Gdzie i kiedy?
środa, 18 marca 2026, 19:00
Za ile?
40/50 zł
Johannes Brahms nie był człowiekiem, który łatwo się wzruszał. Mówił mało, pił dużo kawy, dbał o reputację zgryźliwca. Kiedy miał czterdzieści lat, wyglądał jak sześćdziesięcioletni filozof z brodą, a na starość już tylko tę brodę wydłużał. Ale ten pozornie szorstki mieszczuch z Wiednia miał też drugą twarz – tę, którą najlepiej słychać właśnie w muzyce kameralnej.

Pod koniec życia Brahms był przekonany, że powiedział już wszystko. W 1890 roku ogłosił, że przechodzi na kompozytorską emeryturę. Znajomi potraktowali to z lekkim niedowierzaniem – miał dopiero 57 lat i nie wyglądał na człowieka, który potrafiłby siedzieć bezczynnie. I mieli rację, bo zaledwie rok później w jego życiu pojawił się Richard Mühlfeld – klarnecista z orkiestry w Meiningen. Brahms zakochał się… nie w człowieku (choć bardzo go cenił), ale w dźwiękach, które ten potrafił wydobyć z instrumentu.

Zachwycony brzmieniem klarnetu, skomponował dla Mühlfelda dwa arcydzieła: Trio a-moll op. 114Kwintet h-moll op. 115. Oba powstały niemal równocześnie, w 1891 roku – i oba są dowodem na to, że Brahmsowi do „ostatniego słowa” było jeszcze daleko.

Trio to intymna rozmowa: fortepian, klarnet i wiolonczela – każdy z własnym głosem, ale spleciony w delikatnym, niemal rówieśniczym dialogu. Kwintet to z kolei dzieło większego formatu – gęste, głębokie, pełne powrotów i oddechów. Niektórzy słyszeli w nim melancholię i zgodę na przemijanie. Inni – jeszcze jeden rozdział w muzycznym życiu, którego Brahms wcale nie chciał kończyć.