Na deskach „Teatru Współczesnego” podczas drugiego dnia „Kontrapunktu” widzowie zobaczyli spektakl „Kalimorfa” zrealizowany na podstawie książki Johna Fowlesa „Kolekcjoner” (The Collector) wydanej w 1963, będącej debiutem tego pisarza, który zasłynął dzięki napisaniu sześć lat później „Kochanicy Francuza” „Kolekcjoner” doczekał się ekranizacji w reżyserii Williama Wylera (1965 rok) Spektakl przygotowany przez krakowski Teatr Atelier, oczywiście korzysta z innych środków wyrazu, jest bardziej surowy, a przy tym jak sądzę bardziej uniwersalny w wymowie.

Ferdynand Clegg ( w tej roli Krzysztof Franieczek) to kolekcjoner rzadkich okazów motyli, neurotyk, który czując się niezrozumiany i wręcz wyśmiewany przez ludzi, postanawia „wyleczyć” swoje kompleksy łapiąc w swe sidła nie tylko owady, ale także piękne, młode kobiety. W podstępny sposób zwabia do osamotnionego domu studentkę Mirandę (Magdalena Popławska) i proponuje jej możliwość lepszego poznania się. Ferdynad to człowiek rozpaczliwie pragnący zrozumienia dla swych słabości, kontaktu z kimś bliskim, szczerej rozmowy. Ponieważ dotąd był zawsze na uboczu i nie potrafił przełamać bariery oddzielającej go od zwykłych, normalnych ludzi, jego cierpliwość się wyczerpuje, a frustracja czyni go przestępcą. Traktuje on swe ofiary tak jak unikalne okazy motyli (Kalimorfa to nazwa owada z tego gatunku), w przewrotny sposób dokonując przy tym odwrotnego procesu ich preparacji. Pod wpływem jego działań motyl-kobieta wraca do fazy poczwarki by w ostateczności umrzeć. Gdy na scenie rozgrywa się ten dramat w tle słyszymy stare sentymentalne piosenki miłosne jakby ironicznie komentujące próby Ferdynanda by stworzyć związek ze schwytaną ofiarą. Nieuchronnie zmierza on do stwierdzenia, że „szczęścia nie ma”, a ludzie nie rożnią się właściwie od owadów, choć wydaje im się, że jest inaczej.