W wyprawie na Antarktydę zaczęła od 111 kilometrów na nartach, gdy ciągnąc wyposażenie na saniach, dotarła na biegun południowy. Po kilkunastu dniach weszła na Mount Vinson - najwyższy szczyt Antarktydy, liczący 4892 metry nad poziomem morza.
- Ostatnie pół roku to był naprawdę czas intensywnych, ciągłych treningów, aby sprostać formie grupy i nie stanowić obciążenia. Ekspedycja na Antarktydę nauczyła mnie wytrwałości w dążeniu do własnego celu. Do tej wyprawy musiałam przygotować się zarówno fizycznie, jak i mentalnie - opowiada Beata Rucińska-Grygiel.
Od zawsze fascynowały ją rejony antarktyczne. Stąd chęć, aby sprawdzić się w trasie na biegun. Podczas ekspedycji zdobyła nie tylko najwyższy szczyt, ale i najwyższy wulkan Antarktydy.
- Oczywiście podkreślam, że te moje 111 kilometrów to tak naprawdę taki spacerek w porównaniu z tym, czego dokonują podróżnicy, którzy samotnie i bez wsparcia wędrują z wybrzeża na sam biegun - zaznacza.
Zdobywając Mount Sidley, szczecińska lekarz skompletowała Koronę Wulkanów Ziemi jako trzecia Polka w historii. To zestaw najwyższych wulkanów na każdym z siedmiu kontynentów - Ojos del Salado, Kilimandżaro, Elbrus, Pico de Orizaba, Damawand, Mount Giluwe, Mount Sidley.
- Każda kolejna podróż jest jakąś „naj”. Zwłaszcza przy czwartym, piątym, szóstym i siódmym wulkanie wszystko było „naj”. W Papui Nowej Gwinei był najdalej położony. Kolejny, Ojos del Salado, był najwyższy. A jeden był najdroższy - śmieje się.
Oglądając dokonania szczecińskiej lekarz, trudno wyobrazić sobie połączenie zajmującej pracy z aktywną pasją.
- Jedno i drugie powinno przeplatać się przez nasze życie, aby było aktywne. Aby człowiek czuł się zrealizowany, spełniony i wiedział, że robi to, co chce w życiu robić - podkreśla Beata Rucińska-Grygiel.

Komentarze