Świętowanie ostatniej koncertowej wizyty Lecha Janerki w Szczecinie trwało aż dwa dni. W czwartek przygotowano pokaz filmu dokumentalnego o muzyku zatytułowany „Śpij, śpij inteligencie” (połączony ze spotkaniem z bohaterem oraz reżyserem, Grzegorzem Brzozowiczem), natomiast dzień później odbył się koncert artysty. Oba wydarzenia zostały zorganizowane w „Słowianinie”.

Muzyka, teksty i polskie przemiany

Film ukazuje karierę Janerki poprzez archiwalne fragmenty występów na żywo, wypowiedzi, a także materiały zdjęciowe odnoszące się do siedmiu dekad krajowej rzeczywistości. Właśnie połączenie muzyki i tekstów wrocławskiego artysty z obrazami przemian, które następowały w Polsce przez lata, jest jednym z walorów tego dzieła. Oczywiście było to tematem dyskusji po projekcji, ale pytania widzów dotyczyły także konkretnych zdarzeń i ludzi. Janerka opowiadał m.in. o tym, jak niewiele mu zabrakło, by studiował na Akademii Sztuk Pięknych, o tym, w jakich okolicznościach powstawały teksty takich utworów jak „Leniwie lecąc” czy „Bultarga”, o winylowym wznowieniu płyty „Ur” czy też przyczynach ogłoszenia pożegnalnej trasy.

Gipsowy odlew na początek

W piątek „Słowianin” wypełnił się wszystkimi, którzy chcieli na żywo zobaczyć ostatni koncert Lecha Janerki w naszym mieście. Na scenę wszedł zespół w składzie: Bartosz Straburzyński (gitara, głos), Bożena Janerka  (wiolonczela, głos), Lech Janerka  (gitara basowa, głos), Michał Mioduszewski  (perkusja), rozpoczynając wieczór od utworów z ostatniej płyty, zatytułowanej „Gipsowy odlew falsyfikatu”. Utwory takie jak „Omm”, „Chyba”, „I moll” czy „Nie śpię, śpię i nie śpię” zabrzmiały świeżo i energetycznie. Pięć statuetek Fryderyka, które muzyk otrzymał za ten wydany dwa lata temu album, trafiło we właściwe ręce.

Szczecinianin zaśpiewał „Niewalczyka”

Później grupa „wrocławskich starszaków” (tak zaanonsował ją Lech Janerka) przedstawiła kompozycje solowe z wcześniejszych albumów, chociażby „Labirynty”, „Lola”, „Ta zabawa nie jest dla dziewczynek”, „Niewole” czy „W naturze mamy ciągły ruch” oraz kilka utworów z repertuaru zespołu Klaus Mitffoch – „Strzeż się tych miejsc”, „Tutaj wesoło” czy „Ogniowe strzelby”.

Pomiędzy nimi artysta opowiadał m.in. o tym, że ma takie utwory w swojej dyskografii, które lubi, ale wolałby ich nie śpiewać. Taką kompozycją jest np. „Niewalczyk” z albumu „Piosenki”. Do wykonania tego numeru mistrz zaprosił na scenę jednego z fanów, który dzień wcześniej zaproponował, że wyręczy go w roli wokalisty. Pan Marcin poradził sobie dość dobrze z tym zadaniem, aczkolwiek wsparcie pozostałych muzyków bardzo mu pomogło…

Niezapowiedziane bisy i wielki hit sprzed lat

Otrzymaliśmy jeszcze „Paragwaj”, „Konstytucje”, „Bez kolacji” połączone ze „Śpij Aniele mój” oraz „Wyobraź sobie”. I zespół opuścił scenę, a Janerka stwierdził, że ostatnie 15 minut to były niezapowiedziane bisy… Publiczność wytrwale domagała się jednak więcej i życzenie to zostało zaakceptowane. Na sam koniec tego blisko dwugodzinnego wydarzenia usłyszeliśmy jeszcze jeden z największych hitów skomponowanych przez Janerkę – „Jezu, jak się cieszę”.

Jeżeli faktycznie był to ostatni występ artysty w Szczecinie, to trzeba przyznać, że finał był na pewno ekspresyjny i witalny. Janerka zapowiedział zresztą, że ma jeszcze trochę niewydanych piosenek, więc za jakiś czas najprawdopodobniej popracuje nad ich skończeniem i wydaniem na płycie. Nie przechodzi zatem jeszcze całkowicie na emeryturę…