„Przepraszam Pana, która jest godzina? – 18,40 już?! Mamy tylko pól godziny do następnego spektaklu! Idźcie sobie już! Do domu! Do domu!” <br>Tak oto kończy się sobotni kabaret „Lutownica, ale nie pistoletowa, tylko taka kolba” autorstwa Mumio. Popisowe dwa spektakle czteroosobowej trupy miały miejsce na scenie klubu Can Can w Szczecinie, sto czwartego dnia dwa tysiące siódmego roku. <br>

Słowem wstępu o wstępie, bo Mumio nikomu chyba przedstawiać nie trzeba. Każdy, kto się rozpędził do wejścia Can Cana był odsyłany do wrót głownych Domu Kolejarza. Przez te drzwi dzielnie i ochoczo, gęsiego wchodzili i starzy i młodzi, wysocy i niscy, by za chwilę zasiąść w gęsto ustawionych rzędach na deskach Can Cana. I tu niespodzianka. Ledwo miejsca się zapełniły, a już na scenie pojawił się kabaret Mumio. „Kontrabas…jest instrumentem…dużym!” I tak oto rozpoczął się trwający blisko półtorej godziny trening dla mięśni brzucha i twarzy powodowany śmiechem, chichotem, parskaniem, gulgotaniem, chichraniem i Bóg wie jeszcze czym.
Spektakl „Lutownica, ale nie pistoletowa, tylko taka kolba” wyróżnia się tym, że aktorzy przebrani są za zwierzątka. I ta oto Dariusz Basiński staje się dla publiczności Biedronką, Jadwiga Basińska przybiera formę Jeża, Jacek Forusiński jest Pieskiem, a Janusz Januszewicz posępnym Królikiem (ewentualnie Zającem). Mumio lawirując pomiędzy skrajnym absurdem, a tematami bardziej nam powszednimi tworzy na scenie coś na kształt galaretowatej subrzeczywistości, w której to posępnym Królik (Zając) bez słowa przygrywa na basowej gitarze, strosząc uszy, tzn. słuchy na cztery strony świata, podczas, gdy Jeż wykonuje niewyobrażalne i niewykonalne dla zwykłego śmiertelnika ruchy ciałem wyjąc do tego nieprzeciętnie o sokole i o amorach zwierząt. Całość dopełnia najbardziej rozpoznawalna para: Biedronka i Piesek. I proszę mi uwierzyć, nie ma zmiłuj. „Najważniejszą częścią kontrabasu jest ślimak!” „Bardzo dobrze, bardzo dobrze”.
„Bo Mariusz to był taki mój kolega, a w sumie nie, bo chodziliśmy razem do klasy, a on siedział tu, a ja tu i on na mnie nigdy nie zerkał. I jak go wtedy zobaczyłem, to z jednej strony wydawał mi się taki wielki, potężny i silny, po solarium, a z drugiej był taki drobniutki, chudziutki, blady, wyglądał, jakby chciał uciec.”

Poza tym, że aktorzy są przebrani, odpowiednio przygotowana jest również scena; stoją na niej oświetlone PRL-owskimi kinkietami ścianki działowe w najróżniejszych kolorach tęczy. Perkusja, kilka taborecików i dziwna, pochylona dodatkowa scena, z której jakże chętnie zjeżdża sobie na swoim zadartym ogonku Piesek. Podczas spektaklu zaprezentowane zostały skecze o Mariuszu i o krowie, która strasznie dużo jadła. Nie obyło się również bez „Kontrabasu” oraz podstawowych zawołań na psa i skeczu o butelce bez korka, w której miał być miłosny list. Doskonale przygotowana została również oprawa muzyczna. Poza wspomnianym basem, Mumio pobierało również nauki gry na perkusji, bębnie, piszczałce, puzonie, gitarze elektrycznej i wszelkich różnych innych instrumentach. Oczywiście proszę pamiętać, że kontrabas jest instrumentem ciężkim, a to oznacza, że gramy na nim jak na bębenku, stukając dłońmi o powierzchnię boczną.

Kabaret Mumio słynie z doskonale opanowanej strategii rozśmieszania publiczności przygotowanymi gagami, aczkolwiek jeszcze intensywniejszy rechot na sali rozlega się wówczas, gdy ta aktorska trupa zaczyna improwizować, np. siedząc kilka minut bez słowa i się patrząc na przybyłych cielęcym wzrokiem. Albo wymyślając na poczekaniu piosenkę o drągu, tak tylko po to, żeby „popsuć humory ludziom”.

Ten nadzwyczaj rozśpiewany kabaret wywarł jeszcze większe wrażenie na gościach swoja improwizacją na zakończenie. „No nie można już tak długo siedzieć tak o…tak bez herbatki! To my zapraszamy na herbatkę!” Kto miał szczęście siedzieć w pierwszym rzędzie miał szansę otrzymać torebkę herbaty ekspresowej, kilka kropli soku z cytryny, kilka kryształków cukru i chluśnięcie zimnym wrzątkiem. „Państwo może wstaną i będą tak mocno dmuchać, żeby te serduszka pod sufitem zaczęły się kręcić, to odwróci Waszą uwagę, a my uciekniemy?”
Zgasły światła, ale nikt nie miał ochoty wyjść, ze sceny więc rozległo się głośne „Do domu! Do domu! Idźcie już sobie do domu! Bo następni nie wejdą i zrobicie tłok na schodach, a schody to wiadomo obliczone są na jakiś ruch! Oczywiście moglibyście zostać, ale po co? Już się widzieliśmy! Teraz będziemy grać drugi spektakl, ale taki sam, więc po co macie go oglądać drugi raz?! To…to sobie już tylko tak posiedzimy i się popatrzymy!”. Gdy ponownie zgasły światła rozległy się głośne brawa i ludzie chcąc nie chcąc zaczęli się przesuwać w stronę wyjścia.

No cóż, dobry kabaret trzeba zobaczyć, bo słowami nie można oddać tego, co się tam dzieje, każdy gest, każda mina mają tam znaczenie, każde słowo i sposób jego wypowiadania może wywołać u kogoś napad ultraagresywnego śmiechu objawiającego się czerwoną twarzą i ogólnym ślinieniem się. Następnego Mumio w Szczecinie nie możecie przegapić.

Foto: Mohar