Pamięta początki polskiego kapitalizmu, narodziny prywatnego biznesu na Pomorzu Zachodnim i pierwsze rozmowy o inwestycjach, które dziś zmieniają region. O przedsiębiorczości, transformacji i przyszłości Szczecina rozmawiamy z Bogumiłem Rogowskim. Okazja jest niebanalna: właśnie przypada 25-lecie jego prezydentury w Business Club Szczecin.

Lubi Pan podsumowania?

Nie tak często jest na nie okazja. Ale rzeczywiście 25 lat to dobry moment, żeby sięgnąć pamięcią do początków.

To jakie były te początki?

Jestem trzecim prezydentem w historii Business Club Szczecin. Pierwszym był nieoceniony Franciszek Makarewicz, dyrektor Polskiej Żeglugi Morskiej. Potem przez krótki czas funkcję pełnił Zbigniew Stypa. Ja zostałem prezydentem w 2001 roku, ale członkiem klubu byłem już wcześniej przez kilka lat. Bardzo aktywnym człowiekiem w klubie był Janusz Kita, właściciel firmy lotniczej Aerogryf. Z Januszem znaliśmy się od młodości, często wpadaliśmy na siebie gdzieś w Szczecinie. I przy takich okazjach zawsze mówił: proszę mi tutaj wstąpić do klubu. 

Musiał długo namawiać? 

Nie opierałem się jakoś specjalnie, ale byłem wtedy rzeczywiście bardzo zaabsorbowany pracą zawodową. Ale przyszedł taki moment, że jak się spotkaliśmy, to wyraziłem swoją zgodę i jestem w klubie.

W tamtym czasie był Pan bardzo aktywnym człowiekiem biznesu.

Byłem dyrektorem i udziałowcem polskiego oddziału szwedzkiej firmy ESSVE. Tworzyłem ją w Polsce praktycznie od początku. To był czas bardzo intensywnej pracy. Główni klienci byli na południu Polski, więc ciągle byłem w podróży. Dlatego nie od razu rzuciłem się do działalności klubowej. Natomiast podobała mi się idea stworzenia środowiska przedsiębiorców, którzy mogą się spotykać, rozmawiać o gospodarce i mieć wpływ na to, co dzieje się wokół nich.

O tym jeszcze za chwilę porozmawiamy, ale najpierw proszę powiedzieć o początkach swojej kariery jako przedsiębiorcy. A nawet jeszcze wcześniej: kim Pan chciał być jako mały chłopiec? 

Ta przedsiębiorczość była ze mną niemal od początku. Nie pamiętam, żebym marzył o tym, żeby zostać policjantem czy żołnierzem. Za to pamiętam, że mając może dwanaście lat, razem ze starszym kolegą prowadziliśmy w piwnicy naszego domu warsztat naprawy rowerów. To już funkcjonowało prawie profesjonalnie. Oczywiście zarabialiśmy na tym swoje pierwsze pieniądze. W tamtych czasach wszyscy musieliśmy coś robić. W wakacje pracowałem. Pamiętam na przykład, że malowałem konstrukcję szklarni w Dąbiu. Potem pracowałem już na książeczkę mojego starszego brata w studenckiej spółdzielni BRATNIAK. Dzięki temu mogłem zarabiać naprawdę dobre pieniądze. Po dwóch miesiącach pracy kupiłem sobie motocykl SHL 175. Dla młodego chłopaka to było coś niezwykłego. Marzenie.

Co było dalej?

Po technikum samochodowym skończyłem studia na Wydziale Inżynieryjno-Ekonomicznym Transportu Politechniki Szczecińskiej. Pracowałem w Polmozbycie. To była wtedy naprawdę nowoczesna firma. Polska motoryzacja przechodziła imponujący rozwój, zaczęły się pojawiać inne samochody niż Syrenka czy Warszawa. Powstała koncepcja budowy stacji obsługi i rzeczywiście one w całej Polsce rosły jak na drożdżach. W 1968 roku pierwszy duży Fiat zjechał z linii montażowej, potem był mały Fiat, później Polonez, a poza tym zaczęto wprowadzać samochody Łada, Żiguli, Dacia, Skody i tak dalej. Ten rynek się wypełnił bardzo wieloma markami i trzeba było mnóstwo ludzi do pracy i ludzi w tym zakresie wykształconych, więc to było bardzo atrakcyjne i porywające zajęcie. 

Co dokładnie Pan robił?

Byłem kierownikiem stacji obsługi samochodów, ale też przez jakiś czas pracowałem jako pracownik na warsztacie, jako mechanik samochodowy. Ale taka zresztą była procedura w firmie, nawet ci, którzy kończyli studia, zaczynali od stanowisk takich, że bezpośrednio trzeba naprawiać samochody, dopiero potem już awansowali na brygadzistów, mistrzów i tak dalej.

To była ciężka praca?

Bardzo. Do dziś śpię po cztery, pięć godzin i myślę, że zostało mi to z tamtych czasów. Firma pracowała na trzy zmiany. Więc zawsze byłem na pierwszej zmianie i kawałek na drugiej, a wieczorem przyjeżdżałem jeszcze na zmianę trzecią. Mieliśmy kilka marek samochodów, ogromną blacharnię, lakiernię, sprzedaż aut, naprawy gwarancyjne. Patrzę dziś na dealerów samochodowych i myślę, że oni naprawdę mają zupełnie inną rzeczywistość.

Nie został Pan jednak w Polmozbycie. Szukał Pan czegoś swojego.

Pod koniec lat osiemdziesiątych założyłem firmę handlującą stalą. Wiedziałem, jak ogromne są potrzeby rzemieślników i małych firm. 

Firma odniosła sukces?

Tak, ale potrzebowałem większych wyzwań. I wtedy pojawiła się propozycja budowy polskiej spółki szwedzkiej firmy ESSVE. I oczywiście się zgodziłem. Wymyśliłem całą koncepcję firmy. To był bardzo trudny okres.

Jak wyglądało tworzenie biznesu w tamtym czasie?

Trzeba było zbudować wszystko od nowa. Utkwiła mi w pamięci sytuacja z 1992 roku - ona doskonale pokazuje tamte realia. Potrzebowałem czterech dozorców. Dałem ogłoszenie i przyszło 120 aplikacji. Wśród kandydatów było kilkunastu inżynierów budownictwa. Nagle ludzie, którzy mieli wykształcenie, doświadczenie zawodowe i dobrą pozycję społeczną, zostali bez pracy. Przecież w jednym momencie przestał funkcjonować rynek budowlany, nie było pieniędzy, nie inwestowano. Strasznie mnie to dotknęło. Nie zbagatelizowałem tego oczywiście, z każdą z tych osób rozmawiałem. Mówiłem inżynierom, żeby nie podejmowali takich desperackich kroków. To, co było, się skończyło, ale proszę popatrzeć na otoczenie. Myślę, że trzeba wszystko zbudować, zmodernizować, ulepszyć. Będziecie państwo w krótkim czasie bardzo potrzebni na rynku. Tak im wtedy mówiłem. Może przez sentyment, bo i mój brat i moja żona są inżynierami budownictwa, więc jakoś tak może szczególnie to odebrałem i zapamiętałem. 

Czyli można powiedzieć, że od zawsze miał Pan misję, aby - mówiąc nieco górnolotnie - zmieniać świat i mieć wpływ na otaczającą rzeczywistość. 

Coś w tym jest. 

Jak doszło do tego, że to Pan został prezydentem Business Club Szczecin?

To był trudny moment. Zmarł Janusz Kita. Klub znalazł się w kłopotach finansowych. Odbyło się posiedzenie kapituły. Zbigniew Stypa mówił wtedy, że nie widzi przyszłości, bo sytuacja finansowa wygląda bardzo źle. Dla mnie pieniądze są kwestią planu, organizacji i pomysłu. Na co usłyszałem: „to sam zostań prezydentem”. I tak się stało.

Jakie były pierwsze decyzje?

Zacząłem od ludzi. Miałem wielu znajomych związanych z biznesem skandynawskim. Spotkaliśmy się i zaproponowałem im wstąpienie do klubu.

Przyszli razem z firmami, z kontaktami, ale też z pieniędzmi potrzebnymi do stabilizacji działalności. Od tamtej pory finanse przestały być problemem.

Patrząc na 25-letnią historię klubu pod Pana prezydenturą, ale też wcześniejszą - jakie sprawy, tematy, wydarzenia uważa Pan za najważniejsze?

Było ich bardzo wiele. Dziś ogromną satysfakcję daje mi już w fazie realizacji Zachodnia Obwodnica Szczecina, bo przecież my rozmawialiśmy na spotkaniach o tym już w latach 90. Dla wielu osób brzmiało to wtedy jak fantastyka. Natomiast ludzie związani z portami, logistyką i gospodarką morską już wtedy wiedzieli, że bez takiej inwestycji region nie będzie się dynamicznie rozwijał . Dziś widzę, że te rozmowy nie poszły na marne. Pamiętam też, jak przedsiębiorcy pomogli gazoportowi…

Proszę opowiedzieć.

Pamiętam wiele spotkań dotyczących tej inwestycji. Można powiedzieć, że byliśmy przy jej narodzinach, ale później pojawiły się problemy. W Świnoujściu trwał spór. Jedne badania pokazywały poparcie mieszkańców, inne sprzeciw. Było ogromne zamieszanie. Wtedy zaproponowaliśmy spotkanie z przedsiębiorcami. Przyjechali przedstawiciele wszystkich instytucji zaangażowanych w inwestycję. Było ponad sto osób. Najpierw była prezentacja, a później przedsiębiorcy ustawili się w kolejkach do poszczególnych kierowników projektów, rozmawiali godzinami, wymieniali wizytówki, zobaczyli skalę przedsięwzięcia. Myślę, że to spotkanie bardzo pomogło w budowaniu lokalnego poparcia dla całej inwestycji.

Świnoujście dostało potem za to nagrodę gospodarczą przyznawaną przez Business Club Szczecin.

Te nagrody od początku były dla nas bardzo ważne. Byłem przekonany, że ktoś powinien doceniać przedsiębiorców i ludzi, którzy mają odwagę myśleć długofalowo. Jeśli mówimy o samorządach, to pierwszą nagrodę otrzymał burmistrz Goleniowa. Pamiętam, że jeżdżąc tamtędy, patrzyłem na puste pola i zastanawiałem się, co on właściwie planuje. A on budował strefę ekonomiczną. Wielu tego nie rozumiało, a już kilka lat później okazało się, że była to jedna z najlepszych decyzji rozwojowych w regionie. To pokazuje, że czasem trzeba mieć odwagę patrzeć dalej niż do końca bieżącej kadencji.

Wróćmy jeszcze do tych ważnych wydarzeń na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza…

To trzeba powiedzieć też o sprawach stoczni i Zachodniopomorskim Klastrze Morskim. 

Stocznia to jednak mało pozytywna historia. 

Kiedy upadała Stocznia Szczecińska to był bardzo ważny temat rozmów. Powstała inicjatywa, aby na gruzach tej upadłej stoczni powstała Stocznia Nowa. Andrzej Stachura, który był również członkiem naszego stowarzyszenia dużo pracy w to włożył, żeby to po prostu gdzieś tam posklejać, ale ta firma była w stanie upadłości i był straszny problem. Stocznia od strony formalnej już się porejestrowała, firmy kooperujące w zasadzie były gotowe do podjęcia produkcji, ale nie mogły tej produkcji podjąć, bo cały majątek trwały był w gestii syndyka masy upadłościowej. Nie mogli korzystać z suwnic, dźwigów, sztaplarek. Apelowaliśmy aby tę trudną od strony prawnej sytuację jakoś rozwiązać. Syndyk rzeczywiście znalazł jakieś prawne możliwości. Niestety firma wplątała się w niekorzystne kontrakty i ponownie znalazła się w upadłości. Po upadku stoczni pojawiały się pomysły, żeby tereny stoczniowe przeznaczyć na mieszkaniówkę, biurowce i handel. Pamiętam spotkanie, podczas którego przedstawiono taką koncepcję. Powiedziałem wtedy, że mieszkania czy sklepy można budować w wielu miejscach Szczecina, ale terenów przemysłowych związanych z gospodarką morską nie da się odtworzyć. Potem zaczęły się rozmowy z Andrzejem Podlasińskim…

O klastrze morskim?

Dokładnie tak. To był taki okres, że Unia Europejska wspierała politykę klastrową, zachęcała do tworzenia różnych branżowych klastrów. Powiedziałem: Andrzeju, stwórzcie klaster morski, bo to warto chyba zrobić. . A on mówi: słuchaj, ja już o tym myślałem. Pamiętam te pierwsze założycielskie spotkania w BCS, rozmowy i wspaniały projekt, który znakomicie funkcjonuje. Oczywiście jesteśmy cały czas w bardzo dobrych relacjach z Klastrem Morskim. Jestem dumny, że Zachodniopomorski Klaster Morski powstał. 

No właśnie: Biznes Szczecin Club nie jest jedynym stowarzyszeniem czy organizacją skupiającą przedsiębiorców. Czy pozostałe inicjatywy traktuje Pan jako konkurencję?

Ależ skąd! Różnorodność jest potrzebna. 

Jak bardzo zmienił się biznes przez ostatnie trzy dekady?

O, to rewolucja! Szczególnie pod względem technologicznym. Kiedy zakładałem firmę w 1992 roku, ogromnym osiągnięciem było posiadanie sieci komputerowej, centrali telefonicznej i faksu. Pamiętam, że mieliśmy faks, ale co z tego, skoro niewiele firm potrafiło jeszcze z niego korzystać. Mieliśmy w firmie sieć komputerową, wszystko było świetnie skomunikowane, ale kiedy wyjeżdżałem, nie zawsze miałem dostęp do telefonu. Pamiętam jak kupiłem wtedy jeden z pierwszych telefonów komórkowych - tę słynną cegłę Centertela. Dzisiaj młodzi ludzie nawet nie są w stanie wyobrazić sobie tamtej rzeczywistości. 

Czego w Pana opinii dziś potrzebuje Szczecin i szerzej: Pomorze Zachodnie?

To ja powiem jeszcze szerzej: jako cały kraj potrzebujemy rządu reformatorów, rozumiejącej oraz wspierającej opozycji.

Co dokładnie ma Pan na myśli?

Nie mówię o konkretnej partii politycznej. Mówię o ludziach, którzy będą potrafili spokojnie spojrzeć na wyzwania najbliższych dekad. Największym problemem jest depopulacja. Starzejemy się bardzo szybko. Mamy też ogromny problem z wodą: odnoszę wrażenie, że problem suszy jest ciągle bagatelizowany, a jeśli nie zrobimy czegoś już teraz, będziemy mieli bardzo poważne problemy. Należy sobie też zadać pytanie, czy obecny model administracji państwa nadal jest optymalny…

Chciałby Pan reformy administracji? Co dokładnie powinno być zmienione?

Wszystko zostało zaprojektowane w czasach, gdy nie było internetu, cyfryzacji i sztucznej inteligencji. Dzisiaj warto zastanowić się nad podziałem kompetencji między gminami, powiatami i województwami. Nie po to, żeby coś likwidować dla samego likwidowania, ale żeby państwo działało sprawniej, przy okazji uwalniając wielka ilość pracowników do przemysłu lub usług Proszę zobaczyć, Szczecin jest wielkim miastem, ale w zasięgu rzutu kamieniem ma osobne jednostki organizacyjne, osobne gminy. Jaki jest sens istnienia tego wszystkiego?

Teraz narazi się Pan wielu osobom. 

To są oczywiście trudne sprawy, ale wcześniej czy później będziemy musieli je podjąć. Oczywiście, że te gminy powinny być w jednej radzie metropolitalnej. Wszystko nas łączy: służba zdrowia, edukacja, komunikacja. I nagle się wydzielamy w jakiś sposób, każdy ma swoje urzędy, inne plany rozwojowe. To bez sensu zupełnie. 

Na koniec bardzo ważne pytanie. Jaka jest Pana rada dla młodych ludzi, którzy dziś chcą założyć własną firmę? 

Nie szukajcie ciepłej, spokojnej posady, myślcie o własnej wolności ekonomicznej. Nie zrażajcie się tym, że początki są trudne. Czasami coś nie wychodzi. Czasami nie wychodzi kilka razy. Ale trzeba założyć, że w końcu wyjdzie. Nie bójcie się działać razem z innymi. Szukajcie partnerów, wspólników, ludzi, którzy uzupełniają wasze kompetencje. Większość wielkich firm technologicznych zaczynała się od grupy znajomych, którzy mieli pomysł i odwagę go realizować. Warto próbować. Warto budować własny biznes. I warto wierzyć, że własne marzenia naprawdę mogą się spełnić.