To tutaj bije komunikacyjne serce miasta. Pięć osób wpatrzonych w ekrany musi błyskawicznie reagować na doniesienia o usterkach i kolizjach pojazdów komunikacji miejskiej, w razie potrzeby wyznaczać objazdy. Dbać, by mimo licznych remontów drogowych i kłopotów kadrowych opóźnienia były jak najmniejsze. A i tak to na nich skupia się często gniew pasażerów. Przyjrzeliśmy się pracy dyspozytorów ZDiTM.

 

Olbrzymi ekran podczas upałów włącza się rzadko, bo wówczas w niepozornym pomieszczeniu w siedzibie ZDiTM przy ul. Klonowica robi się nieznośnie gorąco. Wszyscy skupiają się więc zwykle na „własnych” monitorach, którymi szczelnie obstawione są wszystkie biurka. Dyspozytorzy wpatrują się w kamery monitoringu na najważniejszych skrzyżowaniach i przyglądają przesuwającym się na mapach znacznikom, które odpowiadają poszczególnym tramwajom i autobusom.

– W dni powszednie w dyspozytorni pracuje zazwyczaj 5 osób, w soboty 4, a w niedzielę 3. Na poszczególnych stanowiskach nadzorowane są kursy tramwajów i autobusów poszczególnych przewoźników: Tramwajów Szczecińskich, SPA Klonowica, SPA Dąbie, PKS Szczecin i SPPK – mówi Tomasz Piórkowski, dyspozytor ruchu z 34-letnim doświadczeniem.

Kontrolują, czy nie mają opóźnień lub... czy nie wyjechali zbyt wcześnie

Gdy odwiedzamy dyspozytornię w czasie piątkowego porannego szczytu komunikacyjnego, na ulicach jest dość spokojnie. Co nie znaczy, że nie ma żadnych niespodziewanych wydarzeń. Na jednej z około 300 kamer ulicznego monitoringu widać, że trwa sprzątanie po drobnej kolizji na pl. Żołnierza Polskiego.

Nie brakuje też opóźnionych kursów, choć zdarzają się też sytuacje zupełnie odwrotne. Jeden z kierowców PKS wyjechał z pętli... 7 minut przed czasem.

– W takich przypadkach dzwonimy do kierowców i motorniczych, ustalamy przyczynę, pomagamy wyregulować czas kursów. Czasem, nawet jeśli na liniach są duże opóźnienia, trzeba zapewnić prowadzącym czas na zjedzenie posiłku i chwilę odpoczynku. Wysyłamy też do wszystkich grupowe SMS-y w przypadku zmiany trasy – tłumaczy Tomasz Piórkowski.

Najgorzej, gdy nie można wyznaczyć objazdu

Przy licznych remontach na drogach, opóźnienia autobusów i tramwajów w ostatnich miesiącach są na porządku dziennym. Najpierw największe problemy skupiały się na prawobrzeżu (przebudowa węzła Kijewo i skrzyżowania w Podjuchach) i w rejonie węzła Łękno. Teraz rekordowe opóźnienia notują autobusy obsługujące Bezrzecze (przez remont Modrej i Koralowej). Zawsze jest też problem z pojazdami linii 241, które często stoją w korku na wysokości Rajkowa. Do tego dochodzą kolizje i wypadki.

– W lipcu odnotowaliśmy na razie 92 zdarzenia, które przyczyniły się do wstrzymania ruchu na co najmniej 10 minut. Zwykle jest ich w miesiącu 130-140. Największy problem stwarzają sytuacje, do których dochodzi w takich miejscach, że trudno wyznaczyć objazd. W ostatnich dniach przykładem było potrącenie pieszego przez tramwaj w al. Piastów – mówi Tomasz Piórkowski.

W piątek było 27 niewyjazdów

Kiedyś dyspozytorzy mieli do dyspozycji autobusy rezerwowe. Teraz przewoźnicy tylko czasem udostępniają do tego celu pojedyncze pojazdy. Powód jest prozaiczny. Braki na stanowiskach kierowców są tak duże (niskie pensje nie zachęcają pracowników), że wyzwaniem staje się obsadzenie nawet „zwykłych” kursów. W piątek w Szczecinie było 27 tzw. niewyjazdów.

– Dzień wcześniej otrzymujemy od przewoźników informacje o liczbie kursów, które wypadną. Jeżeli po takich zmianach rozkład jest naszym zdaniem nie do przyjęcia, interweniujemy i prosimy o zmiany, by uciążliwości dla pasażerów były jak najmniejsze. Staramy się później aktualizować na bieżąco informacje wyświetlane na tablicach na przystankach – tłumaczy Hanna Pieczyńska, rzecznik prasowy ZDiTM.

„Gdzie jest autobus!”, czyli telefony od zdenerwowanych pasażerów

W godzinach szczytu dyspozytorzy odpowiadają za około 300 pojazdów na szczecińskich drogach i torowiskach. Pytamy półżartem, czy nie czują się trochę jak kontrolerzy lotu z amerykańskich filmów.

– Oczywiście odpowiedzialność w takiej wieży na lotnisku jest dużo większa. Ale za to do kontrolerów lotu nie dzwonią zdenerwowani pasażerowie – śmieją się w odpowiedzi.

Telefon do szczecińskiej centrali ruchu jest bowiem ogólnodostępny. Zadzwonić może każdy. Czasem pasażerowie proszę o informacje na temat opóźnień, ale często dzwonią, by po prostu dać upust swoim emocjom.

– Gdzie jest autobus! – zaczynają zwykle rozmowę, dodając do tego kilka wulgaryzmów. Zdarzają się groźby wobec dyspozytorów. Nie brakuje również telefonów z kategorii – dziwne.

– Dzwonią, żeby zamówić pizzę. Pytają, jak dojechać komunikacją miejską nad morze. A ostatnio jedna pani próbowała nawet umówić się u nas do gastrologa – wspominają pracownicy centrali ruchu.

Duży zakres obowiązków. Pomagają nawet odnaleźć zaginionych

Czasem pasażerowie informują również o uszkodzeniach na przystankach czy awariach elektronicznych tablic. Zajmowanie się takimi kwestiami, przekazywanie ich odpowiednim służbom, to kolejne z zadań dyspozytorów. Dodatkowe pojawiają się zimą, gdy trzeba nadzorować akcję odśnieżania ulic. Zdarzają się też nietypowe akcje. Dzięki informacjom, które przekazują wszystkim kierowcom i motorniczym, udawało się już odnaleźć zaginionych ludzi czy zabłąkanego psa.

– To bardzo trudna i stresująca pracę. Trafiają tutaj tylko ludzie z dużym doświadczeniem zdobytym wcześniej na różnych stanowiskach związanych z komunikacją miejską. Dzisiaj na dyżurze mamy np. byłą panią motorniczą, która siedząc teraz przed ekranem może wykorzystać wiedzę zdobytą wcześniej w praktyce – podkreśla Hanna Pieczyńska.

Kiedyś autobus jechał w tym kierunku, gdzie czekało najwięcej pasażerów

Dziś dyspozytorom bardzo pomaga technologia. Wiadomo, gdzie dokładnie znajduje się każdy z pojazdów, a na kamerach można śledzić ruch na wszystkich najważniejszych skrzyżowaniach. O takich ułatwieniach nie mogli nawet marzyć pionierzy szczecińskiej komunikacji. Dyspozytorzy częściej musieli wówczas pracować w terenie.

– W pierwszych latach bywało tak, że dyspozytor stał na Basenie Górniczym, oceniał na którym przystanku czeka najwięcej pasażerów, by właśnie w tym kierunku wysłać najbliższy pojazd przyjeżdżający na pętlę – opowiada Tomasz Piórkowski.

Najbardziej przejmujące były puste skrzyżowania

Dyżur dyspozytorów trwa 8 godzin, ale w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń (jak ulewa torpedująca komunikację miejską) może się znacznie przedłużyć. Pracy jest zwykle bardzo dużo, ale dla wielu z zatrudnionych tam osób najgorszy był czas, gdy było jej zdecydowanie mniej. Mowa o początkach pandemii koronawirusa, kiedy większość mieszkańców została w domach. Widok niemal pustych ulic i skrzyżowań był bardzo przejmujący dla dyspozytorów przyzwyczajonych do obserwowania tętniącego życiem miasto.