Była taka obawa, kiedy nastały telefony komórkowe z zegarem, że wyprą tradycyjne zegarki na rękę, ale okazało się, że jednak nie, a odczytanie godziny na smartfonie trwa dłużej niż rzut oka na zegarek - mówi Zenon Kamela, zegarmistrz z alei Wojska Polskiego 14.

 

Zegarmistrz kładzie na ladzie cudeńko z mechanizmem w kolorze starego złota - zegarek repetier minutowy, najbardziej skomplikowany z repetierów, bo posiada ten rodzaj mechanizmu, który umożliwia zegarowi wybijania na żądanie nie tylko aktualnej godziny, kwadransa, ale i minuty, która upłynęły od ostatniego kwartału.

- Kiedyś to był zegarek kieszonkowy ze złotą kopertą, ale złoto zostało prawdopodobnie sprzedane na chleb. W tej chwili mechanizm został oprawiony w stalową kopertę do noszenia na rękę - mówi zegarmistrz. - To przykład wysokiej klasy techniki z tamtych lat, bo to zegarek z około 1850 roku. Ale kiedy zaczęto pokrywać wskazówki fosforem, który świeci w nocy, to tego typu zegarki stały się niepotrzebne. Zwykle emaliowane tarcze są popękane, ale w tym przetrwała - dodaje.

Portret przy zegarze

50 lat temu Zenon Kamela poznał przez kolegę dziewczynę, na podwórku przy Turzynie. Jej ojciec był zegarmistrzem. - Przyglądałem się temu, jak naprawia zegarki. Przestawałem przy jego stoliku zegarmistrzowskim godzinami i tak mnie wciągnęło - wspomina.

Odsłużył służbę wojskową i zaczął przyuczać się do zawodu u przyszłego teścia (z tamtą dziewczyną są 44 lata po ślubie). Teść Bogdan Jurga miał zakład w alei Wojska Polskiego naprzeciwko kina Pionier. Po dwóch latach Zenon Kamela zdał egzamin czeladniczy i wysłano go do warsztatu w Stepnicy, gdzie zabrakło zegarmistrza. - Tam chyba naprawiłem wszystkie możliwe zegarki, bo z czasem nie było co robić - pamięta. Po dwóch latach wrócił do Szczecina. Najpierw pracował w pracowni zegarmistrzowskiej na placu Grunwaldzkim, potem reperował zegarki w zakładzie przy Obrońców Stalingradu (Bałuki), gdzie siedemnaście lat pracował z trzema, czterema złotnikami.

W 1990 roku Bogdan Jurga z Wojska Polskiego 7 przeniósł się na drugą stronę do pracowni przy al. Wojska Polskiego 14, skąd poprzedni zegarmistrz odszedł na wieczny spoczynek. Tu z zięciem zawiązali spółkę. Do usług wprowadzili też handel zegarkami. Potem dołączył do nich szwagier Mariusz Jurga, który kiedy odwiedzam pracownię reperuje jakiś zegarek z lupą w oku. Pozostają tu dwaj, od kiedy senior Jurga zmarł w 2005. - Gdzieś w domu mam po tacie z czasów PRL-u taką wstęgę z napisem „100 procent normy”. U zegarmistrza - rzuca Mariusz Jurga.

Portret Zenon Kamela proponuje zrobić przy dużym zegarze wiszącym z boku. Ten stylowy czasomierz został stworzony prawdopodobnie dla szkół, bo ma też guzik - dzwonek, który będzie dzwonił o potrzebnej porze. Wyprodukowano go gdzieś w Niemczech, w 1896 roku.

W złotej kopercie

Zegarmistrz z Wojska Polskiego naprawiał rolexa z diamentami zdobiącymi kopertę dookoła tarczy i bransoletę. Jeździł do domu klienta, do zegara podłogowego zwanego stojącym, o którym usłyszał, że w czasie wojny kula trafiła w jego tarczę. Ciekawym zegarkiem był też ten od firmy Francka Mullera „Crazy color”. Na jego tarczy rozrzucono cyfry w różnych nietradycyjnych miejscach, tzn. godzina pierwsza była na godzinie czwartej, a czwarta na siódmej. Zegarek chodząc przeskakiwał jak trzeba, wskazówka była rzucana w różne miejsca. A wszystko w masywnej złotej kopercie.

Są obczytani klienci, którzy potrafią na temat swojego zegarka powiedzieć więcej niż wie zegarmistrz. Czasami przychodzi też klient, który kładzie zegarek na ladzie i prosi o baterię, a usłyszy: „Ale w nim trzeba nakręcać sprężynę”.

Kiedy dopytam, co go wciągnęło w zegarmistrzostwo: - Przede wszystkim to, że jak zegarek nie chodzi, a się go naprawi, to żyje - odpowiada Zenon Kamela.

Wymiana baterii to nie naprawa zegarka. Prawdziwy zegarmistrz naprawia zegarki mechaniczne. Rozbiera je do najmniejszej części, myje, po to, żeby usunąć starą zgęstniałą oliwę. Po umyciu smaruje łożyska różnymi smarami gęstszym, rzadszym. Ponownie składa i zegarek ma chodzić.

Wizyta u doktora

Czasami to GPS w komórce prowadzi klienta do salonu zegarmistrza. - Była taka obawa, kiedy nastały telefony komórkowe z zegarem, że wyprą tradycyjne zegarki na rękę, ale okazało się, że jednak nie, a odczytanie godziny na smartfonie trwa dłużej niż rzut oka na zegarek - mówi Zenon Kamela. Ja: - Jednak zegarmistrz należy do ginących zawodów. Zegarmistrz: - Ale będzie potrzebny, może jako konserwator zabytków. Musi być człowiek, który będzie ratował te zegarki z duszą.

Pan Rafał, który przyszedł do Pracowni Zegarmistrzowskiej przy Wojska Polskiego: - Wszystko się zaczęło od zegarka mojego dziadka. Kiedy zmarł znalazłem stary „atlantic” w jego rzeczach. Jest to marka szwajcarska, dobra firma, trochę bardziej rozpoznawalna w naszym kraju, bo w latach 70. - 80. było ich u nas dużo, marynarze przywozili. Zacząłem je zbierać. A z dobrym zegarmistrzem jest jak z dobrym mechanikiem, czy dobrym lekarzem. Chodzi się do tego samego.