– To są takie sukcesy, które z zewnątrz mogą wydawać się małe. Ale jak się zna tę społeczność, to one mają ogromną wagę – mówi.
Przez dwie godziny świetlica Domu Pomocy Społecznej przy ulicy Broniewskiego w Szczecinie wyglądała trochę jak galeria. Obrazy i rysunki na sztalugach, oprawione prace, poezja, fotografie, nagrania. Wśród nich twórczość Joanny Pytel, Artura Banaszka, Wandy Brungalskiej i nieżyjącego już Józefa Lisa. A między pracami tłum ludzi z zewnątrz, którego organizatorzy sami się nie spodziewali.
Mieszkańcy i osoby, które z nimi pracują, najczęściej mówią o tym miejscu po prostu: Dom. I tak będę nazywać je dalej.
Wydarzenie odbyło się w ramach szóstej edycji Otwartych Pracowni. Z założenia szczecińscy twórcy otwierają wtedy miejsca swojej pracy i zapraszają mieszkańców miasta do środka. Tym razem jedne z drzwi prowadziły w miejsce, do którego przypadkowo raczej się nie zagląda. I właśnie tutaj zaczyna się historia jeszcze ciekawsza niż sama wystawa. Bo co właściwie sprawia, że miejsce zaczynamy nazywać pracownią, a człowieka znajdującego się w środku artystą?
„Dla mnie to od początku byli artyści”
Katarzyna Górewicz jest artystką, ilustratorką i arteterapeutką. Studiowała ilustrację w Hamburgu, pracowała w Domu przy Broniewskiego jako terapeutka, dziś wraca tam jako wolontariuszka. Pomysł włączenia placówki do Otwartych Pracowni był jej. Rok wcześniej podczas warsztatów mieszkańcy stworzyli wspólne prace, które zostały wystawione w Obiekcie Kreatywnym Rafała Bajeny.
– Pomyślałam wtedy, a co by było, gdybyśmy zrobili odwrotnie? Żeby tym razem otworzyć Broniewskiego. Ta przestrzeń dla jej mieszkańców jest doskonale znana, a dla ludzi z zewnątrz zupełnie obca. Niecodziennie odwiedza się takie placówki. Widzę też w swojej pracy, że istnieje obawa, nieuświadomiona bariera przed przekroczeniem tego progu – mówi Górewicz.
Kiedy zaczęła pracować z mieszkańcami, nie potrzebowała wiele czasu, żeby niektórych z nich przestać postrzegać wyłącznie jako uczestników terapii.
– Ja tam weszłam jako osoba, która wprawdzie jest arteterapeutą, ale również wykształconym artystą. Zobaczyłam te prace i dla mnie to też od początku byli artyści.
No bo gdzie jest ta granica? Co nam właściwie pozwala nazwać kogoś artystą? Może rzeczywiście przywykliśmy do pewnego zestawu rekwizytów. Akademie sztuki, dyplomy, pracownie, galerie i wernisaże z kieliszkiem wina. I wtedy słowo „artysta” przychodzi łatwo. A gdy człowiek rysuje przy stole w pracowni terapii zajęciowej w DPS-ie, nagle potrzebujemy dodatkowego określenia.
– Myślę, że ktoś, kto konsekwentnie poświęca się sztuce, działa i tworzy cały czas, jest artystą. Przy Otwartych Pracowniach przecież też spotykamy ludzi, którzy nie mają wykształcenia artystycznego. Byliśmy ostatnio w pracowni pana, który był marynarzem, a od lat 80. rzeźbi. Ma całe mnóstwo swoich prac. Dlaczego jego mielibyśmy nie nazwać artystą? – zastanawia się Kasia.
Joanna Pytel stworzyła własny świat ilustracyjny. Artur Banaszek rysuje obrazujące codzienność komiksy. Wanda Brungalska pisze wiersze. Józef Lis malował. Nie „jak na mieszkańców DPS-u”. Po prostu.
Art Brut. Etykieta, która miała zdejmować etykiety?
W materiałach zapowiadających wystawę pojawiło się pojęcie Art Brut, czyli sztuki surowej. Twórczości powstającej poza akademickim obiegiem, niezależnej od artystycznych mód, szkół i reguł. Historycznie termin obejmował również prace osób tworzących w instytucjach psychiatrycznych.
Tyle że kilka dni po wystawie na stronie DPS-u pojawiło się inne zdanie: „twórczość nie potrzebuje żadnej diagnozy ani etykiety, żeby być ważna”. No właśnie. Bez etykiet, ale jednak Art Brut?
Musiałam zapytać o ten paradoks.
– Dopiero kiedy zaczęłam działać w przestrzeni środowisk terapeutycznych, głębiej zainteresowałam się pojęciem Art Brut bardziej. I dla mnie to było prawdziwe odkrycie: okej, dla tego rodzaju sztuki też istnieje miejsce – tłumaczy Górewicz. – Bo to, co robi Asia, to jest dobra ilustracja. To, co robi Artur, to są naprawdę ciekawe komiksy. On ma dobry pomysł. I ja to mówię jako artysta, a nie na zasadzie: dobrze, jako terapeuta pochwalę, że ktoś coś zrobił. Nie. To jest naprawdę dobre. Z Art Brut pracuję zresztą od czasów studiów w Hamburgu, a w Domu przy Broniewskiego ten nurt rozwijany jest także przez zespół terapeutyczny.
A co by się stało, gdyby prace mieszkańców Domu powiesić w zwykłej galerii i nie napisać, kto je stworzył? Czy oglądalibyśmy je tak samo?
– No właśnie! – reaguje Kasia. – Bo jeżeli jesteś na normalnej wystawie, to jesteś zdolna do krytyki. A tutaj może się pojawić wypowiedź: „no ładnie”, „fajnie, że coś robią”.
Pobłażliwość jest bardzo miękką formą dystansu. A być może prawdziwe uznanie człowieka za artystę zaczyna się dopiero wtedy, kiedy dajemy sobie prawo nie tylko się nim zachwycić, ale również powiedzieć, że coś do nas nie trafia. Ten rysunek jest mocny. Ten jest słabszy. Ten chcę mieć na ścianie.
Kobieta, która zaczęła czytać
Pracownia w Domu nie jest oczywiście akademią sztuki. Twórczość funkcjonuje tutaj również jako jedna z form terapii, aktywizacji, budowania relacji i wyciągania człowieka z monotonii.
Katarzyna wspomina jedną z mieszkanek, która od dawna nie mówiła. Nie chodziła, większość czasu spędzała na wózku inwalidzkim. Górewicz próbowała znaleźć coś, co mogłoby ją zainteresować. Okazało się, że lubi proste prace ręczne, rysowanie i przeglądanie książek.
– Siedzimy któregoś dnia z jedną z terapeutek i nagle słyszymy głos. Ona zaczęła czytać na głos! Po tylu latach usłyszałam, że mówi. To był przełom. I wtedy widzisz, że gdzieś są efekty wspólnego działania – wspomina.
Inne rzeczy potrafi uruchomić teatr. Podczas jednych z zajęć mieszkańcy dostali pacynki nakładane na rękę.
– Zauważyłam, że wykorzystując pacynki mieszkańcy zaczynali mówić trochę inaczej. Jakby coś się rozluźniało. Mogli więcej powiedzieć poprzez pacynkę. Nie jako „ja”, tylko właśnie jako jakaś postać.
„Coś mi się udało”
Mieszkańcy Domu nie tworzą jednolitej grupy. Są w różnym wieku, w różnym stanie i bardzo różnie funkcjonują. U części choroba mocno ogranicza codzienną samodzielność, inni radzą sobie znacznie lepiej. Jeden z mieszkańców, Artur, codziennie wychodzi z Domu do pracy. Są osoby, dla których pobyt tutaj stał się właściwie stałym sposobem życia, i takie, przy których pojawia się perspektywa większego usamodzielnienia.
Nie wszyscy uczestniczą też w pracowniach. Nie każdy chce, nie każdy danego dnia może. Stan zdrowia, leki, zmęczenie... Dlatego Kasia wielokrotnie wraca do motywowania.
– Trudno jest czasem wyjść z tego marazmu. A kiedy coś zrobisz, nawet małego, odzyskujesz na chwilę siebie, bo coś mi się udało, odniosłem jakiś sukces. Gdyby nie te działania, każdy dzień mógłby wyglądać tak samo. A dzięki nim człowiek w DPS-ie jest trochę z tej powtarzalności wyciągany.
W Domu działają również grupy muzyczne, powstają przedstawienia teatralne, mieszkańcy wychodzą na wydarzenia, organizowane są wycieczki. Kasia z dużym uznaniem mówi o niezwykłym zespole terapeutów i o pomysłach, które wydają się niemożliwe. Jak choćby kajaki z osobą poruszającą się na wózku. Da się.
Tylko za każdym takim „da się” stoi masa mniej widowiskowej pracy: namawiania, przygotowywania, szukania tego jednego sposobu, który u konkretnej osoby zadziała.
Najpierw oni wyszli do miasta. Potem miasto przyszło do nich
Przez lata prace i twórczość mieszkańców Domu pojawiały się na zewnątrz. Były wystawy, przedstawienia, projekty. Tym razem odwrócono kierunek. Miasto miało przyjść na Broniewskiego.
Kasia przyznaje, że sama nie była pewna, czy uda się otworzyć Dom na tak dużą liczbę zupełnie obcych osób.
– Kierownik terapii, pan Michał i pani dyrektor są bardzo otwarci na tego rodzaju działania. Zresztą jest tam fantastyczny zespół terapeutyczny, gotowy poszukiwać metod poza schematem – podkreśla Górewicz.
Drzwi zostały więc otwarte. Na dwie godziny.
– Dużo osób przyszło. Naprawdę dużo. I to nie tylko rodziny czy znajomi. Było mnóstwo zupełnie nowych twarzy.
Dwie godziny nie były przypadkowe. Nieznane twarze, rozmowy, ruch, tłum – dla części mieszkańców taki nadmiar bodźców po pewnym czasie mógłby być zwyczajnie męczący. Dlatego otwarcie miało swoje granice.
Co ciekawe, sam Dom Kasia opisuje jako miejsce trochę wyrwane z rytmu współczesnego przebodźcowania. Nie dlatego, że nie ma tam internetu. Jest. Mieszkańcy mają telefony, odbywają się zajęcia komputerowe, są telewizory.
– Dla mnie to trochę taki stary świat. Wiesz, jak kiedyś. Jest telewizja, ktoś ogląda serial, ale nie ma tego ciągłego siedzenia w ekranie. Jest np. tablica ogłoszeń, robi się gazetki. I to jest wszystko ważne. Któregoś dnia nie została zrobiona gazetka przy okazji jakiegoś ze świąt, pani Róża zaraz zauważyła: Ale nie było gazetki!
Jestem sobą, a nie chorobą
Podczas wystawy jedno z pomieszczeń zasłonięto. Na ścianach pojawiły się fotografie mieszkańców. Można było usiąść i posłuchać z nagrań ich głosów. Projekt nosił tytuł „Jestem sobą, a nie chorobą”.
Mieszkańcy opowiadali o sobie, o diagnozie, o tym, jak choroba zmieniła ich życie. Kim byli wcześniej i kim są dzisiaj.
– Była tam na przykład opowieść kobiety, która robiła doktorat. Studiowała, miała plany. I nagle coś się wydarzyło. Choroba przyszła w takim momencie życia, że później nie była już w stanie samodzielnie funkcjonować. I wtedy człowiek sobie uświadamia, że przecież to mogłoby spotkać mnie. Albo kogoś z moich bliskich – mówi Kasia.
Dom zamieszkują bardzo różni ludzie. Choroba nie wymazuje wcześniejszych biografii ani tego, kim ktoś był przed jej pojawieniem się. Nie oznacza też, że wszyscy mieszkańcy funkcjonują podobnie.
– Ludzie wychodzili z tego pomieszczenia naprawdę poruszeni. Bo nagle sobie uświadamiasz, że to mogło przydarzyć się komuś, kto normalnie studiował, pracował, miał plany. To nie jest tak, że “oni” istnieją gdzieś po drugiej stronie.
Przywrócić ustawienia fabryczne
Wystawa miała otworzyć Dom na Szczecin, dać mieszkańcom kontakt z ludźmi z zewnątrz, przerwać trochę codzienną powtarzalność. Ale skoro oni coś z tego spotkania dostali, pytam Kasię, co dostajemy my, kiedy zdecydujemy się wejść do ich świata?
Przez chwilę szuka słów.
– Chyba uczą jeszcze raz spojrzeć na to, co mamy. Takie obcowanie z osobami zmagającymi się z chorobą psychiczną przywraca nam trochę ustawienia fabryczne. Że kurczę... może jednak może być dobrze w naszym życiu. Może jeszcze raz warto się zastanowić, czy naprawdę tak wiele jest w nim złego.
Przyznam, że to określenie we mnie zostało: ustawienia fabryczne. Nie wdzięczność na zawołanie. Nie „inni mają gorzej, więc nie narzekaj”. To byłoby zbyt proste i trochę nieuczciwe. To raczej drobne przesunięcie perspektywy.
Autor: Anna Brüske-Szypowska
Komentarze