- Pamiętam, jak Krzysiek zabrał mnie kiedyś w podróż po mieście i pokazywał potencjalne miejsca na naszą siedzibę. Śmiał się i mówił „o zobacz jaka buda”, „albo ta ruina”, „popatrz na tę”. Tutaj była stara witryna piekarni z lat 70. Szyby były wybite, a w środku znaleźliśmy kałuże, szczury i wilgoć – opowiada Anna Wiśniewska podczas naszej rozmowy w przyjemnej, pełnej szczecińskich twórczości siedzibie „Kamery”.
Wraz z Krzysztofem Kuźnickim są najnowszymi bohaterami cyklu „Wspólne Pracownie”, który redakcja wSzczecinie.pl współrealizuje z projektem Pracownie.Szczecin.
- Ania i Krzysiek pracują organicznie, pod wpływem potrzeby sytuacji lub własnego artystycznego impulsu. Nigdy nie robią rzeczy „po nic”. Ich pierwotna, wewnętrzna pasja potrafi zarażać, a radość i zaangażowanie z jaką wpakowują się w każdy kolejny projekt potrafi nam przypomnieć, dlaczego w ogóle warto było zająć się w życiu sztuką, a nie tabelkami w Excelu – mówi Piotr Klimek, kompozytor, producent muzyczny, pedagog.
Dlatego korzysta z każdej nadarzającej się okazji, żeby pracować z naszymi bohaterami. – Aby naładować swoje artystyczne baterie i ponownie uwierzyć w sens rzeczy ulotnych – tłumaczy.
„Najważniejsza była fascynacja ruchem w obrazku”
Jak to się stało, że Szczecin może pochwalić się stowarzyszeniem, które organizuje festiwal znany na całym świecie? Musimy cofnąć się do młodzieńczych lat Krzysztofa Kuźnickiego, kiedy to w jego ręce trafił nie tylko radziecki aparat Smiena 8, ale i kamera z taśmą filmową 8 mm.
- Nagrywałem różne rzeczy, głównie związane z dziecięcym życiem. Czyli jak koledzy szabrowali czereśnie albo bili innego kolegę. Wychowałem się na Pogodnie i najbardziej lubiłem działki ogrodowe. Tam działo się całe nasze życie - opowiada.
Nagrane filmy mógł wywołać tylko w jednym miejscu. Wówczas zajmował się tym zakład Foto Jerzy. Z tego co słyszę od samego Krzysztofa, był przy tym bardzo namolny. Do tego stopnia, że fotografik nauczył go, jak samodzielnie wywoływać taśmę.
- Kamera zawsze była przyklejona do mojej ręki, ale nie miałem cierpliwości do kończenia filmów. Nie zależało mi na tym. Najważniejsza była fascynacja ruchem w obrazku - dodaje.
„Zaczęli się modlić. Pamiętam, że wśród nich była także moja mama”
Wspomniana fascynacja doprowadziła do wydarzenia, które Krzysztof nazywa „objawieniem”. Podczas jednej z coniedzielnych wizyt w Kościele Świętego Krzyża przy ulicy Wieniawskiego, zauważył pudełko z ogromną liczbą slajdów.
- Nie powiem, że to było eleganckie, ale bardzo mi się podobały, więc wziąłem kilka sztuk z pudełka. Każdy z wizerunkiem Matki Boskiej. Potem trzeba było coś z nimi zrobić. W domu miałem rzutnik do slajdów, więc zabrałem go i poszedłem z kolegą na bloki na Kaliny. Na jednej z elewacji wyświetliliśmy wielki obraz Matki Boskiej. To nie był multimedialny projektor, na którym wszystko było wyraźnie widać – opowiada.
Jak zareagowali mieszkańcy szczecińskiego Świerczewa?
- Zaczęli się modlić. Pamiętam, że wśród nich była także moja mama. Nigdy jej nie powiedziałem, jaka była prawda. Wtedy zobaczyłem, jak można manipulować ludźmi z pomocą obrazu. Uznałem, że to moja droga. Mogłem robić różne rzeczy, ale wtedy zobaczyłem jak wielką siłę ma obraz – mówi z wyraźną ekscytacją.
„Byliśmy grupą filmowych odlotowców”
Wizyty w Kinie Bałtyk nauczyły go prawdziwego filmu. Ale zanim zajmie się nim „na poważnie”, w okolicach Stoczni Szczecińskiej zakłada podziemny klub techno „Wirus”. To zarazem jego pierwsze kroki przy szczecińskich współpracach i czas, gdy poznaje Rafała Bajenę – wówczas założyciela klubu „Luxtorpeda” przy ulicy Firlika.
- Znajomość z Krzysztofem sięga lat 90., kiedy byliśmy młodymi ludźmi i szukaliśmy pomysłów na działania w mieście. Dzisiaj Stowarzyszenie „Kamera” to grupa twórcza, która z jednej strony współpracuje z wieloma instytucjami, ale z drugiej - cały czas buduje charakter tego miasta. Krzysztof i Ania od lat działają konsekwentnie, wbrew różnym oporom i przeciwnościom losu. Idą swoją własną, wytyczoną drogą i wzbogacają to miasto – komentuje.
Pomimo nowej działalności, Krzysztof cały czas chodził z kamerą przyklejoną do dłoni. I cały czas nie dbał o archiwizację swoich prac.
- Razem z Krzyśkiem Trzcińskim zrealizowaliśmy film „Rękojmia”, współpracowałem ze Stowarzyszeniem OperaHaus, Markiem Piętką. Byliśmy grupą filmowych odlotowców, którzy mieli kamery i predyspozycje na bycie fajnymi. Z czasem te wszystkie działania zaczęły gęstnieć jak zupa… - opowiada.
Pierwsze współprace przy projektach Monaru
Wtedy, kiedy Krzysztof Kuźnicki otworzył pierwszy klub techno, Anna Wiśniewska kształciła się w socjologii, a później podjęła pracę jako terapeuta uzależnień. Ich drogi splotły się w okolicach 2009 roku za sprawą projektu profilaktycznego dla Stowarzyszenia Monar, gdzie pracowała nasza bohaterka.
- Nakręciliśmy teledysk do piosenki Piotra Banacha „Po co Ci to”, potem zrobiliśmy spot o bezdomności i filmy o ośrodkach Monaru. Wtedy nie miałam nic wspólnego z filmem, choć w dzieciństwie chciałam zostać reżyserem. Uwielbiałam Bareję, nagrywałam wszystkie komedie na kasety, a potem odtwarzałam je po 100 razy. Oczywiście nigdy nie próbowałam zrealizować tego marzenia. Uważałam, że to nie dla mnie, nie uda się i to nierealne – opowiada druga połowa „Kamery”.
Z czasem jednak zaczęła pomagać przy monarowskich produkcjach. Kolejnym krokiem był kurs montażu w Warszawskiej Szkole Filmowej.
- Co ciekawe i trochę śmieszne, gdy tylko zaczęłam zajmować się filmem, powróciło do mnie licealne wspomnienie. Byliśmy wtedy na spotkaniu z zakonnicami i poznaliśmy historię założycielki tego zakonu, która porzuciła swoje dotychczasowe życie w wieku 40 lat. Nie mogłam tego pojąć, całe życie pracowała jako lekarka i nagle została zakonnicą. Bardzo mnie to uderzyło, myślałam, że to nierealne – opowiada.
„Kto kogo zaprosił do pierwszej współpracy, kto kogo odnalazł - nie odgrzebię w pamięci”
- Mam wrażenie, że moja współpraca z „Kamerą” zaczęła się gdzieś w XIX wieku. Z trudem potrafię sobie przypomnieć „ten pierwszy projekt” – przyznaje Piotr Klimek. - Czy była to symfonia filmowa "Susudata"? Czy jakiś wcześniejszy spektakl teatralny? Z Anią i Krzyśkiem mam poczucie związania "od zawsze" w jakiś naturalny, organiczny wręcz sposób. Kto kogo zaprosił do pierwszej współpracy, kto kogo odnalazł - nie odgrzebię w pamięci.
Pamięta jednak, że Anna Wiśniewska postanowiła nakręcić dokument o jego codzienności. W ten sposób na jakiś czas stał się obiektem zainteresowania jej obiektywu.
- To był wyjątkowo trudny maraton skrępowania. Nasza współpraca niemal zawsze polega na udźwiękawianiu i oprawie muzycznej na wpół skończonego materiału filmowego, który dostaje z montażu Krzyśka. Jak to bywa w dobie cyfrowej - więcej zdarza nam się spotkań komputerowo mailowych, niż tych przy herbacie i orzeszkach, jednak od samego początku towarzyszy nam zawsze to uczucie synchronizacji i porozumienia bez słów. Więc nasze spotkania w realu mają bardziej charakter towarzyski, niż wymuszony przez proces projektu.
„Wypywali kim jesteśmy i co od nich chcemy”
„Kamerę” oficjalnie założyli w 2011 roku. Głównym celem była realizacja i edukacja filmowa oraz organizacja wydarzeń kulturalnych.
- Od razu na starcie zaproponowaliśmy warsztaty filmowe, a Krzysiek wyszedł z pomysłem, aby zaprosić seniorów do współpracy. Od 15 lat, w każdy czwartek po południu spotykamy się z grupą 60+ w ramach „Kameralnej Akademii Filmowej” – opowiada Anna Wiśniewska.
- Chcieliśmy po prostu stworzyć grupę, z którą cały czas będzie się coś działo, a członkowie będą mieć chęci do działania. Przecież to idealny opis seniorów. Napisaliśmy do Uniwersytetu Trzeciego Wieku, a na spotkanie przyszły cztery osoby. Były bardzo podejrzliwe, badały nas, wypytywały kim jesteśmy i co od nich chcemy - śmieje się Krzysztof.
„Niektórzy robią filmy specjalnie na nasz festiwal”
Oprócz czwartkowych spotkań, współpraca z „młodymi twórcami po 60-tce” poskutkowała czymś, co dziś jest sztandarowym działaniem „Kamery”. Mowa o Festiwalu Senior Movie.
- Nasi seniorzy nie mieli miejsca, w którym mogliby pokazywać swoje filmy. Bezskutecznie szukaliśmy różnych konkursów, festiwali, aż w końcu zdecydowaliśmy. Senior Movie powstało tak naprawdę po to, aby nasi seniorzy mogli konkurować. Zrobiliśmy trochę jak w „Ziemi Obiecanej” – opowiada Krzysztof.
W promocji pomogła platforma FilmFreeway, która służy twórcom i scenarzystom do zgłaszania swoich dzieł na festiwale oraz konkursy.
- Okazało się, że „młodzi twórcy po 60-tce” są na całym świecie. Przez te 9 lat zgłosili się do nas twórcy z całego świata. Niektórzy robią filmy specjalnie na nasz festiwal. Co piękne, są z nami nie tylko duchem, ale i często przyjeżdżają do Szczecina. Mowa o seniorach z Japonii, Australii, Hiszpanii, Ameryki Południowej - wymienia Kuźnicki.
Czy wśród zgłoszeń są takie, które zapadły im szczególnie w pamięć?
- Są takie filmy, które nie weszły do konkursu. Na przykład włoscy seniorzy każdego roku przysyłają nam kino erotyczne, naprawdę bardzo ładne i artystyczne. Niestety, ich filmy nie są zgodne z regulaminem – śmieje się Krzysztof.
Kameralna Akademia Filmowa. Fot. Facebook Stowarzyszenia Kamera
W głowach mają już pomysły na przyszłoroczną, 10. edycję festiwalu Senior Movie. Poprzeczka jest wysoko zawieszona, bowiem tegoroczna obfitowała w projekcje filmowe, dyskusje, warsztaty, plenery twórcze.
„Zabrakło miejsca dla gości, co świadczy o tym, że tworzą bardzo wartościowe wydarzenie”
I choć seniorzy byli pierwsi, to od dawna nie są jedyną grupą, z którą współpracuje Stowarzyszenie Kamera. Na koncie mają m.in. wieloletnią znajomość i działanie z Krakowskim Festiwalem Filmowym. A gdyby nie ich współpraca z Laurą Hołowacz, mogliby nie mieć siedziby, w której dzisiaj siedzimy i rozmawiamy.
- Ania i Krzysiek to filmowcy, pasjonaci i przyjaciele, z którymi rozmawia się niezwykle interesująco. Pojawili się w momencie, kiedy Magda Kisielewska powiedziała mi, że przy ulicy Jagiellońskiej znalazł się punkt spotkań partnerów kultury w mieście i że są tam bardzo ciekawi ludzie, których powinnam poznać. Umówiliśmy się na spotkanie i tak zaczęła się nasza współpraca – wspomina Laura Hołowacz.
To czas, gdy rewitalizowała historyczną zabudowę starej rzeźni na Łasztowni, która dziś działa pod szyldem „Centrum Kultury Euroregionu Stara Rzeźnia”.
- Nazwa „Centrum Kultury Euroregionu” powstała w wyniku rozmów z Anią i Krzysiem. Miałam przyjemność uczestniczyć w powstawaniu ich projektów. Razem z mężem poszliśmy na otwarcie tegorocznej edycji Senior Movie w Willi Lentza. Zabrakło miejsca dla gości, co świadczy o tym, że tworzą bardzo wartościowe wydarzenie – dodaje Ambasadorka Szczecina.
Fot. archiwum Stowarzyszenia Kamera
„Teraz tutaj jest luksus”
Parterowy lokal przy Alei Jana Pawła II 17 otrzymali w zamian za wykonanie remontu. Prace nie polegały jednak na skuciu tynków, odmalowaniu ścian czy wymianie podłogi. Filmowy duet musiał… przywrócić fragment ściany nośnej, która została wyburzona przez poprzedniego właściciela.
- Teraz tutaj jest luksus. A wcześniej - stara, dziurawa witryna, wszędzie tynk, na dole trzeba było zrywać stare kafelki i obudowania. Wszędzie kałuże, szczury i wilgoć. Nie było toalety, wody, prądu. Nic tutaj nie było. Pamiętam jak wspomniany Rafał Bajena przyszedł pewnego razy i powiedział „zapomnijcie o dole, zostańcie tylko na górze”. Był przerażony tym dołem – śmieje się Anna.
Remont przyszłej siedziby. Fot. Facebook Stowarzyszenia Kamera
Dzisiaj siedziba „Kamery” przypomina kameralną galerię sztuki. Ściany zdobią obrazy Jerzego Kukurowskiego, Artura Gąsiora, Pawła Kleszczewskiego, Magdy Myszkiewicz. Widzę również fotografię Krystyny Łyczywek, którą twórcy otrzymali od samej fotografki.
Na dole, który miał być do zapomnienia, jest kuchnia z szufladami zrobionymi z magnetowidów, projektor, siedzisko z PKP podarowane przez Piotra „Lumpa” Pauka, które służy jako rekwizyt do spektaklu „Świadek” i ogromna przestrzeń wykorzystywana przez „Podziemną Scenę Teatralną” - efekt współpracy z aktorami Michałem Przybyszewskim i Arkadiuszem Buszko.
Próba generalna do spektaklu "Świadek". Fot. archiwum Stowarzyszenia Kamera
„Podziemność i nielegalność dodały nam wiatru w skrzydłach”
- Jeżeli chodzi o kulturę w Szczecinie, to jesteśmy najlepsi w undergroundzie. Mamy najlepszych graffciarzy. To u nas powstały drum&bassy, scena techno czy scena hip-hopowa. Teatr podziemny wydawał mi się takim smaczkiem – mówi Krzysztof.
Pierwszy spektakl powstał na kanwie historii z książki „Kat miłości” Irvina Yaloma.
- To historia kobiety w depresji, którą Arek Buszko zgodził się wyreżyserować, a Michał Przybyszewski zagrał. Premiera była tuż przed jesiennym lockdownem. Ale Krzysiek uznał, że trzeba grać pomimo tego. Dosłownie byliśmy podziemnym teatrem – opowiada Anna.
- Ludzie przestali chodzić do knajp, a u nas były spotkania po spektaklach, dyskusje, w efekcie powstało wiele fajnych inicjatyw, przyjaźni twórczych. Podziemność i nielegalność dodały nam wiatru w skrzydłach – dodaje druga połowa „Kamery”.
Nad czym teraz pracuje filmowy duet? Na pewno nad filmem o Ohrimie Siergieju, który od 15 lat mieszka w Polsce i cały czas poszukuje swojego domu. Znajomemu pomagają w filmie o Kolumbijczykach. A i jeszcze kończą film współfinansowany z Funduszu Pomerania.
- „W dzień jest za jasno, w nocy za ciemno”. Temat dotyka alkoholizmu, cały czas jesteśmy w trakcie montażu – przedstawia Krzysztof. – Nie jestem w stanie powiedzieć, ile tych projektów mamy. Boję się otworzyć tę puszkę.
- I już myślimy o 10. Festiwalu Senior Movie. Jeśli się uda, chcemy go zrobić z jeszcze większym rozmachem – dodaje Anna.
Zapraszają do odwiedzin w ramach "Otwartych Pracowni"
A dla tych, którzy są ciekawi siedziby Stowarzyszenia "Kamery", Krzysztof i Ania otworzą drzwi już 17 października w godzinach 16-19. Wszystko z okazji VI edycji Otwartych Pracowni.
- Pokażemy, jak powstają nasze filmy i spróbujemy obudzić w naszych gościach odwagę do opowiedzenia własnej historii w formie filmu dokumentalnego - zapowiada Krzysztof Kuźnicki.
Komentarze