Przed nami pierwsza premiera nowego sezonu artystycznego w Teatrze Lalek Pleciuga. „Historia pierwszej zmarszczki” na podstawie autobiograficznego komiksu Wandy Hagedorn „Twarz, brzuch, głowa” to propozycja dla dorosłych widzów.
– Bardzo się cieszę, że opowiemy o kobietach. Oddajemy im głos. Grają same kobiety, realizatorki to też płeć piękna. Mówimy o ich radościach, smutkach, problemach. Z przymrużeniem oka, ale i na poważnie. Jest kilka wzruszających monologów – zachęca Tomasz Lewandowski, dyrektor teatru.
Dlaczego się zmieniamy? „Stereotypowe myślenie o kobietach jest cały czas bardzo aktualne”
Historia rozpoczyna się od zabiegu botoksu, który staje się pretekstem do niezwykłej podróży przez wspomnienia, wyobrażenia i kulturowe wzorce kobiecości. To poruszająca i uniwersalna opowieść o akceptacji siebie, prawie do własnego głosu oraz odwadze tworzenia własnej historii.
– Spektakl dotyka pewnych wzorców, które nosimy w sobie kulturowo. Autorka analizuje pewne instrukcje społeczne, skąd bierze się obsesja piękna i czy ten głos potrzeby zmiany jest jej głosem, czy jakimś obowiązującym aktualnie wzorcem – mówi reżyserka, Agata Nierzwicka. – Ta świadomość, czy podejmowane decyzje o zmianach są nasze, czy narzucone, jest istotna.
Na scenie zobaczymy Magdalenę Dudek, Martę Łągiewkę, Grażynę Nieciecką-Puchalik i Edytę Niewińską van der Moeren.
– W zasadzie każda z nas wciela się w Wandę, pokazując różne problemy, z którymi się boryka – mówią aktorki. – Przede wszystkim boryka się ze światem zewnętrznym, który narzuca nam bardzo wiele schematów. Mogłoby się wydawać, że żyjemy w czasach, gdy kobiety są wyzwolone, to jednak stereotypowe myślenie o kobietach jest cały czas bardzo aktualne.
– Podczas pracy nad spektaklem przyświecały mi takie słowa: kobietą się nie rodzi, a kobietą się staje – dodaj Niewińska van der Moeren.
Oczekiwania na przestrzeni lat
„Historia pierwszej zmarszczki” będzie spektaklem lalkowym, ale i muzycznym.
– Przy przekładzie z komiksu na scenę ta lalkowość bardzo pomogła, bo lalka pomaga nam na wychodzenie z formy i wracanie do opowieści – przyznaje reżyserka.
– Mimo że jest tu sporo muzyki, to wciąż jest to spektakl dramatyczny – dodaje Katarzyna Koseska, odpowiedzialna za warstwę muzyczną. Jak przyznaje, dużą inspiracją były lata 60., ale muzycznie dzieje się o wiele więcej. – Są chociażby piosenka na cztery głosy i nawiązanie do Filipinek i to nie bez powodu: autorka komiksu urodziła się w Szczecinie.
Choreograficznie także zahaczono o różne epoki.
– Dużo czerpiemy z Charlestona, więc to lata 20.–30., jest trochę kabaretu, trochę funku, kultury aerobiku, dochodzimy też do lat 90., więc jest bardziej teledyskowo – zdradza Monika Jarosińska, choreografka. – A wszystko to po to, żeby pokazać, że oczekiwania wobec kobiecego wyglądu były od lat, ale zmieniały się one w formie.
– Dla mnie najcenniejsze byłoby to, żeby ktoś po spektaklu poczuł lepiej, że nie jest osamotniony w podobnej sytuacji. I potraktowany serio. Bo nawet jeżeli mówimy o pewnych rzeczach z dystansem, to nie uciekamy od refleksji – podkreśla reżyserka. – I to przesłanie zarówno dla pań, jak i panów, bo myślę, że presja wyglądu dotyczy także mężczyzn.
Premiera spektaklu „Historia pierwszej zmarszczki” w czwartek, 10 września, o godz. 17:00. Kolejne pokazy 13, 18, 19, 25 i 26 września, ostatnie bilety są jeszcze dostępne.
Komentarze