Na stole w pracowni leżą kolorowe, pięknie połyskujące kamienie. To opale australijskie, które Bogusław Staszewski szczególnie sobie upodobał. Przy kamieniach kartka, na której rzemieślnik wprawną ręką rysuje ołówkiem kolejne projekty kolczyków. - Każdy kamień jest inny. Biorę i patrzę, co z niego zrobić: kolczyki, pierścionek czy zawieszkę. To kamień sam pokazuje, czym ma się stać – mówi. Tak powstaje biżuteria, która od pomysłu po wykonanie jest pracą rzemieślnika.
- Do Szczecina wróciłem po latach z sentymentu. To tu chciałem otworzyć biznes na koniec drogi drogi zawodowej - mówi o swoim punkcie przy Alei Wojska Polskiego pan Bogusław. To jednak ostatnie tygodnie działalności tego miejsca: złotnik wszystko wyprzedaje i odchodzi na emeryturę. Szczecinianie mogą zrobić tu zakupy do 14 sierpnia.
My usiedliśmy z panem Bogusławem w jego pracowni, aby porozmawiać nie tylko o biżuterii. Opowiedział nam m.in. o tym, jaki Szczecin pamięta z dzieciństwa, jak został złotnikiem oraz najzręczniejszym kierowcą, jak przeżył napad i o tym, że dawał się przekupić… gęsią.
Samouk z wyjątkowym talentem
Urodził się w 1945 roku na terenach obecnej Ukrainy i z mamą przyjechał w tym samym roku do Szczecina. Jego mama była krawcową, ale potem, już dorosły syn także nauczył ją robić biżuterię. - Robiła biżuterię do Cepelii - mówi.
Pytamy go o pierwsze wspomnienia ze Szczecina, jakie pamięta. - Wszystko było w gruzach. Latało się po tych gruzach, po bunkrach, zamek był zburzony, chodziliśmy z kolegami po tunelach - mówi.
Mieszkał z mamą przy ul. Kaszubskiej. W kolejnych szkołach nie zagrzewał długo miejsca. - Byłem rozrabiaką - nie kryje, ale też przypomina metody, jakie wówczas były stosowane. - Dziś to nie do pomyślenia… W szkole na Piastów nauczyciel nas bił po rękach bambusowym kijem. Miałem drugie miejsce jako największy rozrabiaka i na koniec roku dostałem tym kijem 30 razów. Oczywiście przy wszystkich uczniach - mówi.
Choć w szkole nie miał lekko, szybko odkrył pasję, która potem stała się jego sposobem na życie. - Istniał wówczas w Szczecinie zakład Spółdzielnia Pracy „Metalotechnika”. I tam pracowali także grawerzy. Ja po szkole przychodziłem i im pomagałem. Wiedzieli, że ja to lubię i że mam do tego dryg. No i tam się nauczyłem podstaw zawodu - mówi.
Potem wszystko potoczyło się już prostą ścieżką: poszedł do wojska, a po powrocie poszedł do jednego z rzemieślników do pracy, ale i do dalszej nauki. - Nie skończyłem żadnej szkoły jubilerskiej, uczyłem się u rzemieślników. Umiałem rysować, umiałem malować. To wszystko się łączy z zawodem grawera i złotnika - opowiada i dodaje: - Ja nie miałem wątpliwości, że to jest to, co chcę robić w życiu. Ta praca jest bardzo przyjemna. Jest ładna, oryginalna.
Pierścionki za gęsi i wyróżnienie od profesora Zina
Kiedy tylko pojawiła się taka możliwość, pan Bogusław poszedł na swoje i otworzył własny zakład złotniczy przy ul. Więckowskiego. To był 1976 rok. Talent młodego rzemieślnika szybko został zauważony.
- Brałem wtedy udział we wszystkich wystawach rzemiosła, gdzie pokazywałem swoje wyroby. Często mnie zapraszano, ponieważ robiłem biżuterię, jakiej nikt nie miał. Dostałem nawet od ówczesnego ministra kultury i sztuki dyplom - mówi. Chodzi o prof. Wiktora Zina. Starsi bez wątpienia pamiętają jego kultowy telewizyjny program „Piórkiem i węglem” (podsekretarzem stanu w Ministerstwie Kultury i Sztuki był w latach 1978-1981).
Początki własnej firmy wspomina z sentymentem. - Wtedy naprawdę zarabiało się w złotnictwie, bo tyle było pracy dobrej. Nie było w sklepach biżuterii, jak ktoś chciał pierścionek, zamawiał go u złotnika - mówi. Konkurencji praktycznie nie było: każdy złotnik w mieście miał pracy aż nadto.
Zwraca też uwagę na realia tamtych czasów: jako złotnik nie mógł mieć swojego złota, swoich kamieni, mógł pracować jedynie na tym, co ludzie przynieśli. - Ja oferowałem tylko swoją pracę, żadnego wkładu, tylko zarabiałem. Tej pracy było bardzo dużo. Jak przyjmowałem zamówienia raz na pół roku, to kolejka stała od mojego zakładu aż przez pół ulicy Śląskiej - wspomina. To oznacza, że jak ktoś zamawiał pierścionek, to po odbiór mógł się zgłosić za pół roku. A jak ktoś potrzebował szybciej? - Brałem łapówki - śmieje się złotnik. - Pamiętam, jak przyszła pani, tłumaczyła, że wyjeżdża, że musi mieć wcześniej ten pierścionek. Przyniosła gęś. To co miałem zrobić? Zgodziłem się. Proszę pamiętać, jakie to były czasy. Nie można było ot tak, pójść i kupić wszystkiego, tak jak teraz. To dotyczyło wszystkiego, a więc i biżuterii, i mięsa. Ona dostała swój pierścionek, a ja miałem gęsinę, ale pewnie i bez tego bym jej zrobił szybciej, bo jak ktoś poprosił sympatycznie, to się czasami zrobiło - mówi.
Najzręczniejszy kierowca Szczecina
Tworzenie biżuterii nie było jedyną pasją pana Bogusława. Regularnie brał wtedy udział w konkursach na najzręczniejszego kierowcę Szczecina. - Konkursy odbywały się co miesiąc i jak w danym roku byłeś najlepszy, to na koniec dostawałeś dyplom najzręczniejszego kierowcy Szczecina. Organizował to Automobil Klub Szczeciński. Były to próby zręcznościowe. Podjeżdżałeś na przykład w niedzielę na plac, ustawiali przeszkody i trzeba było przejechać w najkrótszym czasie. Każdy miał parę prób i tak wyłaniano zwycięzcę. Ja jako jedyny zdobyłem tytuł najzręczniejszego kierowcy Szczecina przez pięć lat z rzędu. Nikt takiego osiągnięcia po wojnie nie zrobił. To dla mnie było bardzo cenne, bo prawie każdy weekend gdzieś trzeba było wyjeżdżać, zrobić te próby zręczności, starać się przez cały rok i dopiero wygrać. A miałem już wtedy rodzinę, dzieci, więc tego czasu też nie było tak dużo - opowiada. Nie kryje, że nie tylko umiejętności pozwalały mu na tak świetne wyniki, ale i dobre auto. - Miałem Dacię na częściach francuskich. To był tak dobry samochód, że te wszystkie inne z nim wysiadały - mówi.
Jego zamiłowanie do aut było znane, bo Dacia nie była jego jedynym samochodem. Miał też m.in. Fiata oraz Mercedesa. - Do zakładu podjeżdżałem raz tym samochodem, raz tym, a kierownik Cechu mówi do mnie: „Wie pan co, niech pan mercedesem nie podjeżdża do pracy”. Ja mówię: „Dlaczego? To są moje samochody”. A on mi mówi, że dzwonią z góry, z kamienicy, że skąd pan ma te samochody - wspomina.
I od razu tłumaczy: - To był jeden z wielu powodów, że ja chciałem stąd wyjechać. Zarabiałem, pracowałem, a tu się ludzie pytali, skąd mam samochód - mówi.
Australijska przygoda: “papiery sobie wsadź, pokaż, co potrafisz”
Bogusław Staszewski razem z rodziną i dobytkiem, jaki udało się spakować wyjechał do Australii. Był to 1981 rok i wyjazd za granicę nie był prosty. - Chciałem wyjechać już wcześniej, tylko mi nie pozwolili. Mogłem jechać z żoną, ale bez dzieci. Dzieci musiały tu zostać. A wtedy, w 1981 roku był taki moment, że wszyscy dostali paszporty. Nie mogliśmy odpuścić tej okazji. Zostawiliśmy wszystko i nigdy nie myślałem, że jeszcze kiedykolwiek tu wrócę. Nie wiedziałem, co będzie. Wyjeżdżałem z myślą, że to może być już na zawsze - wspomina.
Pojechali samochodem - wspomnianym Mercedesem z przyczepą. Najpierw do Kopenhagi i dopiero stamtąd był lot do Australii. - Załadowałem wszystko, co miałem. Miałem też umówionego celnika, że nas przepuści. No i podjeżdżamy, a tam nie ma celnika, a jest celniczka. Wychodzi, ogląda rzeczy i mówi: „Jedzie pan na urlop i encyklopedię pan zabiera?”. Ja odpowiadam: „No wie pani, bo dzieci się pytają ciągle o różne rzeczy. To żebym wiedział, mógł odpowiedzieć na ich pytania”. Ale potem już było tylko gorzej - śmieje się. Celniczka wypatrzyła maszynę do walcowania złota, poupychane w schowkach w przyczepie kryształy i porcelanę schowaną pod kołdrami.
- Ona patrzy na to mówi: „No i co? Gdzie pan jedzie?”. Ja wtedy mówię: „Wie pani co? Tu miał czekać pani kolega na mnie. Miał mnie przepuścić. Ja mam dla niego prezenty”. Pokazałem jej torby z tymi rzeczami, a wtedy - przypomnę - niczego nie było. Ona pomyślała chwilę i mówi: „Dobrze, to niech pan za dwie minuty przyjdzie z tą torbą”. No i tak wjechaliśmy na prom. Takie przygody - mówi.
Starania o wyjazd do Australii trwały w Danii dwa miesiące. - Poszliśmy do ambasady australijskiej i tam przechodziliśmy wszystkie egzaminy, próby, wywiady z nami, dlaczego my jedziemy. I zdrowie trzeba było mieć, bo w Australii zwracali uwagę, że musi być każdy zdrowy - opowiada.
Koniec końców wylądowali w Sydney. Pan Bogusław miał plan, że na początek będzie tam zarabiać jako kierowca. Ale nie musiał. - Zobaczyłem w hotelu polską gazetę. Zacząłem poznawać ludzi. Polacy z polskiego klubu pomogli nam załatwić mieszkanie. Niedługo zobaczyłem ogłoszenie polskiego jubilera i poszedłem tam. Powiedziałem, że jestem z Polski i czy mogą dać mi robotę. Od razu załatwili mi pracę u jakiegoś Niemca, złotnika. Pojechałem tam z dyplomami: mistrz złotnictwa, mistrz grawerstwa, dyplom od ministra. A ten Niemiec do mnie: „Papiery sobie wsadź w d…, pokaż, co potrafisz”. To zrobiłem takie flakoniki do perfum, rzeźbione. W Polsce robiłem takie ze srebra, a dla niego zrobiłem ze złota. Spodobało mu się. W Szczecinie myślałem, że już umiem wszystko, a to tam dopiero zobaczyłem, jak złotnictwo jest rozwinięte. Przede wszystkim jeśli chodzi o technologię - mówi.
Szybko udało mu się kupić pierwszy sklep w Sydney. To był 1983 rok. I niemal od razu… stracił wszystko. - Miałem napad. Jak w filmach: z bronią, taką z uciętą lufą, napastnicy w kominiarkach. Wszystko mi zabrali. Myślałem, że to już mój koniec. Byłem wtedy sam w sklepie. Oni mnie obserwowali i czekali, aż wyjdzie moja żona i zostałem sam. Wszystko działo się szybko, nie miałem nawet jak włączyć przycisku alarmowego, bo od razu mi do głowy broń dostawili - mówi.
Bandyci związali pana Bogusława taśmą i zostawili. Jakimś cudem wstał i doskakał do będącego po sąsiedzku biura podróży. - Oni zaraz zadzwonili na policję. A tych ludzi nigdy nie złapali - mówi.
Udało mu się jednak stanąć na nogi dzięki pomocy życzliwych osób. - Ludzie, z którymi już przedtem przez ten rok handlowałem, dali mi towar, żebym mógł sprzedawać. Dostałem ten towar w komis i mogłem czekać na pieniądze z ubezpieczenia. 8 miesięcy czekałem, bardzo dokładnie sprawdzali, czy na przykład ja sam tego napadu nie sfingowałem - mówi. - Nie byłem na dobrej pozycji, bo przecież dopiero co przyjechałem z Polski. Ale okazało się, że nikt o mnie złego słowa nie powiedział. Przyszedł pan z ubezpieczenia i mówi: „Słuchaj, chciałem ci powiedzieć, że masz bardzo dobrą opinię”. A chodzili dosłownie wszędzie, gdzie kupowałem złoto, kamienie. Wszędzie dobrze o mnie mówili i miało to duże znaczenie. Dostałem odszkodowanie i mogłem zacząć wszystko na nowo w innym miejscu - wspomina.
“Amadeus” i “Powrót do Edenu”
- Wszystko tam mi wychodziło - mówi o życiu i pracy w Australii. Bardzo szybko zyskał renomę wśród klientów. W swojej pracy - można powiedzieć - łączył Polskę z Australią, bo robił biżuterię z opali australijskich oraz bursztynu. - Opale to jest najlepszy kamień australijski. Najładniejszy. Myślę, że ładniejszy od brylantów, bo ma kolory, ma wszystko. Współpracowałem z kopalniami opali. Mogłem sobie wszystko kupić i wszystko robić.
Kiedy miał sklep w centrum Sydney, kręcony był słynny w tamtym czasie serial „Powrót do Edenu”. - Grały tam bardzo ładne aktorki. I to u mnie kupowały biżuterię kostiumową i nosiły ją w serialu. Po rzeczy dla nich latałem specjalnie do Paryża - opowiada.
To nie jest jedyna “filmowa” historia w tej opowieści. Od ponad 30 lat działalność złotnika funkcjonuje pod nazwą Amadeus. Pan Bogusław wybrał ją po obejrzeniu słynnego filmu Miloša Formana opowiadającego o Wolfgangu Amadeuszu Mozarcie. – Wyszedł film „Amadeus” i wtedy wymyśliłem tę nazwę. Po prostu mi się spodobała – mówi.
Spotkania z Jolantą Kwaśniewską i sklepy w Warszawie
Australijska przygoda pana Bogusława nie sprawiła, że na zawsze pożegnał się z Polską. W 1987 roku otworzył pierwszy sklep w Warszawie.
- Przez trzydzieści lat miałem tam sklepy i prowadziłem biznes. Byłem wtedy cały czas między Polską a Australią - wspomina. Jednym z ostatnich miejsc, w których działał, był sklep przy ulicy Senatorskiej. Dziś prowadzi go jego dawna uczennica.
Przez lata pracy w stolicy poznał wiele osób ze świata kultury i show-biznesu. Wśród jego klientów i znajomych byli aktorzy, muzycy oraz artyści, m.in. Małgorzata Potocka czy Ryszard Rynkowski.
Opowiada też o spotkaniach z Jolantą Kwaśniewską. Poznali się zanim została pierwszą damą. Mało kto pamięta, że ona również zajmowała się kiedyś biżuterią.
Pani Prezydentowa Jolanta Kwaśniewska ogląda stanowisko p.Bogusława podczas wystawy na Torwarze w Warszawie, 2001
- To było w Poznaniu, na targach. Ona pracowała wtedy w firmie, która robiła biżuterię z takiej specjalnej modeliny. Ja wystawiałem złoto i srebro z australijskimi opalami. Mieliśmy stoiska obok siebie - opowiada.
Po latach spotkali się ponownie podczas wystawy na warszawskim Torwarze. Jolanta Kwaśniewska była już wówczas żoną prezydenta.
- Powiedziałem: „Nie wiem, pani prezydentowo, czy pani sobie mnie przypomina?”. A ona odpowiedziała: „Oczywiście, że pana pamiętam”. To było chyba dwadzieścia lat później – wspomina złotnik.
Z Australii do Szczecina. Miała powstać „perełeczka”
Po dziesięcioleciach prowadzenia biznesu w Warszawie i życia między Polską a Australią pan Bogusław postanowił wrócić do miejsca, w którym wszystko się zaczęło. - Sentyment - mówi o powodach stworzenia na nowo biznesu w Szczecinie. - Mam swoje lata i pomyślałem, że skoro to ma być mój ostatni biznes, to zrobię go w Szczecinie. Przy najładniejszej ulicy, blisko miejsca, z którego kiedyś wyjechałem – tłumaczy.
I tak trzy lata temu otworzył pracownię przy Alei Wojska Polskiego. Lokal od razu zwrócił jego uwagę. - Pomyślałem, że zrobię tutaj coś wyjątkowego, perełeczkę. Sklep z piękną biżuterią, ale nie taki, że złotnik siedzi za szybą i podaje wszystko przez małe okienko, ale taki, że pracownia jest widoczna, że klient może to wszystko podejrzeć - opowiada.
Zrobił gruntowny remont i zainwestował w urządzenie pracowni. Liczył, że miejsce przy jednej z najbardziej reprezentacyjnych szczecińskich ulic - Aleja Wojska Polskiego była już po remoncie - przyciągnie klientów poszukujących oryginalnej, jakościowej i wykonywanej ręcznie biżuterii.
Tak się jednak nie stało. - Myślałem, że będzie powodzenie. Włożyłem w to dużo pieniędzy, ale jest za mało ludzi. Myślę, że problemem jest ten odcinek ulicy. Tu po prostu nie ma ruchu odpowiedniego dla takiego biznesu. Podobna pracownia w Warszawie poradziłaby sobie dużo lepiej - ocenia, ale nie narzeka. - To nie porażka. To kolejne doświadczenie - mówi.
Lubi współczesny Szczecin. - Miasto zmieniło się totalnie, oczywiście na lepsze. Zieleń została tak samo piękna, jak była. Dobrze, że tego nie zniszczono. Powstały nowe sklepy, duże galerie, wszystko się zmieniło i ludzie tacy jak ja, mają trochę trudniej. Ale tak jest na całym świecie. Nie ma się na co obrażać - dodaje.
Wielka wyprzedaż biżuterii
Niedawno podjął decyzję, że czas na emeryturę, dlatego w pracowni przy Wojska Polskiego 16 trwają ostatnie tygodnie wyprzedaży całego asortymentu. Złoto i srebro, unikatową biżuterię z opalami i bursztynem, dużą kolekcję opali australijskich i innych kamieni jubilerskich - cały asortyment - można kupić 50 procent taniej. Na sprzedaż w dobrej cenie jest też całe wyposażenie pracowni.
- Zapraszam! Działamy tylko do 14 sierpnia - mówi pan Bogusław (sklep czynny jest poniedziałek - piątek: 10:00 -17:00 i w soboty: 10:00 - 14:00)
Po zamknięciu szczecińskiej pracowni pan Bogusław zamierza osiąść w Australii. Do Polski będzie wracał, ale już nie jako przedsiębiorca.
- Będę przyjeżdżał jako turysta. Oczywiście także do Szczecina - mówi. Na emeryturze chce wrócić do pasji, na którą przez lata brakowało mu czasu - malowania. - Całe życie próbowałem malować i bardzo chciałem to robić. Teraz będzie na to czas. I pewnie nie zrezygnuję całkowicie z projektowania biżuterii - zapewnia.
Komentarze