlinie. Dziś jest to Plac Narodów Zjednoczonych (Platz der Vereinten Nationen).
Pomnik autorstwa Nikołaja Tomskiego odsłonięto w 1970 roku z okazji setnej rocznicy urodzin Lenina. Po zjednoczeniu Niemiec monument pocięto na 129 granitowych bloków i wywieziono na teren dawnego poligonu wojskowego w Müggelheim, w dzielnicy Köpenick, gdzie został… zakopany.
Przypomniano sobie o nim, gdy opracowywano scenariusz omawianej wystawy. Ucinając wszelkie dyskusje, uznano, że nieobecność jednego z najsłynniejszych usuniętych pomników Berlina byłaby poważną narracyjną luką. Wówczas podjęto decyzję o wydobyciu wyłącznie głowy Lenina. Z uwagi na ciężar – około 2,5 tony – jej wydobycie było skomplikowaną i widowiskową operacją inżynieryjną.
Ślady tej operacji – stalowe kotwy montażowe, pęknięcia, zabrudzenia i uszkodzenia – pozostawiono widoczne na fragmencie rzeźby. Nie próbowano przywrócić jej dawnego wyglądu. Głowa na wystawie nie stoi już pionowo na monumentalnym cokole, jak w czasach NRD, ale leży na boku, niemal na poziomie wzroku zwiedzających. Dawny symbol władzy został pozbawiony swojej dominującej pozycji i stał się eksponatem muzealnym – przedmiotem refleksji, a nie kultu.
Paradoksalnie, dopiero po zdjęciu z cokołów te pomniki naprawdę zaczynają opowiadać swoje historie. Pozbawione patosu, propagandowych funkcji i państwowego ceremoniału stają się muzealnymi eksponatami, które nie każą podziwiać, lecz zachęcają do myślenia. I być może właśnie taka jest dziś najlepsza rola pomnika – nie udzielać odpowiedzi, ale prowokować pytania.
O wystawie w dawnym magazynie prowiantu berlińskiej Cytadeli powinniśmy myśleć nie jako o muzeum rzeźby, lecz jako o muzeum polityki pamięci. Szczególnie że i nam przyszło żyć w ciekawych czasach…
Praktykalia
Muzeum Twierdzy Spandau jest czynne od piątku do środy w godzinach 10.00–17.00, a w czwartki od 13.00 do 20.00. W Cytadeli odbywa się sporo plenerowych koncertów i festiwali, więc przed wizytą warto zweryfikować informacje o specjalnych godzinach otwarcia na stronie internetowej lub w mediach społecznościowych instytucji.
Bilet wstępu kosztuje 4,5 €, ulgowy 2,5 €. Oprócz wystawy „Odsłonięte: Berlin i jego pomniki” bilet uprawnia do zwiedzania ekspozycji związanych z historią Cytadeli oraz coraz wyraźniej obecnego na berlińskiej mapie muzealnej ośrodka sztuki współczesnej – ZAK Zentrum für Aktuelle Kunst.
Warto także wspiąć się na wieżę, z której widać nie tylko zabudowania forteczne, ale również znaczną część Berlina.
Do Spandau z centrum Berlina (m.in. via S+U Charlottenburg) dojedziemy metrem linii U-9. Należy wysiąść na stacji Zitadelle. Po zwiedzaniu można przespacerować się na urokliwą starówkę Spandau, będącego do początku XX wieku osobnym miastem. Przy głównych deptakach oraz wokół rynku (Breite Straße, Carl-Schurz-Straße oraz Markt) znajdziemy wiele restauracji oraz sklepów.
INFORMACJE O TWÓRCACH WYSTAWY „ODSŁONIĘTE: BERLIN I JEGO POMNIKI”:
- Andrea Theissen – pomysłodawczyni i główna kuratorka projektu;
- Dr Urte Evert – obecna dyrektorka Stadtgeschichtliches Museum Spandau, kontynuująca wizję poprzedniczki;
- Brigitte Fischer – projektantka (Ausstellungsgestalterin) odpowiedzialna za architekturę i aranżację ekspozycji;
- Carmen Mann – kierowniczka zbiorów (Sammlungsleiterin), współtworząca narrację ekspozycji i odpowiedzialna za opracowanie kolekcji.
Serwis internetowy muzeum: www.zitadelle-berlin.de
Dworzec Szczeciński / Stettiner Bahnhof to autorski cykl tekstów Daniela Źródlewskiego – dziennikarza i autora od lat eksplorującego polsko-niemieckie pogranicze. Jego nazwa nawiązuje do nieistniejącego dziś berlińskiego dworca, z którego przez dziesięciolecia odjeżdżały pociągi na Pomorze (obecnie Dworzec Północny / Nordbahnhof). To jednocześnie metafora podróży, pamięci historycznej, wymiany tożsamościowych doświadczeń, a przede wszystkim budowa transgranicznej wspólnoty.
Ten cykl będzie symbolicznym peronem, z którego regularnie zabierzemy Czytelników do berlińskich muzeów, galerii, teatrów i sal koncertowych. Wspólnie będziemy odkrywać fascynujące miejsca, śledzić najciekawsze wydarzenia (nie tylko) kulturalne oraz poznawać ludzi, którzy nadają rytm życiu jednej z najważniejszych europejskich metropolii.
Od czasu do czasu zboczymy jednak z głównego szlaku. Odwiedzimy hanzeatycki Rostock, Stralsund i Greifswald, zajrzymy do duopolis Neubrandenburg–Neustrelitz, zatrzymamy się w przygranicznych miasteczkach, takich jak Pasewalk czy Anklam. Kultura nie zna granic. A najciekawsze podróże często zaczynają się bliżej niż mogłoby się wydawać.
Autor: Daniel Źródlewski
Komentarze