Kiedy zabieram się za pisanie tego tekstu, Szczecin żyje VI edycją „Otwartych Pracowni”. Mieszkańcy relacjonują w mediach społecznościowych wizyty u artystów i udziały w warsztatach, a twórcy zapraszają do odwiedzin. Dla niektórych z nich to czas na porządne porządki (z przymrużeniem oka), choć główny cel jest zupełnie inny.
- To wydarzenie daje szansę artystom na pokazanie się szerszemu gronu. Natomiast mieszkańcy mogą zupełnie przypadkiem trafić na coś interesującego, co być może popchnie ich w stronę sztuki, wzbudzi konkretne emocje. Kontakt z twórcą jest bardzo ważny, a przy tym wydarzeniu nie mamy żadnych barier – ocenia dziennikarka Aneta Dolega.
„Otwarte Pracownie” są ostatnimi bohaterami cyklu „Wspólne Pracownie”.
Kiedy na Placu Orła Białego stanął długi na 20 metrów stół
- Jaram się tym ruchem na wielu płaszczyznach. Bo to dowód na to, jak mocny puls tętni tam, gdzie artyści rzeczywiście tworzą. Po drugie: Rafałowi Bajenie udało się stworzyć pewnego rodzaju wspólnotę, a to jest już osiągnięcie niezwykłe. Żyjemy w czasach, gdzie trudno o jakąkolwiek wspólnotę, a już w gronie artystów to w ogóle rzadkość - ocenia raper Adam „Łona” Zieliński.
Zacznijmy więc od początku. Jak doszło do pierwszej edycji?
- To czas, kiedy w Szczecinie były bardzo widoczne poróżnienia między środowiskami i grupami. Muszę przyznać, że złożenie programu wcale nie było łatwe, a powodem był brak powszechnej współpracy – wspomina Rafał Bajena, organizator i pomysłodawca „Otwartych Pracowni”.
Inauguracja miała miejsce w 2021 roku w siedzibie Związku Artystów Plastyków. Wybór był prosty – padło na najstarszą w mieście instytucję związaną z kulturą. Niedaleko, na Placu Orła Białego, stanął długi na 20 metrów stół, przy którym artyści mieli się spotkać i po prostu zacząć rozmawiać.
Pierwsza edycja - Weekend Otwartej Sztuki. Fot. Otwarte Pracownie
- To wszystko wydaje się proste, prawda? Wcale nie było, choć udało się zgromadzić kilkudziesięciu szczecińskich twórców, którzy zasiedli przy tym stole. Zaczęli ze sobą rozmawiać, a potem odwiedzać nawzajem i podglądać, kto co robi – opowiada.
Zaznacza przy tym, że nie można nikogo zmusić do współpracy, choć ta jest niezbędna.
- Jeśli nie spotykamy się, nie inspirujemy nawzajem, nie oglądamy dzieł innych ani sami nie podejmujemy żadnych działalności, to będziemy tkwić w tych swoich norkach i przyglądać się wszystkiemu z perspektywy wielkiego okopu. I na tym wszystko się skończy - mówi.
Jednocześnie dodaje, że wszyscy artyści biorący udział w „Otwartych Pracowniach” są ich współorganizatorami.
- Warto przy tym zwrócić uwagę na dużą otwartość pracowników wydziału kultury miasta Szczecin. Ich konsekwentne wsparcie oraz osobiste zaangażowanie rozwija to wydarzenie od samego początku - podkreśla Rafał Bajena.
„Idea, która daje poczucie bycia częścią szczecińskiej kultury”
Od samego początku częścią „Otwartych Pracowni” jest Stowarzyszenie Kamera. Krzysztof Kuźnicki i Anna Wiśniewska co roku zapraszają do siebie mieszkańców, prowadzą prelekcje i zarażają pasją do filmu. Co im daje udział w wydarzeniu?
- Kopa, że musimy tutaj posprzątać – śmieje się Krzysztof, gdy odwiedzam ich w kamienicznej siedzibie przy Alei Papieża Jana Pawła II. – A teraz na poważnie. Trzeba przyznać, że w Szczecinie brakuje miejsca lub inicjatywy, dzięki której możemy spotkać się wszyscy razem, choćby na chwilę. A „Otwarte Pracownie” dają nam to poczucie, że jesteśmy częścią dużej wspólnoty, w której nie ma miejsca na międzyludzkie antagonizmy. To ważne, ponieważ cały czas aktualna jest kanselacja z życia towarzyskiego. Pochowanie twórcze to bardzo bolesne doświadczenie.
Zaznacza przy tym, że nie ma żadnego obowiązku brania udziału w „Otwartych Pracowniach”.
– Jest hasło „zgłaszajcie się” i tyle. A, że to idea, która daje poczucie bycia częścią szczecińskiej kultury, to są chętni. Dobrze być w tym wszystkim i dobrze, że nie dotyczy to tylko kolegów Rafała, a wszystkich organizacji, które działają w mieście. Jest taką fugą wśród kafelków, która próbuje załatać dziury pomiędzy różnymi grupami i twórcami – ocenia Krzysztof Kuźnicki.
„Dziwię się, że ten program przeszedł i trafił na antenę”
W historii „Otwartych Pracowni” musimy jednak cofnąć się trochę dalej niż do pierwszej edycji. Podobno już w czasach licealnych Rafał Bajena dał się poznać jako działacz, społecznik, a przede wszystkim… „kierownik”.
- To bardzo ważne określenie w jego twórczości – uśmiecha się Aneta Dolega. Ich znajomość sięga dokładnie czasów szkoły średniej. – W szczecińskiej kulturze działo się wtedy dużo, choć nie było pieniędzy, Polska nie była jeszcze w Unii Europejskiej, więc nie było pisania wniosków o dotacje. Działo się, ponieważ ludziom chciało się wchodzić w różnego rodzaju komitywy. Pamiętam, że wiele inicjatyw powstało w wyniku skrzyknięcia się grupy zapaleńców. Często były to miejsca nielegalne, które działały krótko, ale wpływały na artystyczny Szczecin.
Pierwszą poważniejszą współpracą naszego bohatera była ta ze szczecińskim oddziałem Telewizji Publicznej.
– Pokazywaliśmy bardzo różne absurdy. Naprawdę. Dziwię się, że ten program przeszedł i trafił na antenę – śmieje się, choć dostrzegam zaczerwienienie na jego twarzy.
Potem zaczął działać w Piwnicy przy Krypcie. To tutaj poznał Adama Opatowicza, wówczas odpowiedzialnego za współtworzenie sceny kabaretowo-teatralnej na Zamku Książąt Pomorskich.
- To było nasze odjazdowe miejsce, niezwykle ważne. Łączyliśmy teatr z kabaretem literackim, były performanse, koncerty, imprezy artystyczno-plastyczne, recitale. Zapraszaliśmy kolegów z Krakowa i Warszawy. Miałem taką idée fixe, żeby aktywizować ludzi z różnych środowisk. Tak właśnie pojawił się w naszych programach kabaretowych Rafał Bajena - wspomina Adam Opatowicz.
„To był tak daleko posunięty surrealizm, że ludzie na widowni nie wiedzieli, co o tym sądzić”
Adam Opatowicz przypomina przy tym jeden z pierwszych żartów Rafała Bajeny, w którym wychodził na scenę razem z kolegą, a w rękach trzymali klatkę na ptaki owiniętą gazetą.
- To był tak daleko posunięty surrealizm, że ludzie na widowni nie wiedzieli, co o tym sądzić. Rafał z kolegą pokazywali, że mają tę klatkę, a kiedy odchylili gazetę, widzowie zobaczyli świeżo złowionego i wiszącego na sznurku śledzia. No i tu pojawił się tekst, że klatka jest przewiewna, dzięki czemu ryba czuje się lepiej, jest radosna i bawi się gumowymi zabawkami. Surrealizm daleko posunięty! Panowie podpowiadali widzom, jak znaleźć taką rybę. Otóż najlepiej śledzić artykuły w gazetach, w których są informacje o miejscach z zatrutymi rybami. Trzeba tam pójść i niemal grabiami zbierać te ryby.
Finał żartu był taki, że jednak nie zawsze uda się znaleźć rybę…
- Na przykład kiedy zakupi się paprykarz szczeciński, w którego składzie powinien być ryż, ryba i koncentrat pomidorowy, to po otwarciu puszki można się mocno zdziwić... Bo tam ryby nie ma. Te żarty Rafała Bajeny były bardzo dziwne, co u niego bardzo lubiłem. Takie to były te nasze wygłupy piwniczne - wspomina Adam Opatowicz.
„Zobaczyłem wtedy w tej wspólnocie coś bardzo urokliwego”
Pozwólmy sobie na mały przerywnik przy „Otwartych Pracowniach”, ale cały czas związany z tematem współpracy. I potwierdzający, że ta kiedyś miała się dobrze (choć z małymi wybojami, o czym za chwilę).
Historia wspomnianej już Piwnicy przy Krypcie zaczęła się w 1989 roku. Wszystkie zmiany, które pojawiły się w Polsce, dotykały również tego, co działo się w teatrach. Tydzień po słynnym 4 czerwca 1989 roku, Adam Opatowicz realizował koncert w „13 Muzach” pt. „Koniec sezonu”.
- To był oczywiście koniec sezonu w teatrach, ale też w tym tytule była pewnego rodzaju metafora zamknięcia tego całego komunistycznego, peerelowskiego okresu. To był koniec sezonu bardziej polityczny, społeczny, gospodarczy i tak dalej. Do udziału w koncercie zaprosiłem kolegów ze wszystkich instytucji kultury. Koncert był bardzo zabawny i poetycki. Przyszło na niego sporo ludzi. Zobaczyłem wtedy w tej wspólnocie coś bardzo urokliwego - wspomina Adam Opatowicz.
Kilka tygodni później spotkał Henryka Gęsikowskiego, który już wtedy był kierownikiem artystycznym Teatru Krypta.
- W trakcie rozmowy Heniu powiedział, że oglądał zakamarki przy Krypcie i że jest tam takie pomieszczenie dla pracowników technicznych Zamku. Mając wtedy w pamięci niedawny koncert w „13 Muzach", pomyśleliśmy o tym, by zrobić tam kabaret. Taki, jak choćby w „Piwnicy pod Baranami". No i poszliśmy zobaczyć tę piwnicę w zamku.
„Spadliśmy na twarz razem z kratą, ale na szczęście udało się ją całkowicie usunąć”
Piwnica była oczywiście zamurowana. Celem odspawania padła wielka krata.
- Pamiętam, że już wszystko tam uporządkowaliśmy, było pięć dni do premiery pierwszego programu kabaretowego, ale krata ciągle tam tkwiła. Przyjechał sympatyczny fachowiec z butlami z gazem i zaczął to wszystko odcinać. Niestety, w trakcie roboty zabrakło mu gazu. „Panowie, musicie dalej sami sobie poradzić" – stwierdził zatem. I poszedł, zostawiając nas z problemem. Tymczasem w ścianie tkwiły dwie wielkie kotwy. My w rozpaczy, bo już było tak blisko do usunięcia tej kraty. Nie wiedzieliśmy co zrobić. Położyliśmy się na kracie, ona zaczęła się gibać i huśtać, wreszcie pękła. Spadliśmy na twarz razem z nią, ale na szczęście udało się ją całkowicie usunąć – opowiada dyrektor Teatru Polskiego w Szczecinie.
Pierwszy program Piwnicy przy Krypcie nosił tytuł; „Wyprzedaż teatru". Do Szczecina przyjechał Janusz Józefowicz i po koleżeńsku zrobił choreografię, a w trakcie przedstawienia ustawiał także światła.
- Ten program graliśmy o godzinie 22 w sobotę, bo z racji, że występowali u nas aktorzy z różnych instytucji, to przyszli zagrać po spektaklach w swoich macierzystych teatrach. Tak się zaczęła Piwnica przy Krypcie – kończy Adam Opatowicz.
„Ile można wspominać Gałczyńskiego, który mieszkał w Szczecinie przez rok”
Wracamy do „Otwartych Pracowni”.
- Oczywiście nie da się w jednym wydarzeniu złapać wszystkich zjawisk artystycznych, to wręcz niemożliwe, ale dzięki „Pracowniom” mogę nadrobić sporo zaległości, szczególnie w obszarze sztuk plastycznych - dodaje Adam „Łona” Zieliński.
Zaznacza przy tym swoje zadowolenie z bycia świadkiem powstawania środowiska, które tworzy współczesną kulturę Szczecina.
- Nie warto bez końca trwać w przeszłości. Ileż można wspominać Gałczyńskiego, który mieszkał w Szczecinie przez rok? Dobrze spojrzeć na to, co dzieje się tu i teraz - mówi.
Kiedy poznali się z Rafałem Bajeną? Lata temu, choć podczas rozmowy Adam Zieliński z uśmiechem przyznaje, że najlepiej poznał go podczas prac przy filmie „Poniedziałek: Paprotka”. Wówczas Rafał Bajena pełnił rolę… konsultanta do spraw ruchu drogowego.
- Rafał podsunął nam szatański pomysł z pogranicza inżynierii ruchu drogowego i inżynierii dusz. O dziwo zadziałało - wyjaśnia. - Ten ruch „Otwartych Pracowni” jest trochę szalony i zgodny z jego genotypem. Mam zresztą już od dawna teorię, że to jest taki szczeciński Piotr Skrzynecki z „Piwnicy pod Baranami”.
- Mam zresztą już od dawna teorię, że to jest taki szczeciński Piotr Skrzynecki z „Piwnicy pod Baranami” - mówi Adam "Łona" Zieliński o Rafale Bajenie.
„Dyplom za godne 6 lat współpracy i najlepsze afterparty”
Aneta Dolega przyznaje, że nadal nie jest optymistką w temacie szczecińskich współprac, choć szuka pozytywów.
- „Otwarte Pracownie” są dobre z tego powodu, że wyciągają artystów na światło dzienne. Nie tylko młodych, ale przypominają również o tych zapomnianych. Tak było między innymi ze świętej pamięci Ryszardem Wilkiem. To bardzo ważne, ponieważ artystą jest się całe życie, tutaj nie ma limitu – komentuje.
Ryszard Wilk fotografowany przez Olgę Iwanow do pierwszego tomu "Artystów". Fot. Otwarte Pracownie
Wskazuje także na „wartość dodatnią”, którymi są… interakcje towarzyskie. Wspomina przy tym jedną z pierwszych edycji, kiedy trafiła do pracowni szczecińskiej malarki Marty Garbaczewskiej.
- Odwiedziłam ją pod wieczór, z pracowni wyszłam nad ranem, a w środku nadal toczyły się intensywne rozmowy. Pamiętam, że tego wieczoru poznałam naprawdę bardzo wielu ludzi. Z niektórymi kojarzyliśmy się z widzenia, ale nigdy nie było okazji, aby porozmawiać. „Otwarte Pracownie” dały nam ku temu sposobność i atmosferę – mówi.
Kiedy pytam Martę o wspomnianą imprezę, na jej twarzy pojawia się szeroki uśmiech.
- Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, ale w jesiennym okresie, kiedy trwają „Otwarte Pracownie”, zawsze nawiązuję nowe współprace. Mam przeczucie, że to właśnie dzięki nim ktoś się o mnie dowiedział – mówi. – Pamiętam jedno z zabawniejszych zleceń, które otrzymałam. Musiałam wykonać w linorycie, czyli klasycznej technice druku, 100 plakatów na Warszawski Festiwal Piwa. Jedna z dziewczyn, która przy nim pracowała, jest ze Szczecina.
Malarka i rysowniczka od samego początku bierze udział w wydarzeniu. Co więcej, podczas tegorocznej edycji otrzymała „dyplom za godne 6 lat współpracy i najlepsze afterparty”.
Wspomniany dyplom za godne 6 lat współpracy i najlepsze afterparty. Fot. Otwarte Pracownie
Dają coś, czego w Szczecinie cały czas brakuje
Wśród tych, którzy wręczyli wspomniany „dyplom za godne 6 lat współpracy” znalazł się duet Konik Studio, za którym stoją Paweł Kleszczewski i Kasia Zimnoch. Ich zdaniem „Otwarte Pracownie” są szalenie potrzebne Szczecinowi.
- Co więcej są także otwarte na szybką reakcję. Dały nam możliwość szybkiej realizacji kilku akcji, praktycznie od chwili pojawienia się pomysłu. To ważne, ponieważ w mieście cały czas brakuje takich możliwości, dla instytucji kultury byłoby to wręcz niemożliwe. Co więcej, dzięki tym wspólnotowym akcjom nawiązujemy również przyjaźnie. Jak na przykład z zespołem Fat Angels - ocenia malarz Paweł Kleszczewski.
Dzięki ich współpracy z „Otwartymi Pracowniami”, mieszkańcy mogli oglądać ich dwa relikwiarze stworzone z pamiątek po pracownikach Stoczni i Huty Szczecin (stanęły w historycznej świetlicy stoczniowej podczas „Republiki Wolności”) oraz ekspozycję pt. „Strzelby, które nie strzelają” w przestrzeniach Klubu Garnizonowego 12. Szczecińskiej Dywizji Zmechanizowanej.
- Obawiałem się, że ten pacyfistyczny i antywojenny przekaz może wzbudzić pewnego rodzaju niechęć w wojsku, ale było zupełnie inaczej – uśmiecha się Paweł.
Dodajmy do tego dwie międzynarodowe współprace (akcja „Ucieczka z ogrodu Ewy” w Schloss Bröllin oraz wystawa „Triangle” z pracami Marka Lawlora, Gábora Roskó oraz Rebecci O'Connor).
- To tylko kilka ostatnich miesięcy, ale tak właśnie współpracuje się z Rafałem. Chcemy coś zrobić, spotykamy się, rozmawiamy, działamy. Cały czas jesteśmy w kontakcie i cały czas knujemy – dodaje Kasia Zimnoch.
Jak zapowiadają, w planach mają już kolejne akcje wspólnotowe.
„To zdecydowanie był ktoś, kto chciał łączyć, a nie dzielić”
Redakcja wSzczecinie.pl każdego roku pełni patronat medialny nad „Otwartymi Pracowniami”. Choć trzeba zaznaczyć, że współpraca z Rafałem Bajeną sięga wielu lat wstecz.
- Poznałem go jakieś 20 lat temu, w momencie kiedy wSzczecinie.pl dopiero startowało. Wtedy byliśmy nikim, dopiero zaczynaliśmy budować bazę kontaktów, żeby zgodnie z ambicjami stać się głównym źródłem informacji dla Szczecinian - wspomina Wojciech Wirwicki, założyciel i właściciel redakcji.
Wówczas Wojtek miał 19 lat, ale wyglądał na jeszcze młodszego. Wspomina przy tym jak w wielu miejscach patrzyli na niego z delikatnym politowaniem.
- Rafał jednak od razu uwierzył w portal. Pamiętam, że to zdecydowanie był ktoś, kto chciał łączyć, a nie dzielić. Od razu zapoznał nas z artystami, z którymi współpracował. Poznaliśmy także odbiorców kultury, którzy przychodzili na jego wydarzenia. Weszliśmy w pierwsze patronaty medialne. Czuć było, że przyciąga do siebie ludzi, którzy chcą coś zrobić dobrego dla miasta. A przy tym są to bardzo „świeże” i kreatywne działania – wspomina Wojciech Wirwicki.
Którą współprace ocenia najlepiej? Od razu wskazuje na wyjazd do Pilzna w 2013 roku. Wówczas wSzczecinie.pl zostało zaproszone jako jedyna redakcja z miasta.
- Pokazaliśmy jak szczecińscy artyści prezentują się na rynku w mieście, któremu udało się zdobyć tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2015. Wówczas także szczecińscy radni mogli zobaczyć jak Pilzno rewitalizuje poprzemysłowe terminy. To miała być inspiracja dla Szczecinian. Rafałowi udało się zintegrować ludzi z różnych środowisk, a także zabrać osoby decyzyjne do innego europejskiego miasta i pokazać jak tutaj poradzono sobie z problemami, które ma także Szczecin.
A którą ze swoich współprac Rafał Bajena uważa za najważniejszą?
- To proces, który cały czas trwa. Każde działanie ciągnie za sobą kolejne. Nie można tego zamknąć i po prostu wskazać – kończy.
Komentarze