Trwające ponad dwie doby dyżury, rekordy sięgające ponad 450 godzin w miesiącu i często późniejsze docieranie do pacjenta niż wynika to z ram ustanowionych przez Ministerstwo Zdrowia. Raport Najwyższej Izby Kontroli dotyczącej ochrony zdrowia, działania szpitalnych oddziałów ratunkowych i stacji pogotowia ratunkowego ujrzał światło dzienne dwa tygodnie temu. Sprawą zajmuje się Ministerstwo Zdrowia, które otrzymało od NIK wytyczne dotyczące zmian do wdrożenia. Pytani przez portal wSzczecinie.pl eksperci przyznają, że statystyki są niepokojące, ale czasem nadgodziny wynikają nie z chęci lekarzy, a z konieczności.

Cezary Pakulski: „Ten raport mnie nie szokuje. Ratownicy medyczni to POZ na kółkach”

O raporcie Najwyższej Izby Kontroli w portalu wSzczecinie.pl pisaliśmy w artykule „Ratownik medyczny ze Szczecina przepracował w miesiącu... 456 godzin. «Jakby pracował całą dobę przez 19 dni»”. Swoją odpowiedź przygotowała także Wojewódzka Stacja Pogotowia Ratunkowego. Dane z raportu są niepokojące – wynika z nich, że medycy na SOR-ach i w pogotowiu dyżurują rekordowo długo, a i tak obsada lekarzy na dyżurach nie zawsze jest wystarczająca.

W opinii profesora Cezarego Pakulskiego, lekarza anestezjologa, internisty i medyka ratunkowego, treść raportu NIK nie jest szokująca. Pakulski przed laty był konsultantem wojewódzkim w dziedzinie medycyny ratunkowej. Jak mówi, przez dwie dekady w tej dziedzinie „wszystko poszło nie tak”.

– Raport NIK pokazał, że czegoś takiego jak systemu Państwowego Ratownictwa Medycznego zwyczajnie nie ma. Zespoły Ratownictwa Medycznego (karetki) i Szpitalne Oddziały Ratunkowe to dzisiaj biura frontowe w kontaktach osób chorych z systemem ochrony zdrowia. Pacjent staje przed wyborem: albo ze swoim problemem zdrowotnym wezwiesz karetkę lub przyjdziesz na SOR, albo czekając w tej kolejce, zginiesz. Oddziały ratunkowe, niedofinansowane, pozbawione właściwej i wystarczającej obsady kadrowej, z powodu niewydolności pozostałych pięter piramidy świadczeń stały się jednostkami przepełnionymi niewłaściwymi chorymi, trafiającymi w niewłaściwe miejsce i z nadmiaru pracy, obowiązków i wypalenia zawodowego pracujących tu osób, nieprzyjaznymi dla pacjentów – komentuje ostro Pakulski. – Z pola uważności tracimy tych chorych i tych rannych, dla których SOR wypełnia zasadę 3W: „właściwy pacjent, we właściwym czasie, we właściwym miejscu”. Warunki pracy w SOR i w zespołach pogotowia ratunkowego już dawno przestały być znośne. Skutek jest taki, że do SOR i ZRM typu S (specjalistycznych) nie ma armii lekarzy chętnych do pracy i specjalizowania się w dziedzinie medycyny ratunkowej. W ogóle nie ma chętnych. Kiedy tworzył się w Szczecinie oddział ratunkowy na Unii Lubelskiej, do specjalizacji z medycyny ratunkowej namówiłem 14 osób. Dzisiaj niemal wszystkie są po anestezjologii. Wierne medycynie ratunkowej zostały tylko dwie – dodaje. 

– Jeżeli nie masz wystarczającej kadry medycznej, która zapewniłaby ciągłość pracy dyżurowej w pogotowiu, czy w SOR, namawiasz, przymuszasz tych, którymi dysponujesz do pracy w wymiarze ponad 48–120 godzin bez przerwy i/lub ponad 450 godzin w miesiącu. Czy to normalne i bezpieczne? Nie, to czysta patologia, do tego niebezpieczna i dla potencjalnych kolejnych pacjentów i dla samego lekarza – komentuje ekspert dla portalu wSzczecinie.pl.

Pakulski nazywa zespoły ratownictwa medycznego „POZ na kółkach” i zaznacza, że nie ma szans, by do Nowego Warpna czy Trzebieży karetka dotarła na czas, gdy oddalenie od bazy jest tak dalekie: – Na Giewont ratownicy też nie dotrą na czas – dodaje. 

Prezes Izby Lekarskiej o raporcie NIK: „To nie jest kolejny odcinek serialu o chciwych lekarzach”

W rozmowie z portalem wSzczecinie.pl eksperci ochrony zdrowia z naszego miasta nie mają wątpliwości, że sytuacja jest złożona, ale krytyka po raporcie nie powinna spaść na lekarzy.

– Niektórzy w raporcie Najwyższej Izby Kontroli chcieliby zobaczyć kolejny akt serialu pt. „Chciwi lekarze i chciwi ratownicy w drodze po wielkie pieniądze”. To oczywista nieprawda i jeżeli ktoś tak czyta wnioski z raportu, to konkluzja będzie smutna – tutaj mamy bardzo wyraźny obraz poważnego kryzysu kadrowego, który staje się codziennością szpitalnych oddziałów ratunkowych oraz grup interwencyjnych Wojewódzkich Stacji Pogotowia Ratunkowego – mówi Michał Bulsa.

W Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Szczecinie pięciu lekarzy bardzo często (74 razy) pracowało przez ponad 48 godzin, a w skrajnym przypadku przez 120 godzin. W czerwcu 2024 roku jeden z ratowników medycznych przepracował 456 godzin.

– Pytanie: czy ci lekarze i ratownicy naprawdę chcieli tyle pracować, czy taka była potrzeba lub nawet przymus danej chwili? Ten sam raport informuje przecież, że „przypadki ciągłej pracy przez ponad dobę wynikały również z braku lekarzy przy jednoczesnych wymaganiach, by zachowana była ciągła gotowość do wyjazdu specjalistycznych zespołów ratownictwa medycznego” – czyli alternatywą dla lekarza pracującego nadmiarowo jest… brak lekarza, a to przecież żadna alternatywa – komentuje prezes Okręgowej Izby Lekarskiej w Szczecinie.

Małe miejscowości zamieniają się w gigantyczne kurorty, a karetek i lekarzy jest tyle samo

Michał Bulsa zwraca uwagę także na specyfikę regionalną i sezonową ratownictwa medycznego na Pomorzu Zachodnim.

– Takie miejscowości jak Międzyzdroje, Kołobrzeg, Świnoujście czy wspomniane w raporcie Nowe Warpno w sezonie stają się tętniącymi życiem kurortami z setkami, tysiącami albo nawet dziesiątkami tysięcy turystów dziennie – senne jesienią i zimą miejscowości stają się miejscami ogromnej liczby interwencji w szczycie sezonu medycznego. Czasem mam wrażenie, że zapominamy o tym gigantycznym, turystycznym nasileniu w naszym regionie, a przecież turystom też trzeba zapewnić bezpieczeństwo wypoczynku – dodaje.

Medycy przyznają jednak, że sytuacja w województwie zachodniopomorskim jeżeli chodzi o ochronę zdrowia jest „jedną z lepszych w Polsce” – zarówno jeżeli mówimy o wypłacie nadwykonań, dysponowaniu kadrą medyczną, jak i kondycji szpitali.