Ponad 100 taksówkarzy przejechało we wtorek spod gmachu urzędu wojewódzkiego w Szczecinie pod siedzibę Prawa i Sprawiedliwości przy ul. Mickiewicza. Jak mówią, ich celem było zwrócenie uwagi rządu na problemy taksówkarzy. Janusz Merz, organizator protestu przyznaje, że taksówki nie zostały wyłączone z możliwości pracy, ale przez lockdown i tak stracili ponad 70% klientów. – Możemy pracować, ale co z tego? Nie mamy kogo wozić – mówi organizator protestu. Taksówkarze proszą o objęcie Tarczą Antykryzysową, program postojowy oraz zwolnienie ze składek ZUS. Jeżeli rząd nie wesprze taksówek to wielu kierowców po nowym roku może nie odnowić licencji. – Jesteśmy zdesperowani – przyznaje Merz.

 

Jak mówią taksówkarze, ich sytuacja jest tragiczna. Miesięczne dochody spadły o 70%, a bywają takie dni, że nie mają kogo przewozić. Taksówkarze cierpią przez ograniczenia, które zostały nałożone na kulturę, rozrywkę czy gastronomię. W Szczecinie jest dużo mniej studentów, również mieszkańcy rzadziej jeżdżą na dworce i lotniska.

– Miasto jest puste, nocą w Szczecinie obecnie nie dzieje się nic. W ciągu dnia również bywa tak, że stoimy godzinami, czekając na klientów, a po 2–3 godzinach zdarza się kurs za kilka złotych – mówi Janusz Merz. – Nasz protest to apel do rządu, prośba o zauważenie taksówkarzy, bo jesteśmy naprawdę zdesperowani. Wielu taksówkarzy już żyje w biedzie, chcąc prowadzić nadal działalność musimy się zadłużać. Musimy płacić ZUS w kwocie 1400 złotych, co jest niemożliwe do wykonania, jeżeli nie mamy przychodów.

Taksówkarze nie wykluczają kolejnego protestu. Tym razem będzie to inicjatywa ogólnopolska, która odbędzie się w największych miastach w kraju.