Na dnie Zalewu Szczecińskiego historycy odkryli szczątki samolotu. Najprawdopodobniej to wrak amerykańskiego bombowca B-17G. „Po tym, co zobaczyliśmy, jesteśmy przekonani, że nikogo tam nie było od tego czasu. W przeciwnym razie wrak poszedłby na złom” – mówi Aleksander Ostasz, dyrektor Muzeum Oręża Polskiego w Kołobrzegu.

 

Przypomnijmy, że w ubiegłym roku z dna Zalewu Szczecińskiego udało się wydobyć jeden z czterech silników amerykańskiego bombowca B-17G, który został zestrzelony 7 października 1944 roku. Tego dnia prowadził 149 maszyn, których celem było zbombardowanie fabryki benzyny w Policach.

Wspomniany B-17G nie doleciał nad cel – został zestrzelony przez niemiecką artylerię przeciwlotniczą. Eksplodował na dużej wysokości, a jego elementy zostały rozrzucone po Zalewie Szczecińskim.

Unikatowy model „latającej fortecy”

Teraz prawdopodobnie udało się odkryć pozostałe części amerykańskiego bombowca – zniszczone prawe skrzydło i kokpit. Najnowsze prace prowadzone były w ramach projektu „Wraki Zalewu Szczecińskiego 2022”.

– Szczególnie zależało nam na przeszukaniu obszaru, gdzie mógł rozpaść się amerykański bombowiec. Dzięki informacjom od świadków byliśmy w stanie wytypować obszar do poszukiwań – opowiada Aleksander Ostasz. – Po tym, co zobaczyliśmy, jesteśmy przekonani, że nikogo tam nie było od 1944 roku. Wrak wygląda na absolutnie nienaruszony.

Jednocześnie dr hab. Andrzej Ossowski podkreśla, że to wyjątkowe odkrycie. – Są ludzie, którzy zbierali informacje dotyczące wydobycia tego typu elementów. Służyły im głównie do akcji pozyskania aluminium, czyli tak naprawdę rabunku. Przez wiele lat nikogo nie interesowało co to za maszyny oraz jak potoczył się los załogi – opowiada.

– Prawdopodobnie to unikatowy model „latającej fortecy”. Jego nietypowym elementem była osłona radaru do mapowania terenów o ograniczonej widoczności. Ten samolot był pierwszym w formacji. Niemcy zadymiali obszar fabryki w Policach, dlatego na początku leciały samoloty wyposażone w system identyfikacji. Zachowało się tylko jedno zdjęcie tego samolotu, na którym widać kopułę radaru – dodaje Piotr Wit, pasjonat modelarstwa.

Niemożliwe bez specjalistycznego sprzętu

Jednocześnie Aleksander Ostasz podkreśla, że cała akcja nie miałaby miejsca, gdyby nie statek pomiarowy Echo 2 firmy Escort. – Szukanie czegokolwiek na akwenie jest prawie niemożliwe bez specjalistycznego sprzętu. Współpracujemy ze sobą od lat i to dzięki tej elektronice udało się znaleźć ten wrak – zaznacza.

– Dzięki kamerze akustycznej ARIS mogliśmy na żywo zebrać obraz z dna. Wszelkie obiekty o większej gęstości wyraźnie się na nim zarysowują. Największe efekty uzyskaliśmy właśnie dzięki temu urządzeniu – tłumaczy hydrograf Kamil Cybulski.

„Jeśli ma być wydobyty, to zgodnie ze sztuką”

Wrak nadal spoczywa na dnie Zalewu Szczecińskiego. Obecnie historycy prowadzą tylko prace badawcze.

– Na pewno nie można go tak po prostu wydobyć. Zależy nam na tym, aby przeprowadzić porządne badania. Jeśli ma być wydobyty, to trzeba zrobić to zgodnie ze sztuką, a nie partyzantką – podkreśla dr hab. Ossowski. – Na pewno zadbamy o to, aby wrak został objęty ochroną.

W 1944 roku część załogi zdążyła wyskoczyć z płonącego bombowca, ale z 11-osobowej obsady B-17 znany jest los 8 lotników. Pięciu z nich przeżyło i trafiło do niewoli – byli to James R. Luper, Norman A. Kriehn, William J. Morrow, Frederick N. Asbell, John H. Derling. Ciała trzech zidentyfikowano i pochowano (Henry P. Loades, Edward A Jr. McNeal, John W. Koehler.

Trzech członków załogi uznaje się do dzisiaj za zaginionych – Alfred W. Fischer, Gordon H. Haggard, Ancil U. Shepherd. Historycy nie wykluczają, że we wraku mogą znajdować się ludzkie szczątki.

– W tego typu maszynach zdarza się, że szczątki się utrzymują. Nie mamy takiej pewności, ale możemy założyć taką sytuację – dodaje Andrzej Ossowski.