„OSTGEBIETE / ZIEMIE ZACHODNIE” NIE JEST EKSPOZYCJĄ HISTORYCZNĄ! Jej bohaterem nie są polityczne dzieje Europy, lecz ludzie bezwolnie w nie uwikłani. Twórcom ekspozycji udało się stworzyć nowy wzór polsko-niemieckiego mierzenia się z wydarzeniami sprzed 80 lat bez rywalizacji o winy czy skalę cierpienia. Koncepcję i kierownictwo projektu sprawują Barbara Kurowska oraz Arvid Peschel, zaś kuratorką artystyczną jest Karolina Gembara.
Wykorzystane w tekście wypowiedzi autorów pochodzą ze znakomicie opracowanych materiałów prasowych towarzyszących projektowi. Kilka kolejnych cytatów to zapis telewizyjnych wywiadów dla polskiej redakcji Deutsche Welle. W tym miejscu specjalne podziękowania dla dziennikarki DW Magdaleny Gwóźdź-Pallokat za pomoc w powstaniu tego tekstu.
W dalszej części tekstu nazwa Stiftung Flucht, Vertreibung, Versöhnung zostanie zastąpiona oficjalnym skrótem, jakim posługuje się instytucja: SFVV
CENTRUM KONTROWERSJI
Zanim opowieść o samej wystawie, warto zrozumieć kontekst miejsca, w którym jest pokazywana. Powstanie SFVV przed laty budziło w Polsce wiele emocji i obaw przed jednostronnym przedstawieniem historii. Tu wystarczy wspomnieć kontrowersyjną niemiecką polityczkę Erikę Steinbach, wieloletnią szefową Związku Wypędzonych (Bund der Vertriebenen). To ona była inicjatorką procesu, który doprowadził do powstania Centrum, jednak ostateczna instytucja jest efektem politycznego i naukowego kompromisu, znacząco odchodzącego od jej pierwotnej wizji. Przygotowywana przez wiele lat stała ekspozycja SFVV nie jest poświęcona wyłącznie niemieckim wypędzonym. To poruszająca opowieść o przymusowych migracjach XX wieku – od ludobójstwa Ormian, przez Holokaust i deportacje stalinowskie, po współczesne kryzysy uchodźcze. Dopiero w tym niezwykle szerokim i rzetelnie udokumentowanym kontekście przedstawiono losy Niemców wysiedlanych po II wojnie światowej. Twórcy narracji stawiają pytania uniwersalne: czym jest utrata ojczyzny, jak rodzi się pamięć i czy po doświadczeniu przemocy możliwe jest pojednanie.
ARCHEOLOGIA FOTOGRAFII
Choć autorami wystawy są artyści młodszego pokolenia – dzisiejsi czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie – otwiera ją osobliwy fotomontaż Jerzego Lewczyńskiego, którego twórczość tworzy kanon historii polskiej fotografii. W kontekście tej ekspozycji można określić go nie tylko nestorem sztuki zatrzymywania rzeczywistości w kadrze, ale także prekursorem artystycznej refleksji nad obrazami, opowieściami i pamięcią Ziem Zachodnich.
W latach 90. XX wieku Lewczyński sformułował autorską koncepcję „archeologii fotografii”, nad którą pracował niemal przez całe życie: „Archeologią fotografii nazywam działania, których celem jest odkrywanie, badanie i komentowanie zdarzeń, faktów, sytuacji dziejących się dawniej w tzw. przeszłości fotograficznej. Dzięki fotografii ciągłość wizualnego kontaktu z przeszłością stwarza możliwości poszerzania oddziaływania dawnych warstw kulturotwórczych na dzisiejsze”.
W pracy „Nasze powiększenie – Nysa 1945” (wypożyczonej z Muzeum Sztuki w Łodzi) Lewczyński na nowo odczytał zdjęcie wykonane przez jednego ze swoich znajomych, na której widać pociąg wręcz „obwieszony” przesiedleńcami. Spośród anonimowego tłumu powojennej migracji wyłowił pojedynczych bohaterów. Przybliżył ich twarze, pozwolił spojrzeć na nich z bliska. Sprawił, że „sprawa przesiedleń” przestała być polityczna, a stała się… osobista.
Projekt Lewczyńskiego pozwala pełniej zrozumieć intencje twórców wystawy, trudno też o jej lepsze otwarcie.
– Dla wielu Niemców byłe Ostgebiete – ziemie wschodnie położone za Odrą i Nysą – wiążą się z doświadczeniem ucieczki i wysiedlenia, z utratą ojczyzny oraz ze wspomnieniami, które do dziś żyją w rodzinach. Te doświadczenia nadal kształtują pamięć zbiorową. Z polskiej perspektywy Ziemie Zachodnie opowiadają inną historię: historię przybycia do obcego miejsca od 1945 roku, budowania życia od nowa po wojnie i okupacji oraz stopniowego oswajania regionów, których krajobraz i architektura wciąż nosiły ślady niemieckiej przeszłości. Również tutaj pamięć jest wielowarstwowa i głęboko osobista – mówi Barbara Kurowska z SFVV.
Jej wypowiedź, stanowiącą wprowadzenie do ekspozycji kończy celna puenta:
– Te odmienne perspektywy nie istnieją jedynie obok siebie – są ze sobą splecione.
PROPAGANDA UCIECZKI
Kolejny artysta, Thomas Meyer (rocznik 1969) także tworzy kreatywny dialog z przeszłością. Portretuje współczesnych mieszkańców Lubowa, niewielkiej dolnośląskiej wsi w gminie Jemielno, nawiązując do twórczości mieszkającego tu przed wojną słynnego niemieckiego fotografa Hannsa Tschiry. Jego archiwalnych zdjęć nie zobaczymy na wystawie, ale wystarczy odrobina wiedzy o ich autorze, by zrozumieć pomysł Meyera. Tschira był odnoszącym sukcesy fotografem prasowym, który od początku lat 40. XX wieku prowadził agencję współpracującą z aparatem propagandowym III Rzeszy. Jego fotografie miały budować pozytywny obraz ówczesnych Niemiec. Nie interesowały go wojenne kadry, lecz prozaiczna codzienność. Pod koniec wojny, ze względów bezpieczeństwa, przeniósł swój warsztat do ówczesnego Lübchen, skąd niedługo później sam musiał uciekać.
I właśnie na tym polega paradoks jego twórczości. Zdjęcia powstałe w czasie wojny stały się później niezwykle cennym dokumentem historycznym, traktowanym jako autentyczny zapis losów uchodźców. Przywołanie Tschiry przez Meyera niesie jeszcze jedną wartość. Pokazuje, że autor fotografii również jest częścią historii, a nie tylko jej pozornie bezstronnym świadkiem.
Po osiemdziesięciu latach Thomas Meyer ponownie fotografuje mieszkańców nadodrzańskiej wsi i szybko dostrzega podobieństwa między własnymi zdjęciami a tymi wykonanymi przez Tschirę.
– Wieś Lubów sprawia wrażenie cichej i odizolowanej. Nie ma tu szkoły ani sklepu, a życie toczy się głównie wewnątrz domów. Mimo to zostaliśmy przyjęci z dużą otwartością i gościnnością, wyruszając na fotograficzne poszukiwanie śladów przeszłości. To właśnie w takim miejscu jak Lubów szczególnie wyraźnie można odczuć, jak wielkie znaczenie do dziś mogą mieć dla ludzi doświadczenia ucieczki i wysiedlenia – opisuje swoją podróż do Polski Meyer.
I choć zmieniło się niemal wszystko, pozostał ten sam krajobraz, te same domostwa, niezmienny układ dróg oraz te same role i funkcje mieszkańców. To dwie wersje jednego miejsca – wieś i jej sobowtór z innego czasu.
PONIEMIECKIE TŁO
Fotoeseje Katarzyny Mirczak koncentrują się na interpretacji przemian społecznych i budowaniu dialogu wokół najważniejszych współczesnych problemów. Artystka (rocznik 1980) urodziła się w Wałbrzychu, dlatego temat Ziem Zachodnich jest jej szczególnie bliski.
– W swojej praktyce artystycznej interesuję się momentami przejścia – sytuacjami, w których krajobraz, ciało lub przedmiot zmienia status i tożsamość pod wpływem politycznych decyzji, przemocy historii, przesiedleń czy ideologicznych projekcji. Interesuje mnie moment, w którym przestrzeń zostaje symbolicznie przejęta, „wynarodowiona” lub podporządkowana nowej narracji, a pamięć i wyobraźnia zaczynają funkcjonować zgodnie z aktualnym zapotrzebowaniem historycznym – opowiada o metodach swojej pracy Katarzyna Mirczak.
W Berlinie pokazuje cykl zatytułowany „Tło”. To właśnie określenie uczyniła kluczem opowieści o polskim stosunku do trudnego niemieckiego dziedzictwa. Do „poniemieckiego”. Pokazywana w Berlinie praca zestawia współczesne fotografie autorki ze zdjęciami z niemieckich archiwów sprzed 1945 roku. Mirczak interesują rzeczy i miejsca, których nazwy, znaczenie i funkcje zmieniały się wraz z historią. Artefakty pozostawione przez wysiedlonych Niemców stały się częścią polskiego krajobrazu, jednak z powodu „złej” historii zostały pozbawione swojego pierwotnego kontekstu i sprowadzone do roli tytułowego tła.
Refleksja Katarzyny Mirczak prowadzi do intrygującej redefinicji wielu znaczeń, z którymi mieszkańcy Ziem Zachodnich obcują każdego dnia. Czy woda w jeziorze, w którym kąpią się dziś mieszkańcy, jest tą samą wodą?
PIĘKNE SPOTKANIE
Karolina Gembara (ur. 1981), jednocześnie kuratorka artystyczna całego projektu „Ostgebiete / Ziemie Zachodnie”, wpisała w koncepcje wystawy fragment swojego wieloletniego projektu poświęconego przymusowym migracjom w Europie Środkowo-Wschodniej po II wojnie światowej. Jej seria koncentruje się wokół pojęcia tytułowego „zimowego umysłu” (Mind of Winter).
– To stan wykorzenienia związany z doświadczeniem przymusowej migracji, zaczerpnięty z poezji Wallace'a Stevensa. To wewnętrzne doświadczenie, które nie pozwala naprawdę się zadomowić i stopniowo wypiera poczucie bliskości oraz bezpieczeństwa – mówiła Karolina Gembara Magdalenie Gwóźdź-Pallokat z Polskiej Redakcji Deutsche Welle.
Jej projekt pokazuje złożoność procesu migracji. Rodzina artystki przybyła na Ziemie Zachodnie z Galicji, za którą starsze pokolenie przez lata tęskniło. Inspiracją dla projektu – a być może także całej berlińskiej wystawy – stało się jednak niezwykłe znalezisko w rodzinnym albumie. To fotografia przedstawiająca pradziadków Gembary, ich dzieci i wnuki, pozujących przed domem razem z niemiecką rodziną – potomkami właścicieli budynku, w którym po 1945 roku zamieszkała jej rodzina.
Wszyscy się uśmiechają. Nie ma konfliktu, wzajemnych oskarżeń ani polityki. Jest... spotkanie.
Gembara opowiedziała również redaktorce Deutsche Welle o jednym z najbardziej zaskakujących eksponatów prezentowanych na wystawie:
– Album z napisem na okładce „Wspomnienia” (Erinnerungen) i oderwaną swastyką, w którym zdjęcia niemieckiej rodziny z czasem zastąpiły fotografie polskich krewnych, czekał na swoje odkrycie wiele lat. Leżał w szafie i nikt o nim nie wiedział. Moja babcia wyrwała swastykę, ale zachowała stare zdjęcia, a potem puste miejsca zaczęła uzupełniać fotografiami naszej rodziny. W ten sposób wplotła nasze osobiste wspomnienia w cudzą rodzinną historię.
Czy gest jej babci był wyrazem szacunku wobec poprzednich właścicieli albumu, czy jedynie „funkcjonalnym” przypadkiem jego wtórnego wykorzystania? Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. I może właśnie dlatego ten niepozorny album jest jednym z najmocniejszych obiektów całej wystawy.
– Czasem moja praca jest niemal detektywistyczna. Głównie dlatego, że pokolenie, które pamięta, odchodzi. Tak naprawdę nie mam już nikogo, kogo mogłabym o pewne rzeczy spytać. Wielu rzeczy mogę się tylko domyślać – przyznaje w wywiadzie dla Deutsche Welle Gembara.
GOSPODA KU NADZIEI
Jeszcze inną drogę opowiedzenia historii dawnego niemieckiego Wschodu wybrał Heinrich Völkel (rocznik 1974). Jego przodkowie prowadzili w dawnym Goldberg, czyli dzisiejszej Złotoryi, gospodę „Ku Nadziei” (Zur Hoffnung). W 2026 roku fotograf zdecydował się odwiedzić rodzinne miasto ojca, które ten jako dziecko musiał po wojnie opuścić.
Po gospodzie nie pozostał już żaden ślad. Nie zniechęciło to jednak Völkela do stworzenia fotograficznego zapisu własnych obrazów i wrażeń z miasta.
– Nie jest to próba odnajdywania śladów przeszłości, lecz raczej przekładania miejsc, sytuacji i chwil na obrazy, które wchodzą ze sobą w dialog. To fragmenty wspomnień, doświadczeń i emocji istniejących obok siebie – opowiada o swoim projekcie Heinrich Völkel.
Choć artysta nie szuka materialnych śladów historii, tworzy dokument współczesnej Złotoryi, który przeplata zaledwie kilkoma przedwojennymi kadrami z portretami członków swojej rodziny.
RICHTUNG OST
„Nie mam nic ze Lwowa” – tak Natalia Poniatowska (rocznik 1993) zatytułowała swój cykl fotografii, którego bohaterką uczyniła swoją babcię, po wojnie przymusowo przesiedloną z Ukrainy na Dolny Śląsk.
– Temat przesiedleń jest w mojej krwi. Od małego wiedziałam, że moja rodzina nie należy w pełni do Śląska – nie znamy gwary, a zamiast rolady z kluskami najczęściej była zupa pomidorowa z dużą ilością śmietany. Na półkach i w opowieściach babci stale pojawiał się Lwów – wspomina autorka.
Poniatowska wyłamuje się nieco z dominującej narracji wystawy, skupionej na polsko-niemieckim doświadczeniu. Artystka pokazuje fotografie nie z Ziem Zachodnich, lecz z jedynej wizyty swojej babci w rodzinnym mieście. Oczywiście zestawia je z kilkoma archiwalnymi zdjęciami z rodzinnego albumu. Ten późny powrót do Lwowa kieruje uwagę widzów berlińskiej wystawy także na współczesny dramat Ukraińców uciekających przed wojną. Na fotografiach widać choćby zabytki osłonięte workami z piaskiem – niemal symboliczny znak dzisiejszej wojennej rzeczywistości.
Natalia Poniatowska wraz ze swoją babcią sprawiają, że opowieść o wykorzenieniu i tęsknocie za ojczyzną staje się historią boleśnie aktualną.
UCIEKAĆ ALBO NIE UCIEKAĆ – OTO JEST PYTANIE
O aktualność, a zarazem uniwersalność tego doświadczenia upomina się także Linn Schröder (rocznik 1977), która wraz ze swoimi córkami podążała śladami ucieczki swojej teściowej.
Kobieta, krótko przed śmiercią, wstrząśnięta przybyciem do Niemiec uchodźców w 2015 roku, spisała wspomnienia z powojennego okresu. Ta osobliwa podróż i jej fotograficzny zapis – z aktywnym udziałem przedstawicielek najmłodszego pokolenia – dobitnie pokazują, jak trauma może przenosić się między pokoleniami i pozostawać żywa przez dziesięciolecia.
– Ta praca fotograficzna jest podróżą w przeszłość, która wciąż odciska ślad na naszej teraźniejszości. Wojna, przemoc i ucieczka pozostawiają traumy przenoszone z pokolenia na pokolenie. Trudno zrozumieć, że nasza cywilizacja nadal wierzy w wojnę jako sposób rozwiązywania konfliktów, choć pozostawia ona po sobie jedynie stratę, ból i konieczność nauczenia się życia z jej konsekwencjami – mówi Linn Schröder.
Już sam tytuł jej projektu – „Nie znowu babcia, mamo” (Nicht schon wieder Oma, Mama) – znakomicie oddaje ambiwalentny charakter tej ekspedycji. Może i kontrowersyjnej, może ryzykownej, ale – obawiam się – bardzo potrzebnej.
A bohaterowie Filipa Piotrowicza (rocznik 1996), zgodnie z tytułem jego projektu „A nam się zostało” (We Just Stayed), nie uciekali. To opowieść o niemieckiej rodzinie, która po wojnie postanowiła pozostać tam, gdzie mieszkała od pokoleń – na ukochanych Mazurach.
– Dorastałem na Mazurach i miałem wrażenie, że jest coś wyjątkowego w tych terenach. Nie do końca wiedziałem, o co chodzi, ale czułem, że chciałbym jakoś o tym miejscu opowiedzieć – wspomina artysta.
Piotrowicz znakomicie dopełnia narrację berlińskiej ekspozycji. Obok opowieści o utracie domu pojawia się równie ważna, choć znacznie rzadziej opowiadana historia ludzi, którzy nie przekroczyli żadnej granicy. To granica przekroczyła ich…
RZEKA ŁĄCZY
Ina Schoenenburg (rocznik 1979) od ponad dekady dokumentuje fotograficznie polsko-niemieckie pogranicze wzdłuż Odry. Oprócz charakterystycznych miejsc obserwuje także codzienność młodych mieszkańców regionu. Wraz z nimi zastanawia się, jak w przyszłości będziemy pamiętać o trudnej wspólnej historii. Okazuje się, że najlepszą odpowiedzią jest... codzienność.
– Najbardziej interesowały mnie momenty wspólnej wymiany – chwile, w których granice tracą znaczenie, a rodzi się wzajemne zrozumienie – tak skomentowała swój projekt Schoenenburg.
Zamiast mądrych esejów i propagandowych albo martyrologicznych lekcji wystarczy rozmowa. Poznanie się. Otwartość. A w konsekwencji akceptacja różnic i wolność pozostawania przy odmiennych poglądach. Proste?
NIEMIECKIE KLUSKI ŚLĄSKIE
Dziadkowie oraz rodzice Annette Hauschild (rocznik 1969) pochodzą z Opolszczyzny, z której wyjechali do RFN stosunkowo późno – dopiero w połowie lat 60. XX wieku. Być może właśnie dlatego świeża pamięć rodzinna skłoniła artystkę do ponownego przyjrzenia się własnemu śląskiemu dziedzictwu.
– Nie chodziło mi o opowiedzenie historii utraty ojczyzny czy wysiedlenia, ponieważ sama nigdy nie odczułam tej straty. Chciałam raczej pokazać warstwy, które kształtują tożsamość: wspomnienia, tradycje i rzeczy zachowane przez naszą rodzinę. Szczególnie po życiowych przełomach potrzeba zachowywania staje się ważna. Dostrzegam w tym także związek ze współczesnymi historiami migracji – opisuje Hauschild.
Swój fotograficzny cykl nazwała „Sentymentalnymi (domowymi) rzeźbami” (Sentimental Sculptures of Home). Pokazuje konserwy przygotowywane według rodzinnych receptur, talerz rosołu i – oczywiście – kluski śląskie. Na wietrze suszą się koronkowe serwety, połyskuje stara porcelana. Fotografie uzupełniają schematyczne rysunki domu, wykonane prawdopodobnie przez dziadków. Ot, okruchy pamięci.
Całość puentuje fotografia pośladków córek artystki, które wytatuowały sobie pieszczotliwe śląskie określenie używane przez babcię. To opowieść o sile rodzinnych więzi, dziedzictwie, pamięci oraz tożsamości.
POMNIKI NIEZNANEGO ŻOŁNIERZA
Ostatnim z artystów, który prezentuje swoje fotografie na berlińskiej wystawie jest Wojtek Sienkiewicz (rocznik 1979) i jego „Badanie pomników” (Denkmalforschung).
W rodzinnych Jaczkowicach (Jätzdorf) na Dolnym Śląsku od dzieciństwa widział cokół pomnika, który raz w roku ktoś oczyszczał z trawy. W szkole nikt nie potrafił wyjaśnić mu ani historii brakującej części monumentu, ani znaczenia często używanego słowa „poniemieckie”.
– To dla mnie sprawa osobista wynikająca z dorastania w miejscu, gdzie termin „poniemieckie” był w szkole tematem tabu. Zauważyłem, że historie łączące mnie z przestrzenią, w której mieszkam, są albo zmyślone, albo przemilczane. To zrodziło potrzebę zbadania związku ludzi z otoczeniem na przykładzie obiektów, które praktycznie bezkosztowo, oddolnie i masowo mogły zostać zachowane, zmienione lub usunięte – opowiada Sienkiewicz.
Od tego doświadczenia rozpoczął własne badanie pomników poświęconych niemieckim żołnierzom poległym podczas I wojny światowej, znajdujących się na terenach dzisiejszej Polski. W samych okolicach Wrocławia sfotografował już ponad 160 takich obiektów. Artysta nie tylko je dokumentował, ale także systematycznie porządkował i dbał o ich zachowanie. Próbuje zamienić pamięć o polityce i historii w pamięć o ludziach.
Trudno wyobrazić sobie lepsze zwieńczenie wystawy poświęconej trudnej polsko-niemieckiej historii i jeszcze trudniejszym „Ostgebiete / Ziemiom Zachodnim”. Zresztą taki właśnie charakter ma cała berlińska ekspozycja. Nie ma tu miejsca na polityczną awanturę, tożsamościową niezgodę ani populistyczne kontrowersje.
PAMIĘĆ POKOLEŃ
Obejrzenie fotografii zaproszonych do projektu przez Karolinę Gembarę twórców i właściwe odczytanie ich intencji powinno być wręcz obowiązkowe dla każdego mieszkańca Ziem Zachodnich i Ostgebiete. Niezależnie od tego, po której stronie granicy dziś mieszka.
– Na tej wystawie mówimy przede wszystkim o reprezentantach drugiego i trzeciego pokolenia. Nie chodzi o samych ludzi, którzy przeżyli przesiedlenia, ale o to, co zostało przekazane dalej. To właśnie trzecie pokolenie po raz pierwszy świadomie – po obu stronach granicy – sięga do rodzinnych wspomnień i krytycznie przygląda się temu, jak mówiło się o nich w domu. Niektórzy włączają w ten proces już własne dzieci. Ten projekt zadaje więc pytanie o to, jak kolejne pokolenia będą pamiętały tę historię – tłumaczu idee wystawy Barbara Kurowska z SFVV w rozmowie z Magdaleną Gwóźdź-Pallokat w reportażu Deutsche Welle.
To szczególnie ważne, bo to właśnie My – widzowie tej wystawy – jesteśmy kolejnym pokoleniem, które zdecyduje, jak ta historia będzie opowiadana.
– Nie ma jednej niemieckiej narracji na ten temat i nie ma jednej polskiej pamięci – opowiada dalej Kurowska. – Poprzez ukazywanie różnorodności, także sprzeczności i dopuszczanie ich do głosu możemy rozmawiać o tym w sposób bardziej autentyczny. Dzięki temu łatwiej uniknąć upolitycznienia, choć zapewne nigdy nie uda się tego zrobić całkowicie.
Uczynienie fotografii głównym językiem wystawy pozwoliło nadać tej opowieści uniwersalny charakter. Nikt nie pyta tutaj, kto miał rację. Nie ma miejsca na relatywizowanie historii ani zrównywanie win. Kuratorzy nie dopuścili do głosu ani niemieckiego rewizjonizmu, ani coraz bardziej rozpychającego się polskiego nacjonalizmu i historycznych roszczeń.
Ta opowieść przestała być historią państw. Stała się historią ludzi. Są miejsca, które zmieniają nazwę. Są miasta, które zmieniają państwo. Są domy, które zmieniają właścicieli. Nie można jednak zmienić pamięci. I o tym właśnie mówi artystyczny projekt „Ostgebiete / Ziemie Zachodnie” w berlińskim SFVV.
ARCHITEKTURA OGLĄDANIA
Na osobne uznanie zasługuje aranżacja i architektura wystawy, opracowana przez berlińskie studio Naroska Design (Marc Naroska). Każda z autorskich prezentacji zyskała własną tożsamość. Nie ma tu dwóch takich samych pomysłów na pokazanie fotografii czy obiektów.
Aranżacja jest odważna – także kolorystycznie – ale pozostaje czytelna. I to w trzech językach: niemieckim, polskim i angielskim. Zdjęcia wyeksponowano w tradycyjnych ramach, przytwierdzono gwoździkami do ekspozycyjnych ścian, ułożono w wysokie wieże albo zawieszono na stalowych linkach. Nie zabrakło multimediów, choć zdecydowana większość prezentowanych materiałów ma charakter szlachetnych wydruków.
Całość dopełnia znakomicie wyreżyserowane światło. Ono również opowiada tę wystawę.
Twórcy zadbali także o wszystkie elementy identyfikacji wizualnej. Projektowi towarzyszy starannie opracowana, wielojęzyczna broszura, dostępna również w formacie PDF na stronie internetowej Centrum. Na uwagę zasługuje także szeroka kampania promocyjna prowadzona w samym Berlinie. Plakaty informujące o wystawie można zobaczyć w gablotach na niemal każdej stacji berlińskiego metra.
Wystawę „Ostgebiete / Ziemie Zachodnie” w berlińskim Centrum Dokumentacji Ucieczki, Wypędzenia i Pojednania można oglądać do 17 stycznia 2027 roku. SFVV jest czynne codziennie, z wyjątkiem poniedziałków, w godzinach 10.00–19.00. Wstęp jest bezpłatny – zarówno na wystawę czasową, jak i na stałą ekspozycję „Stulecie ucieczki”.
Siedziba SFVV mieści się przy Stresemannstraße 90. Można tu dojść kilkuminutowym spacerem z Potsdamer Platz lub dojechać komunikacją miejską. Najbliższa stacja S-Bahn to Anhalter Bahnhof (linie S1, S2, S25 i S26), a także przystanek autobusów M29 i M41.
Autor: Daniel Źródlewski
Komentarze