Występ słynnego włoskiego tenora Andrei Bocellego - największa atrakcja tegorocznego The Tall Ships Races 2017 – przyciągnął przed scenę główną tłumy gości. Koncert światowej rangi i w eleganckim tonie podkreślił wyjątkowość i ambicje szczecińskiego finału regat. Piękne oświetlone Wały Chrobrego, robiące wrażenie żaglowce i wysokiej klasy występ operowy sprawiły, że z dumą myśli się o swoim mieście. Szkoda jednak, że nie wszystko tego wieczoru poszło tak śpiewająco.

Tegoroczna edycja TSR robi wrażenie – na odwiedzających czeka mnogość atrakcji o różnym charakterze. Można pokusić się o stwierdzenie, że na czas regat w Szczecinie powstało drugie miasto. Koncert Andrei Bocellego okazał się wisienką na torcie, przyciągając na Wały Chrobrego tyle ludzi, że trudno było znaleźć dla siebie jakiekolwiek miejsce.

Na Wałach Chrobrego chyba nigdy nie było jeszcze takich tłumów

Choć koncert przed regatami wywoływał wśród szczecinian różne emocje, w sobotę wieczorem przed sceną główną zebrały się tysiące. Ludzie byli wszędzie, gdzie tylko służby porządkowe pozwoliły zostać. Podczas występu nie brakowało popularnych utworów – fale gromkich braw niosły się głośno po każdym wykonaniu, a najwięcej oklasków zebrały te najbardziej popularne jak „Ave Maria”, „Can’t help falling In love” i bisowe „Time To Say Goodbye”. Wraz z Bocellim wystąpili jego goście, muzycy z Orkiestry Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza oraz Chór Akademii Morskiej. Na scenie pojawiała się od czasu do czasu para tancerzy, a w tle wyświetlano specjalnie dobrane prezentacje. Włoscy artyści podziękowali nawet zgromadzonym słowem „dziękuję”.



Płaszcz przeciwdeszczowy zamiast garnituru, przepychanki i syreny w tle

Najpopularniejszy śpiewak operowy z całą orkiestrą wyjątkowych artystów powinni wystąpić w mniej festiwalowych warunkach. Podczas koncertu od czasu do czasu zawyła syrena policyjna, a przedzierające się przez tłum karetki zagłuszały elegancki występ.  Mimo podniosłej atmosfery, nie dało się nie zerkać w stronę migających kolorami karuzeli czy spadających co kilka minut na bungee, którzy wymachiwali przy tym rękami w rytm operowych pieśni – całość przypominała raczej groteskę, ktoś tu chciał za dużo i wyszło, co wyszło. W kolejkach i ciągłych przepychankach w walce o najlepsze miejsce stojące, co jakiś czas dochodziło do sprzeczek lub ktoś rzucił od czasu do czasu głośny komentarz w stylu: „Nie mogę klaskać, bo trzymam parasolkę”. Ci, którzy stali nieco dalej – choć ciągle w okolicy Muzeum Narodowego – niewiele widzieli i co gorsze, niewiele słyszeli. Na koniec warto dodać, że artyści ubrani w stosowne stroje nie wpasowali się niestety w kolorystykę płaszczów przeciwdeszczowych widowni.