Już w najbliższy weekend na scenę Opery na Zamku wraca najsłynniejszy romans na świecie – „Romeo i Julia” Charlesa Gounoda. Sztuka swoją premierę miała w lutym tego roku, ale przez pandemię niewiele osób mogło ją do tej pory obejrzeć. O fenomenie „Romea i Julii”, śpiewaniu w obcym języku, zimnej krwi na scenie, sylwetce romantycznego rozrabiaki, który dorośleje dzięki miłości, ludzkiej naturze i o tym, czy można spierać się z Szekspirem z odtwórcą roli Romea, Pavlo Tolstoyem*, rozmawiała Magdalena Jagiełło-Kmieciak.

 

Magdalena Jagiełło-Kmieciak: W lutym 2020 roku odbyły się tylko pokazy premierowe opery „Romeo i Julia” w reżyserii Michała Znanieckiego, potem Opera na Zamku w Szczecinie została zamknięta z powodu epidemii. Teraz wraca z tym spektaklem na scenę, właściwie bardzo świeżym. Jakie są Pana emocje?

Pavlo Tolstoy: W końcu wrócę na scenę po ponad półrocznej przerwie! Teraz pracuję przede wszystkim nad tym, żeby wyjść do widzów w dobrej formie po tak długim czasie, kiedy nie występowałem. Bardzo się cieszę, że w końcu teatr ruszył, i mam nadzieję, że tak już zostanie. Ale mam wrażenie, że będę kreował tę rolę od nowa. (śmiech) Taki spektakl – żeby wszedł w krew, w ciało – trzeba zaśpiewać co najmniej pięć, sześć razy. Czekam na „Romea i Julię” z niecierpliwością.

Ponoć każdy śpiewak operowy chciałby zagrać rolę Romea. Na czym polega fenomen tej opery? Bo tego fenomenu chyba nikt nie kwestionuje…

Bardzo lubię tę muzykę. Jest przepiękna! Bardzo melodyjna, dramatyczna, wypukła, pełna… Charles Gounod z niezwykłym pomysłem przełożył dramat Szekspira na jej język. Moim zdaniem fenomen „Romea i Julii” polega głównie na kunszcie kompozytora. Śpiewać w tej operze to sama przyjemność. Dla mnie fakt, że wykonuję partię Romea to wielkie osiągnięcie, bardzo jestem z tego dumny. W sferze libretta opera Gounoda skupiona jest przede wszystkim na dramacie miłosnym młodych kochanków, w porównaniu z dziełem Szekspira nie ma prawie wątków relacji Romea z przyjaciółmi, rodzinami. To mi się podoba – Romeo i Julia… i ich miłość.

Czym ta rola różni od innych Pana ról?

Romeo i Julia mają bardzo dużo do śpiewania. Cztery duety, trzy arie. To trudna rola, ciągle jesteśmy na scenie. Trzeba mieć siłę, wytrwałość. Trudne dla mnie jest też śpiewanie w języku francuskim, ale trzeba było się z tym zmierzyć. Bo najważniejsze w śpiewaniu w obcym języku, jak oczywiście i w języku rodzimym, jest świadomość, o czym się śpiewa. Mam nadzieję, że mnie się to udało, że mój francuski nie był najgorszy. (śmiech) Teraz postaram się zrobić to jeszcze lepiej. Już wiem, jak rozłożyć siły, żeby odpowiednio zbudować sceny. Doświadczenie robi swoje. Ale faktycznie, jest to technicznie bardzo trudna opera do zaśpiewania. I jedna z niewielu, w których mój bohater umiera. (śmiech) Ale emocjonalnie było mi dużo łatwiej, ponieważ Julią jest Victoria Vatutina, z którą jestem związany właśnie emocjonalnie, ale i profesjonalnie. Ona bardzo przeżywała śmierć bohaterów, ja mniej. (śmiech)

Istny siłacz w sferze psychiki?

Wybierając ten zawód miałem świadomość, że muszę dać sobie radę z emocjami na scenie. Traktuję każdą rolę w operze jako pracę do wykonania. (śmiech)

Czyli na przykład systemu Stanisławskiego, opartego na realizmie psychologicznej postaci, Pan nie stosuje?

Stosuję, jestem wychowany na tym systemie.

Wspomniał Pan o wytrwałości… Ale oglądając próby widzę często zmęczone twarze artystów, przekrwione z wysiłku oczy. A w „Romeo i Julii”, jak sam Pan powiedział, jest mnóstwo śpiewania.

Intensywność wysiłku w trakcie sezonu artystycznego jest różna. Przy przygotowaniu premiery jej stopień drastycznie wzrasta. Dlatego, nawet padając z nóg, zaciskamy zęby i staramy się dotrwać do porannej kawy po premierowym spektaklu. (śmiech) Bo dalej już „z górki”…

„To historia uniwersalna – widza każdej epoki boli nie tylko nieszczęśliwa miłość, ale i świat, który ta miłość kontrastuje. Nic się nie zmieniło od wieków. Nikt nie pozwoli żyć nam bez konfliktów i wrogów” – mówi Michał Znaniecki o swojej inscenizacji „Romea i Julii”. Tak musi być, to nieuchronne według Pana?

Myślę, że tak. To jest ludzka natura. Wojny były, są i będą. Nie wiem, co musiałoby się zmienić, żeby przełamać w ludziach nienawiść i nauczyć się pokochać kogoś… Żeby być dobrym człowiekiem, żeby patrzeć na siebie i swoje uczynki, a nie osądzać innych.

Mówi się, że "Romeo i Julia" to dramat o miłości totalnej, ponad wszystko? Co Pan na to? Naprawdę jest totalna?

Nie wiem, czy to jest miłość. Uważam, że to raczej bardzo mocne zauroczenie. On zobaczył ją jako czystą, piękną, ona – jako odważnego, romantycznego… Miłość buduje się latami, umie przetrwać ciężkie próby, na które jest wystawiona. A w operze „Romeo i Julia” to uczucie raczej fatalne niż totalne.

Możemy więc nieco pospierać się z Szekspirem?

Romeo był zakochany w Rozalinie i nagle zakochał się w Julii. W ciągu zaledwie kilku dni stał się dorosłym człowiekiem. Wcześniej był rozrabiaką, trochę nawet bandziorem, aż tu nagle udało mu się rozkochać w sobie czternastoletnią dziewczynę, która dzięki temu stała się mądrą kobietą. Oboje zaczęli podejmować odważne decyzje, niestety – tragiczne. Ale nigdy nie dowiemy się, czy ich miłość była dojrzała, bo przerwali ją odbierając sobie życie. Chociaż mieli szansę, żeby przeżyć. Romeo mógł wziąć Julię i uciec dokądkolwiek, do Hiszpanii, do Turcji... (śmiech) Ale wtedy nie byłby to Szekspir i zapewne robimy błąd próbując z nim polemizować.

Dobrze, nie polemizujmy z mistrzem i jego wiekopomnym dziełem. Jaki jest Romeo, którego Pan kreuje?

Romantyczny, jak już wspomniałem, zamyślony… Marzyciel, w odróżnieniu od swoich przyjaciół, trochę samotnik. I wierzy w miłość! Tak chciałem go pokazać. Po tym, gdy spotkał Julię, czystą, dobrą, piękną, stał się dojrzalszy. Podsłuchując ją pod balkonem słyszał przecież, o czym ona marzy. Julia to anioł, czysty anioł. A dla anioła zmienia się swoje życie. (uśmiech)

Ale Julia zakochuje się przecież jeszcze w zwykłym łobuzie!

Bo zobaczyła w nim takiego człowieka, jakim jest naprawdę, jakim stał się później: uczciwego, szczerego, prawdziwego. To cechy, za które nie można nie pokochać. (uśmiech)

Skoro Romeo to najsłynniejszy kochanek świata – musiał Pan o tym pamiętać, przygotowując się do premiery. Jakich użył Pan metod teatralnych i wokalnych, by wydobyć z tej roli to wszystko, o czym mówiliśmy wcześniej?

Uczono mnie, że najbardziej cenną podstawą każdego działania scenicznego jest partner, a w tym przypadku partnerka, i prawdziwa, nieudawana komunikacja. Starałem się nie tylko działać, ale także postrzegać działania Victorii, być elastycznym i reagować na wszystkie sygnały, pochodzące od niej. Mam intuicję, jestem spostrzegawczy, bo taki musi być aktor. Zawsze staram się zachować zimną krew na scenie, nie boję się sceny, nie gubię się na niej. Reżyser Michał Znaniecki dał mi dużo swobody. Nie narzekał na to, co robiłem na scenie. (śmiech) Nie chciałem zagrać słynnego kochanka, chciałem, by widz zobaczył relacje, miłość pomiędzy Romeem a Julią. Jak już mówiłem, stosuję przeważnie system Stanisławskiego. Jeżeli chodzi o technikę wokalną, to tę najlepszą – włoskie bel canto.

Zakończenie szczecińskiej inscenizacji „Romea i Julii” nie stawia kropki nad „i”. Jak Pan sam je interpretuje?

U Szekspira rodziny się godzą. U Gounoda Romeo i Julia umierają, ale do zgody nie dochodzi. W spektaklu Opery na Zamku widz jednak ma możliwość sam przemyśleć, co dalej się stanie z ich skłóconymi rodami. Służy temu reżyserski zabieg, polegający na wprowadzeniu w scenę finałową rodzin, na oczach których pojawia się dwójka dzieci symbolizujących zjednoczone dusze zmarłych kochanków. Dlaczego dorośli nie mogą się z sobą porozumieć, dlaczego nie dociera do nich głos rozsądku? Dlaczego to młodzi ludzie muszą dawać im tak dramatyczną lekcję? Chciałbym, by publiczność zadała sobie te pytania…

Dziękuję za rozmowę.

 

*Pavlo Tolstoy

Absolwent Lwowskiej Narodowej Akademii Muzycznej. Angaż do zespołu Opery Lwowskiej, w którym śpiewał do 2005 roku, otrzymał jeszcze będąc studentem. Przez kolejne dwa lata występował na deskach Opery Wrocławskiej, śpiewając główne partie w operach W. A. Mozarta, G. Verdiego, G. Pucciniego i K. Szymanowskiego. Od 2007 roku był solistą Opery Nova w Bydgoszczy. Współpracuje także z Teatrem Wielkim-Operą Narodową w Warszawie, Teatrami Wielkimi w Poznaniu i Łodzi oraz innymi polskimi teatrami operowymi, a także z Filharmonią Narodową oraz Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach. Występował jako: Ferrando w” Così fan tutte” i Famino w „Czarodziejskim flecie” W.A. Mozarta, Leński w „Eugeniuszu Onieginie” P. Czajkowskiego, Alfred w „Zemście nietoperza” J. Straussa, Alfredo w „Traviacie” i Ismaele w „Nabucco” G. Verdiego, Hrabia Almaviva w „Cyruliku sewilskim” G. Rossiniego, Gerald w „Lakmé” L. Delibes’a, Beppo w „Pajacach” R. Leoncavalla, Rodolfo w „Cyganerii” i Pinkerton w „Madama Butterfly” G. Pucciniego, Książę Mantui w „Rigoletto” G. Verdiego, Stefan w „Strasznym dworze” S. Moniuszki, Młody Król w „Hagith”, Pasterz w „Królu Rogerze” K. Szymanowskiego oraz Romeo w „Romeo i Julii” Ch. Gounod . W partii Pasterza wystąpił w Gran Teatre del Liceu oraz na Międzynarodowym Festiwalu Teatralnym w Edynburgu. Kreował także partie: Lorda Bucklawa i Normanno w” Łucji z Lammermooru” G. Donizettiego, Joségo w „Przysiędze” A. Tansmana, Rybaka w „Słowiku” I. Stravinskiego, Don Ottavio w „Don Giovannim” W.A. Mozarta, Narraboth w „Salome” R. Straussa. Artysta ma w repertuarze również utwory oratoryjno-kantatowe, m.in.: „Requiem” W.A. Mozarta i G. Verdiego, „Stabat Mater” Rossiniego, „Messe Solennelle” Ch. Gounoda, „Trzecią Symfonię Pieśni o nocy” oraz „Harnasie” K. Szymanowskiego. Od sezonu 2017/2018 jest solistą Opery na Zamku w Szczecinie.