Antyczny mit znów rezonuje
W niedzielę (19 kwietnia) na scenie Teatru Polskiego zobaczyliśmy spektakl „Orfeusz” w reżyserii Anny Smolar, w którym twórcy przywołują antyczny mit, aby podjąć temat przeżywania utraty, wskrzesić zapomniane albo ukazać nowe sposoby radzenia sobie z sytuacją odejścia bliskiej osoby.
Młoda kobieta (w tej roli Justyna Wasilewska) traci swoją partnerkę życiową i musi odbyć kilka dramatycznych rozmów telefonicznych, by wyjaśnić, co się stało. Musi też wręcz walczyć z rodziną zmarłej o to, gdzie zostanie ona pochowana i jak będzie przebiegała ceremonia. Inni bohaterowie „Orfeusza” też mierzą się ze stratą. Śpiewak, który traci przyjaciółkę, nie może wykonywać pracy, nie może uczestniczyć w próbach do spektaklu, a leczenie nie pomaga mu w żaden sposób. Tymczasem świat mknie do przodu, presja zobowiązań nie ustaje. Nieważne, co ci się przytrafiło, ważne jest to, że jesteś bezproduktywny, nie spełniasz oczekiwań…
Jak długo można być w żałobie?
Każdy z aktorów kreuje kilka postaci poruszających się w ograniczonej przestrzeni przypominającej poczekalnię. Tutaj muszą przeżywać swoją żałobę, niejako w zawieszeniu, w niepewności i wewnętrznym smutku, który dla innych nie jest do końca zrozumiały. „Jak długo można wspominać i żegnać osobę zmarłą?” – mówi dyrektorka opery (Julia Wyszyńska). „Rok to przecież stanowczo za długo…”.
Żałobnicy usiłują udźwignąć ten najtrudniejszy czas. Usiłują też zachować łączność z osobą nieżyjącą (np. odtwarzając jej wizerunek i głos opłaciwszy informatyka-hakera). Gdyby tak człowieka można było zmienić w melodię? To marzenie jednej z bohaterek, która wyraża swój ból, czułą melodeklamacją… „Orfeusz” to spektakl, który publiczność kontrapunktowa oceniła wysoko. Czy jurorzy festiwalu też będą mieli podobne zdania, przekonamy się już niedługo.
Hamlet, duchy i rodzinne doświadczenia
„Wchodzi duch” to spektakl zrealizowany przez reżyserkę Weronikę Szczawińską i dramaturga Piotra Wawra jr (także odtwórcę jednej z ról), który powstał jako koprodukcja Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie oraz Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Znalazł się na liście najlepszych przedstawień sezonu 2024/2025 według miesięcznika „Teatr”. Oczekiwania widzów, którzy przyszli obejrzeć go 20 kwietnia w Teatrze Współczesnym, były więc duże.
Za punkt wyjścia twórcy obrali pierwszy akt „Hamleta” (w którym dwukrotnie pojawia się duch ojca tytułowego bohatera), a formuła nawiedzenia zostaje przefiltrowana i przetworzona w serię rozmów, w których zostają podjęte relacje oparte na nadrzędności, autorytecie i władzy. Aktorzy w kostiumach, które potocznie najbardziej kojarzą się z duchami (w obrusach i zasłonach z otworami na oczy), dialogują ze sobą, odzwierciedlając w słowach i gestach resentymenty, zadawnione poczucia winy, nieprzepracowane negatywne uczucia. Dość liczne są tu akcenty komediowe (np. humorystyczne wątki, zaczerpnięte z historii rodzinnych) i nie jest to interpretacja dzieła Szekspira, a eksperyment teatralny, który ukazuje w trochę inny sposób temat dziedziczenia, konfrontacji z przeszłością i presji rodzicielskiej.
Komediowość kontra przekaz
Twórcy próbują odtworzyć istotne schematy, które wpływają na nasze działania i emocje, ale niestety realizacja sceniczna tej idei generalnie rozczarowuje. Gdyby zrezygnować z niektórych scen (aktorzy cytują np. wesołkowatą animację Kórta i Albina „Słowik”, obrazując dialog ojca i córki), wprowadzając więcej powagi, przekaz byłby bardziej znaczący i inspirujący do refleksji. Sytuację ratuje trochę epilog, w którym „rozpracowywane” są rodzinne traumy Piotra i jego żal do ojca. Generalnie jednak otrzymujemy teatralny seans spirytystyczny, w którym komediowość przeważa nad dramatem.
Komentarze