„Zostawieni pośrodku niczego”
Wiele wskazuje na to, że Beata Rucińska-Grygiel została pierwszą Polką, która podczas wyprawy na Antarktydę osiągnęła aż trzy cele – najpierw 111 kilometrów na nartach z wyposażeniem ciągniętym na saniach. W ciągu 7 dni dotarła z 89 równoleżnika do bieguna południowego, potem udało jej się wejść na najwyższy szczyt Antarktydy – Mount Vinson, a na koniec Mount Sidley, czyli najwyższy wulkan Antarktydy. Wszystko w ciągu miesiąca.
– Minus dziesięć nie robi na mnie wrażenia – przyznaje z rozbrajającą szczerością nasza rozmówczyni. – Na Antarktydzie było od minus piętnastu do minus czterdziestu pięciu stopni Celsjusza.
Jak wyglądała ostatnia ekspedycja? Czy to była najtrudniejsza wyprawa?
– Może nie najtrudniejsza, ale z pewnością najzimniejsza. Zaczęła się czterogodzinnym lotem samolotem z bazy Union Glacier na 89 równoleżnik. Samolot odleciał, a my zostaliśmy pośrodku niczego, a właściwie w środku białej pustyni. Rozpoczęliśmy wędrówkę na nartach, ciągnąc sanki z wyposażeniem i zapasami na 10 dni. Każdego wieczora, po 6–9 godzinach wędrówki rozbijaliśmy namioty w nowym miejscu. Naszej grupie dotarcie na biegun południowy zajęło 7 dni, ale kolejnej już 10 dni – mówi Beata Rucińska-Grygiel.
„Nie było gdzie schować się przed wiatrem”
Wyprawa na biegun południowy – to wyrażenie samo w sobie brzmi jak ogromne, mroźne wyzwanie. Podczas podróży pani Beacie towarzyszyła grupa czterech współuczestników, a także profesjonalni przewodnicy, którzy dbali o bezpieczeństwo całej ekspedycji.
– Nasza grupa liczyła pięć osób, plus dwie doświadczone przewodniczki oraz polarnik Eric Larsen. Razem osiem osób. Każdy dzień podróży wyglądał właściwie tak samo. Wstawaliśmy rano, a potem musieliśmy stopić śnieg na posiłki i ciepłe napoje na cały dzień. To było najważniejsze zadanie w tak niskich temperaturach, a doświadczaliśmy temperatur na poziomie około –35, –45 stopni. Pakowaliśmy cały obóz na sanki i w drogę. Trasa na biegun jest charakterystyczna przez to, że jest płasko. Gdy wieje wiatr, to nie ma gdzie się schować, jedyną formą terenu są zastrugi – śnieżne muldy, które musisz pokonać wraz z saniami, zbyt niskie, by dawać osłonę od wiatru, a dostatecznie wysokie, by utrudniać marsz – opowiada podróżniczka.
Potem przyszła kolej na Mt Vinson i Mt Sidley
Zdobycie w czasie jednego miesiąca obu szczytów oraz bieguna południowego to wyczyn niezwykły. Była to jedna z bardziej wymagających podróży pani Beaty, którą musiała poprzedzać dobra organizacja i wiele treningów.
– Nikomu z Polaków nie udało się za jednym razem takie antarktyczne combo – zdobycie w ciągu miesiąca bieguna południowego na nartach, najwyższego szczytu oraz najwyższego wulkanu Antarktydy. Wiedziałam, że będzie to duże wyzwanie pod względem kondycji fizycznej i psychicznej. Kilkudniowe marsze z ciężkim plecakiem, ciągnięcie latem po łąkach obciążonych sanek, treningi kardio, joga zrobiły formę na wyprawę – mówi Beata Rucińska-Grygiel.
Czy Beata Rucińska-Grygiel stawia przed sobą kolejne wyzwania?
Trudno wyobrazić sobie połączenie zajmującej pracy lekarza ortodonty z aktywną pasją, jaką są podróże ekstremalne. Wyprawy potrafią zająć nawet miesiące życia, a jeszcze wcześniej wymagają planowania i częstych ćwiczeń.
– Konieczność utrzymania pewnego poziomu sprawności fizycznej zmusza do działania i cały czas daje energię. Po powrocie z ekspedycji jesteś nią naładowany. Przebywanie na znacznej wysokości zwiększa produkcję krwinek czerwonych, dodatkowo intensywny wysiłek i świeże górskie powietrze przekładają się na dobre samopoczucie po wyprawie. Naprawdę nie brakuje mi więc sił i chęci do pracy. Człowiek staje się marudny i gnuśny, jeśli nie ma pasji i ich nie realizuje – mówi Beata Rucińska-Grygiel.
– Myślę, że dalej będę zdobywać wulkany, chciałabym też dotrzeć na biegun północny. Nie wiem, czy odważę się na dokończenie głównej korony ziemi, pozostały mi trzy trudne szczyty – Denali, Piramida Carstensza i Everest. Jest to do rozważenia. Może uda mi się dotrzeć do najwyższego wulkanu w Azji, który leży w Tybecie i jest aktualnie niedostępny do wspinaczki. Koniec każdej podróży jest początkiem następnej. Oby tylko wystarczyło sił i zdrowia – mówi Beata Rucińska-Grygiel.
Reportaż na temat antarktycznych wypraw szczecińskiej ortodonty możecie zobaczyć w mediach społecznościowych Okręgowej Izby Lekarskiej w Szczecinie. Powstał on dzięki współpracy OIL Szczecin i portalu wSzczecinie.pl w cyklu „Lekarze z pasją”.
Komentarze