Przenieść najsłynniejszy literacki romans w czasy mroku 1939 roku, to zadanie odważne i ambitne. Grzegorz Suski poważył się na tak śmiałą realizację, tworząc spektakl „Romeo i Julia 1939”. To pierwsza, niestety nie całkiem udana, premiera w Teatrze Polskim w nowym sezonie.

Znaną dobrze szekspirowską fabułę, reżyser  przeniósł z Werony do zróżnicowanej społeczniej Polski roku 1939, niedługo przed początkiem II wojny światowej. Julia jest w tej historii, Polką pochodzenia niemieckiego, a Romeo czystej krwi Polakiem. Na scenie widzimy także zainfekowanego nazizmem Tybalta, oficera WP - Parysa, nianię Marta (prawosławną Polkę)  oraz żydowskiego aptekarz Żyda, który odegra kluczową rolę w ostatniej fazie dramatu. Mamy tu zatem całą galerię różnorakich typów i ról społecznych, z burmistrzem, jako najbardziej znaczącą osobistością, na czele (w tej roli Jacek Polaczek). Jeśli jednak chodzi o tekst sztuki, to twórcy oparli go o klasyczne już tłumaczenie Stanisława Barańczaka.
 
Suski, który jest także autorem choreografii, wprowadził kostiumy przypominające wzory znane z  mody przedwojennej (dzieło Diny Bienfait i Misi Łukasik), a poza tym uatrakcyjnił spektakl piosenkami z tego okresu. Najwięcej takich evergrinów słyszymy  podczas balu u Capulettich, bo wówczas aktorzy śpiewają np.  „Miłość ci wszystko wybaczy”,  „Baby, ach te baby”. W innych sekwencjach odnajdujemy takie popularne melodie jak „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, „Sex-appeal to nasza broń kobieca” czy "Bal na Gnojnej". 
 
W pierwszej części jest to spektakl, ktróry praktycznie można nazwać musicalem i zapewne spodoba się publiczności ceniącej humor i efektowną oprawę sceniczną. Po przerwie jest to już czysty dramat kochanków, którzy ukrywają przed swoimi rodzicami swój związek i chcą ocalić tę miłość, mimo że pozornie nie mają na to szans. Młodość jest więc wartością przeciwstawioną wyrachowanej kalkulacji i bezwzględnej sile. Romeo i Julia próbują uciec ze świata, który ich tłamsi i obiera to,co najcenniejsze.
 

 
W rolach tytułowych prezentują się Karolina Chapko (aktorka krakowskiego teatru Bagatela) i Jakub Sokołowski. Szczecińska publiczność zapewne częściej będzie  jednak oglądać kreację  Marty Uszko (ona z dużym powodzeniem zastępuje panią Karolinę w alternatywnej obsadzie). W pozostałych rolach wyróżniają się z pewnością: Sławomir Kołakowski jako pan Capuletti i Jacek Piotrowski, który jest ojcem Laurentym. Pod względem wykonawczym jest to spektakl, któremu trudno coś zarzucić. Sama koncepcja dramaturgiczna nie jest jednak przekonywająca. Realia przedwojennej Bydgoszczy (zaakcentowane także w multimedialnym przekazie na ekranie za sceną) i nawiązania do ówczesnej sytuacji politycznej, nie są kompatybilne z głównym wątkiem fabularnym. Mam wrażenie, że tragiczna wymowa szekspirowskiego dzieła, nie została wzmocniona tymi współczesnymi elementami, a widz wyjdzie  z teatru trochę zdezorientowany, zastanawiając się co właściwie  twórcy chcieli mu przekazać.     
 
.