Zagrali: Hard to Swallow, Silenter, Godsend, No Heaven Awaits Us, Faust Again.

Kolejna edycja corocznej imprezy organizowanej przez szczeciński Godsend była reklamowana jako największa tego typu w mieście i choć swoim zwyczajem najchętniej bym zaprzeczył, tym razem narzekać nie będę. Było agresywnie, głośno i z wykopem, czyli dokładnie tak jak być powinno.

Imprezę rozpoczął pokaz spod znaku zobacz-co-mogę-zrobić-kiedy-mam-rower-i-potrafię-na-nim-dziarsko-skakać. Otwarcie pomysłowe i przyjemne, aczkolwiek oddalające sam koncert (który też zaczął się z lekką obsuwą). Bez wątpienia trzeba pochwalić jednak organizatorów za to, że jak co roku urozmaicili tłumnie przybyłym zabawę.

Pierwsi na scenie zameldowali się szczecinianie z Hard to Swallow. Niestety już na samym początku szyki pokrzyżowały im odmawiające współpracy mikrofony, które dawały o sobie znać na kilku pierwszych utworach. Na szczęście, po uporaniu się z tym problemem przez dźwiękowca, chłopaki złapali wiatr w skrzydła i zaczęli łoić intensywniej. A łoili w miarę szybko, połamanie i z dużym zaangażowaniem, dzięki czemu wypadli pozytywnie nawet mimo tego, że czasem nie było słychać wokalisty.

Tuż po nich na scenę weszli Niemcy z Silenter. W przeciwieństwie do swoich poprzedników stawiali bardziej na wyrazisty rytm i średnie tempa. Gitary często grały identyczne partie, czego trochę żałuję, bo główny gitarzysta wydobywał ze swojego Ibaneza całkiem przyjemne brzmienie i wolałbym, żeby trochę z nim się pobawił, wychodząc przed szereg. Za to nowa gitarzystka ( <3) niestety nie wykonywała części utworów, bo nie zdążyła nauczyć się wszystkich partii. Całości występu dopełniały solidna praca perkusisty i lekko rapowane wokale etatowego krzykacza, który okazał się całkiem niezłym showmanem.

Przyszedł czas na Godsend i na sali zapanowała iście rodzinna atmosfera. Widać było, że znajomi zjawili się licznie, a wiele osób przyszło głównie dla występu organizatorów. Było bardzo energicznie, szybko i zdecydowanie. Panowie nie dali publice ani chwili wytchnienia, z Loco na czele, który co chwilę zagrzewał do walki w pogo i rozniesienia klubu w drobiazgi. Genialnie wyszedł motyw z rozdzieleniem tańczących na dwie, stojąca naprzeciwko siebie grupy i ich starcie podczas otwierającego riffu jednego z utworów. Co do samego wykonania, pochwalić trzeba kunszt gitarzystów i basisty, przyjemną barwę Hyeeva i świetne partie perkusji w wykonaniu Kozia, który co i róż raczył nas rozmaitymi smaczkami z marszowym rytmem na czele.

Koncert Godsend wyczerpał mnie fizycznie i ledwo zdążyłem odsapnąć a już na scenie rozstawiali się członkowie rodzimego No Heaven Awaits Us. Warto zauważyć, że w składzie trochę nietypowo mieli aż dwóch basistów. Od pierwszych taktów wiadomo było, że w grę wkładają całą swoją energię. Miotali się po scenie niemal tak jak pogujący pod nimi. W końcu udało się na dobre uporać z problemami technicznymi co do mikrofonów i ryk wokalisty był doskonale słyszalny przez ścianę dźwięku. Po początkowym mocnym przyłożeniu, zespół trochę zwolnił, a utwory przestały tak kopać. Na szczęście na koniec udało im się wrócić do formy, kończąc występ coverem „Battery” Metallici.

Niestety nie dotrwałem żeby zobaczyć na żywo ostatni zespół tego wieczoru, poznański Faust Again, ale cytując mojego znajomego „Grali chyba najlepiej ze wszystkich, a wokalista miał potężny głos i zajebiście darł ryja.”
Piątą edycję Burn Your Hate uważam za niezwykle udaną. Spytacie pewnie, jak mogę oceniać imprezę nie będąc na wszystkich koncertach? Zwróćcie jednak uwagę na to, że ocena jest pozytywna, mimo że przegapiłem potencjalnie najlepszy występ wieczoru, a to już jednak o czymś świadczy.